Blogotrąba blogosfery

by 10:08
  W blogosferze czas liczy się inaczej. Nie było mnie niecałe dwa tygodnie, a to podobno karygodne, jeśli chodzi o blogowanie. Kiedyś być może bym się tym przejęła, ale po dwóch latach pisania niewiele rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyć i podnieść mi ciśnienie. Chciałam odpocząć od wpisów i nabrać potrzebnej energii, a poza tym miałam trochę spraw na głowie. Przedszkole Gai skutecznie odgoniło mnie od komputera, tak samo jak powrót do mojej ukochanej lektury ("Lalki" Prusa). Blog nie zając i nie uciekł, natomiast spadające statystyki mnie nie obchodzą. Najważniejsze jest to, że znowu mi się chce pisać. I to na całego!

  Tak się złożyło, że podczas mojej nieobecności zostałam nominowana przez 6 przemiłych blogerek do znanej i lubianej zabawy Liebster Blog Award. Nie jestem w stanie odpowiedzieć w jednym wpisie wszystkim dziewczynom (wybaczcie), dlatego wybrałam sobie kilka pytań dotyczących blogowego świata. Uprzedzam jednak, że nic odkrywczego nie napiszę, ponieważ już dawno temu odkryłam, że jest ze mnie zwyczajna blogotrąba i nic nie wiem na temat zasad panujących w świętej blogosferze. Pomimo tego bloguję, bo tak mi się podoba, zresztą nie mam innego wyjścia. Emigracja zmusza mnie do kreatywnego myślenia (optymistka!).

  A oto moje refleksje dotyczące bloga (i nie tylko):

Mama za miastem zastanawia się, skąd biorę inspirację do nowych wpisów?

Nic genialnego nie wymyślę- z życia. Na początku przygody blogowej opisywałam perypetie rodzinne, ale po kilkudziesięciu wpisach blog ewoluował. Poruszam trudne tematy, jak samotne macierzyństwo, bieda, czy moja "otyła" przeszłość, nie stronię też od lekkich historii, czego przykładem jest zabawna historia jednej z największych influencerek blogosfery- Poli Szynel.


Autorka bloga Na poziomie pyta, dlaczego zdecydowałam się blogować?

No cóż, tutaj również nie będę oryginalna- po prostu lubię pisać. Po urodzeniu mojej córeczki czułam, że muszę zacząć coś robić, żeby nie zatracić się w macierzyństwie i stanęło na blogowaniu. Przyznam, że nawet mnie to wciągnęło, choć miałam i momenty kryzysu blogowego (podobno dopada wszystkich). Nie żałuję tej decyzji, aczkolwiek 90 procent wpisów chętnie bym usunęła, bo nie da się ukryć, że pisałam bzdury. Zachowam je wszakże dla potomności, czyli dla Gai :).


Klaudia z bloga Niezłe Ziółko zapytuje, co daje mi blogowanie?

Wymiernych korzyści z blogowania nie mam żadnych i nie wygląda na to, aby coś w tej kwestii się zmieniło. Bardzo tego żałuję, ponieważ chciałabym zarabiać na czymś, co lubię robić, ale że chętnych do zapłaty brak, muszę obejść się smakiem. Brak sponsorów jest całkowicie wytłumaczalny- nie inwestuję w stronę, nie płacę za reklamę, nie mam szablonu za tysiąc złotych, no i nie pokazuję dziecka, a to argumenty trudne do obalenia. Oprócz tego blogowanie dało mi naprawdę dużo- poznałam wiele wspaniałych osób, z którymi utrzymuję wirtualny kontakt i nostalgia nie dokucza mi tak mocno, jak dawniej.


Współczesną Matkę Polkę ciekawi, czy pisałam wcześniej bloga?

Tak, podejmowałam nieśmiałe próby w blogowaniu, ale zawsze coś stało na przeszkodzie, aby kontynuować pisanie. A to praca, a to przeprowadzka, aż w końcu zostałam mamą i to dało mi potężnego kopa do działania. 

I na koniec Kaloshka, którą interesuje, w jakim miejscu chciałabym się znaleźć za dwa lata odnośnie blogowania?

Naturalnie na piedestale blogosfery:). Całkiem zaś poważnie, to uznałabym za sukces fakt, iż jeszcze będzie mi się chciało blogować z tym samym entuzjazmem, co na początku.


  A nie mówiłam, że blogotrąba ze mnie?

  Tradycyjnie powinnam wytypować blogi, niemniej się wyłamię i nikogo nie nominuję. Zadam za to trzy pytania odnośnie blogowania i gdyby ktoś miał ochotę na nie odpowiedzieć, może to zrobić w komentarzu. Z góry dziękuję!

1. Początkujący bloger pyta Cię o radę. Co mu odpowiesz?

2. Zapraszają Cię na Blog Forum Coś Tam, gdzie masz wygłosić prelekcję na temat blogowania. Czy przyjmiesz wyzwanie?

3. Na tymże forum spotykasz guru blogosfery Kominka. Podchodzi do Ciebie i prosi o wspólną fotkę (inne blogerki pękają z zazdrości). Jak na to reagujesz?



zdjęcie- www.waltergianno.it

Cicha bohaterka

by 15:46
  Nie znałam jej dobrze. Nigdy nie zamieniłam z nią ani słowa, a mimo to wiedziałam o niej dużo. Bo ludzie gadali. Pasjami opowiadali, jak to spieprzyła sobie życie i musiała uciekać z rodzinnego miasta. W ich słowa pobrzmiewała niemała satysfakcja, której w żaden sposób nie dało się ukryć. Nic przecież nie cieszy bardziej, niż niepowodzenia bliźnich, tak dziwnie skonstruowany jest człowiek.

  Do mnie wieści dotarły za sprawą sąsiadki Cebea (nosiła taki pseudonim z racji tego, że była największą plotkarą na osiedlu i na każdego miała haka). Spotkałam ją w sklepie, gdzie z dziką wręcz rozkoszą zaczęła swoją tyradę na jej temat:

-Wie pani- pochyliła się nade mną konspiracyjnie- ta, co teraz wyszła ze sklepu, ta nowa spod siódemki, puściła się z żonatym i zapłaciła za to, tupeciara. Została sama i wychowuje bękarta, a kochanek zerwał z nią wszelkie kontakty!

  Spojrzała na mnie zachwycona, widocznie oczekując pochwał za poranną porcję złośliwości. Niestety, trafiła na mało podatny grunt, bowiem nie uśmiechało mi się obgadywać nieznajomej osoby.

-Pani Halino- powiedziałam- mamy 21 wiek i takie sprawy nikogo już nie szokują. Poza tym nieładnie mówić bękart o dziecku, wstydziłaby się pani. Dziecko nie jest niczemu winne i nie może odpowiadać za błędy rodziców. 

  Zostawiłam zszokowaną sąsiadkę Cebea i poszłam do domu, myśląc po drodze o tym, jak ludzie potrafią być wredni. Samych siebie umieją rozgrzeszyć w sekundę, lecz jeśli chodzi o innych, nie są już tacy łaskawi. Nie jestem święta i mam wiele rzeczy na sumieniu, ale wyrazu "bękart" nie ma w moim słowniku.

  Kilka dni później, wyciągając listy ze skrzynki pocztowej, poznałam osobiście nową sąsiadkę. Okazała się bardzo sympatyczna i szybko nawiązała się między nami nić porozumienia. Przedstawiła mi swojego synka- ślicznego i rezolutnego Michałka, który z absolutnie boską powagą obwieścił mi, że jest prawie dorosły, bo właśnie skończył pięć lat. Chłopczyk podbił moje serce i stałam się częstym gościem mieszkania nr 7. Jego mama wychowywała go sama, a jej historia miłosna niczym się nie różniła od milionów podobnych historii. Po prostu źle ulokowała uczucia.

  Zakochała się od pierwszego wejrzenia w przystojnym muzyku. Uczucie trwało krótko, acz intensywnie i skończyło się na wiadomość o ciąży. Ukochany porzucił ją bez skrupułów i oświadczył, że nie da złapać się na dziecko. Przyznał się również do tego, że ma żonę i dwie córki, a ona była dla niego tylko przygodą, odskocznią od rutyny. Wtedy widziała go po raz ostatni.

  Dla dobra dziecka postanowiła się nad sobą nie rozczulać, tylko wejść w rolę matki z podniesioną głową. Kiedy urodził się Michałek, przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, aby nie odczuwał braku ojca. Dzięki pomocy rodziców udawało jej się zapewnić chłopcu godne dzieciństwo. Stał się dla nie całym światem i motorem napędowym do działania. Była samotną matką, lecz nie lubiła siebie tak nazywać. O wiele bardziej odpowiadało jej określenie "samodzielna matka".

  Nie uciekła z miasta, jak sugerowali lokalni plotkarze. Znalazła lepszą pracę, która wiązała się ze zmianą miejsca zamieszkania, więc się przeniosła kilkadziesiąt kilometrów dalej. A to, że o niej gadano, niezbyt ją obchodziło. Już dawno temu uodporniła się na plotki.

  Michałek rósł jak na drożdżach, od dwóch miesięcy chodził do przedszkola, a ona była pewna, że wkrótce nastąpi to, czego tak bardzo się bała, czyli zaczną się pytania na temat ojca. I rzeczywiście, pewnego dnia synek usiadł przy niej na kanapie i zapytał: "mamo, czemu ja nie mam tatusia?". Nie była w stanie wyznać mu prawdy i odpowiedziała wymijająco, że tatuś jest daleko. To mu na szczęście wystarczyło i temat ojca został zamknięty. Odetchnęła z ulgą, ale czuła się parszywie, chociaż nie miała wątpliwości, że wróci do tej rozmowy w nieokreślonej przyszłości.

  Nie lubiła wielkich słów. Koleżanki często mówiły, iż ją podziwiają, gdyż tak świetnie zajmuje się Michałkiem, ona zaś uważała, że nic specjalnego nie robi. Nie znosiła też być postrzegana jako ofiara i biada temu, kto uważał jej dziecko za gorsze. Z dumą mówiła o sobie, że jest samodzielną matką, a jej synkowi nie brakuje miłości. Dla mnie jednak była kimś więcej- cichą bohaterką codzienności, zasługującą na najwyższe uznanie, jak każda samotna matka. Bo macierzyństwo to cholernie trudne zadanie, zwłaszcza te w pojedynkę...


www.123rf.com

Matka Wybitnie Wkurzająca Razy Pięć

by 17:40
Ciężko jest być mamą! Bywamy ledwo żywe, to prawda. Nie śpimy po nocach i rano wyglądamy jak lunatyczki, to też się zgadza. Demonizujemy istotę macierzyństwa i często powtarzamy, że poświęciłyśmy się dla dobra dziecka. Nie są nam straszne encyklopedie wiedzy i zdrowia, a na temat chorób dziecięcych spokojnie możemy napisać doktorat. Wiemy, co w trawie piszczy i kojarzymy większość bohaterów kreskówek, chociaż oficjalnie nasze dzieci nie oglądają bajek. Znamy się na zdrowej żywności i przemycamy do diety wyłącznie to, co sugerują specjaliści, zaś czekolada oraz inne słodkości lądują w koszu na śmieci. Nasze maluchy czytają książki, uczą się powyżej przeciętnej, a na placu zabaw są grzeczne i nie biegają. To aniołeczki!

Każda z nas popełnia błędy, to nieuniknione. Chcemy dla dzieci jak najlepiej, lecz czasem to "chcieć" obraca się przeciwko nam i zwyczajnie dajemy "ciała". Tak naprawdę bliżej nam do jednej z pięciu typów matek nieidealnych, niż do chodzących doskonałości. A jakie to typy, przekonaj się sama, droga mamo, być może odnajdziesz wśród nich siebie, jak ja to zrobiłam. Bo w gruncie rzeczy wszystkie jesteśmy do siebie podobne, czyż nie?

1. Matka Wymęczona

Uwielbia podkreślać, że poświęciła się dzieciom, zrezygnowała dla nich z kariery i jedynym jej celem jest bycie matką. Od rana do wieczora biega po domu, sprząta, wyprawia dzieciaki do szkoły i nawet nie ma czasu napić się kawy, ponieważ zawsze jest coś do roboty. Najchętniej sama sobie przyznałaby medal za zasługi na polu macierzyństwa, a aureola nad jej głową jest bardzo widoczna, niestety jedynie dla niej. Macierzyństwo postrzega jako ofiarę i jest przekonana, że odpocznie za jakieś 20 lat, gdy potomstwo dorośnie i się wyprowadzi. Oby, bo bezrobocie jest duże, a mieszkania są coraz droższe...


2. Matka Wszechwiedząca

Dla Matki Wszechwiedzącej istnieje tylko jeden autorytet- ona sama. Bogatą wiedzę czerpie z życia, nie uznaje żadnych świętości i jest w stanie kłócić się nawet z pediatrą, bądź nauczycielem. Nie przyjmuje do wiadomości, że jej dzieci nie są święte i z lubością stosuje bezstresowe wychowanie. Na inne matki spogląda z politowaniem i próbuje przekonać je do zmiany stanowiska. Niebezpieczna dla otoczenia, zwłaszcza dla swoich dzieci. Z góry zakłada, że nie ma ludzi nieomylnych, rzecz jasna oprócz niej. No i może Boga.


3. Matka Wystraszona

Typ panikary, boi się własnego cienia. Wystarczy, że dziecko lekko zakaszle, a od rana wydzwania do lekarza, aby umówić się na wizytę. Gdy w nocy maluch się poruszy, odchodzi od zmysłów i boli ją serce. Nie pozwala dziecku biegać, gdyż się spoci i przeziębi, skakanie też jest niebezpieczne, bo można sobie nogi połamać, a o rowerze syn (lub córka) niech lepiej zapomni. Strach o dzieci towarzyszy jej ciągle, więc trzyma je pod kloszem i wychowuje na maminsynków. Nic to, że koledzy się śmieją, w końcu zdrowie psychiczne matki jest najważniejsze.


4. Matka Wyrocznia

Arkana macierzyństwa nie mają przed nią tajemnic, ponieważ namiętnie czyta poradniki, a do roli matki przygotowywała się na długo przed zajściem w ciążę. Jest przezorna, chętnie śledzi nowe trendy w modzie wózkowej i jeszcze chętniej doradza innym mamom, co powinny zrobić, kiedy dziecko płacze, ma kolkę, czy ząbkuje. Kupuje niezbędne dziecku gadżety, z których zdarza się jej nie korzystać, ale warto je mieć, gdyż tak napisano w poradnikach. A te są dla niej ważniejsze od Biblii, w końcu opierają się na faktach. I na wskaźnikach sprzedaży, ale o tym woli nie pamiętać. 


5. Matka Wyluzowana

Czy dziecko się przewróci, czy złamie sobie rękę, Matce Wyluzowanej jest to obojętne. Jej maksyma to zero paniki i wiele swobody, toteż nie ogranicza wolności dzieci, które mogą prawie wszystko. Matka zawsze je wytłumaczy i znajdzie rozwiązanie, jako że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Co z tego, że przeklinają, przejdzie im, nie ma problemu, kiedy biją rówieśników, gdyż muszą nauczyć się bronić. Telewizję mogą oglądać do późnych godzin wieczornych, bo matka powinna mieć trochę wolnego na przejrzenie fejsa. Nie przejmuje się nawet złymi ocenami dzieci, w myśl zasady, że i tak przejdą do następnej klasy. A jeśli nie przejdą, to świat im się nie zawali. Ambicje już tak. 
  

A jaki typ matki zdarza się Tobie reprezentować?



zdjęcie- www.digilander.libero.it

Zła nauczycielka

by 15:57
  Szkolne czasy...Chciałoby się do nich wrócić, prawda? Usiąść w ławce, posłuchać ulubionego nauczyciela, uzupełnić zeszyt, pogadać na przerwie z koleżankami...Większość z nas wspomina szkołę z rozrzewnieniem i łezką w oku, czego nie mogą pojąć młodsze pokolenia. No bo jak można tęsknić za "budą" i nauką, to wręcz niepojęte. Za kilkanaście lat zrozumieją, że można, ponieważ szkolne lata to chyba najpiękniejszy okres w życiu człowieka. 

  Na mnie szkoła podstawowa odcisnęła nie całkiem pozytywne piętno, aczkolwiek magicznych chwil przeżyłam dużo. Giną one jednak pośród szyderstw i pogardy, której doznałam ze strony rówieśników. Od pierwszej klasy podstawówki byłam nieustannie pod ostrzałem wyśmiewających się ze mnie kolegów i dostałam przyśpieszoną lekcję dorastania. Nie mam im jednak tego za złe, bowiem dzieci, mimo że ranią świadomie, nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co czynią. Dorośli natomiast dobrze wiedzą, jak ich jawna niechęć może zaszkodzić, a i tak nie mają oporów przed poniżaniem dzieci. To naganne, zwłaszcza gdy prześladującym okazuje się być nauczyciel. 

  Pani E. uczyła mnie wuefu i to z jej powodu nienawidziłam ćwiczyć. Traktowała mnie gorzej, ponieważ byłam "tłusta i leniwa", więc (w jej przekonaniu) niezdolna do tego, by nauczyć się najprostszych ćwiczeń. Już od pierwszej lekcji zaczęła się na mnie wyżywać i znieważać na oczach kolegów z klasy. Nigdy nie nazwała mnie po imieniu, nieustannie rzucała aluzje na temat mojej wagi i nie pamiętam, aby kiedykolwiek się uśmiechnęła. Potrafiłam biegać i skakać, lecz nie robiłam tego zbyt szybko, a nauczycielka rozpaczała nad sobą, czemu musi uczyć takie grubaski. Obrzydziła mi wuef, skądinąd fajny przedmiot, ale przede wszystkim spowodowała, że moje poczucie wartości (i tak niskie), spadło do zerowego poziomu. 

  Uczyłam się bardzo dobrze. Zbliżał się koniec roku szkolnego i wychowawczyni poinformowała mnie, że po raz drugi zostanę uhonorowana odznaką "wzorowego ucznia" (nie muszę pisać, ile takie wyróżnienie znaczy dla dziecka). Wszystko było już zapięte na ostatni guzik, do wakacji pozostało niewiele czasu, a ja odliczałam dni do uroczystego apelu. Na tydzień przed wręczeniem świadectw dowiedziałam się, że "wzorowy uczeń" jednak mnie ominie. Pani E. oznajmiła, że za żadne skarby świata nie da mi czwórki z wuefu, bo w jej odczuciu zasługiwałam na niedostateczny. Nie pomogły interwencje wychowawczyni, moich rodziców oraz niektórych nauczycieli. Nauczycielka wuefu pozostała nieugięta. Do dziś mam przed oczami jej triumfującą twarz. 

  Wtedy coś we mnie pękło. Wiedziałam, że pani E. zrobiła to z premedytacją, gdyż dla niej byłam nikim. Miałam nadwagę i to był wystarczający powód, żeby zrobić sobie ze mnie kozła ofiarnego. Na wuefie zawsze starałam się być aktywna i uczestniczyć w grze, ale nauczycielka wiecznie była niezadowolona z moich osiągnięć. Trójka, którą łaskawie mi postawiła na świadectwie, była ciosem w samo serce i długo nie mogłam się z tego otrząsnąć. Na szczęście po wakacjach pani E. przestała uczyć wuefu, ponieważ została dyrektorką szkoły (za wielkie zasługi na polu edukacyjnym).

  Siedmiolatki, ośmiolatki itd nie umieją sobie poradzić z problemem wagi. Są za małe, aby na poważnie zacząć się odchudzać i trzeba im pomóc w etapie trudnej akceptacji. Dobry nauczyciel potrafi uczynić cuda i nauczyć dziecko stanąć na głowie, nawet jeśli jest grube. Dobry nauczyciel traktuje uczniów równo i nie szydzi z dziecka w jego obecności. Dobry nauczyciel podnosi morale uczennicy, a nie zaniża oceny, żeby zrobić jej przykrość. Dobry nauczyciel nie stosuje przemocy psychicznej!

  Niedawno przypadkiem na jednym z portali społecznościowych ukazała mi się twarz byłej nauczycielki. Pani E. na swojej stronie pisała, jakie to budujące, że po trzydziestu latach uczniowie nadal o niej pamiętają i ślą wyrazy uznania za pracę i poświęcenie. Nie ci, których wspomnienia są pełne rys i pęknięć...



zdjęcie- www.corriere.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.