"Najlepszy ojciec"

by 20 października
  Na temat klapsów powiedziano i napisano już wiele. Większość jest zgodna co do tego, że klaps jest formą przemocy, chociaż są też tacy, którzy twierdzą, iż problem jest rozdmuchany. Moim zdaniem nie jest i nie powinno się bagatelizować znaczenia klapsów. Bo dla dorosłego to jest "tylko" klaps, dla dziecka zaś "aż" klaps. 

  Piszę o tym dlatego, ponieważ w ostatni weekend byłam świadkiem sytuacji, gdzie zdenerwowany do granic wytrzymałości ojciec uderzył swoje dziecko. Chłopczyk (na oko dwuletni) wyrywał się rodzicom, więc tatuś wziął go na ręce, po czym przełożył, zamachnął się z całej siły i dał dziecku soczystego klapsa, a trzask temu towarzyszący rozległ się po sklepie. Chłopczyk zaczął przeraźliwie płakać, a ojciec (nadal mocno wkurzony), powiedział do niego: "Uspokój się, bo następnym razem będzie jeszcze gorzej". Matka malucha nie zareagowała na wybuch agresji męża i było jej najzupełniej obojętnie, że synek wył z bólu. Odezwała się za to kobieta, która tak samo jak ja, widziała scenę z bliska:

Czy pan zwariował? Jak można bić takie małe dziecko?

  Ojciec nie zdążył odpowiedzieć, gdyż zrobiła to za niego żona:

- Co się pani wtrąca, to nie pani sprawa! Mój mąż jest najlepszym ojcem, ale czasem traci nad sobą panowanie, zresztą ma do tego święte prawo. Naszemu synowi nie dzieje się żadna krzywda!

  Podobno rodziców nie można oceniać po jednym geście, ale są wyjątki od tej reguły. I tym wyjątkiem było właśnie to smutne zdarzenie, a jego negatywną bohaterką została dla mnie matka chłopczyka. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak mogła bronić męża, zamiast solidnie go opieprzyć (ja bym tak zrobiła na jej miejscu). Czy na takie zachowanie jest jakieś usprawiedliwienie? Klaps był mocny, co było widać po reakcji dziecka oraz sile machnięcia ojca, także okoliczności łagodzących w tym przypadku nie ma. Każdy z nas ma słabszy dzień, a cierpliwość rodziców często balansuje na krawędzi wytrzymałości, lecz nie oznacza to, że mamy prawo wyżywać się na dzieciach. Maluchy są żywe, biegają, uciekają, psocą, niemniej jednak klapsy nie są żadną metodą wychowaczą. Szacunek do rodzica to jedna sprawa, natomiast strach przed nim to zupełnie coś innego. Jestem przeciwniczką "klapsowania" dzieci i być może oceniam zbyt pochopnie, ale ojciec, który używa siły w stosunku do syna, to nie jest dla mnie "najlepszy ojciec". Nie przeczę, że kocha swoje dziecko, po prostu niepotrzebnie podnosi na nie rękę. 

  Drogi tatusiu, klapsy naprawdę bolą...


zdjęcie- www.wdonna.it

Wszyscy jesteśmy hejterami

by 12 października
  Wydawało mi się, że limit na wpisy o hejcie został już wyczerpany, a jednak i ja się do niego dołączam. Opierałam się długo, ale po ostatnich ekscesach niektórych osób nie mogę przejść obojętnie wokół tego, co dzieje się w internecie. I bynajmniej rzecz nie odnosi się do mnie, bo jakimś cudem hejtowanie (poza małymi wyjątkami) omija mój blog. Poruszam tą kwestię wyłącznie z tego powodu, aby stanąć w obronie krytykowanej niesłusznie blogerki. Nie znoszę bowiem, gdy podcina się komuś skrzydła na samym początku jego drogi (obojętnie jakiej). A kiedy robią to inne blogerki, które w ramach solidarności powinny się nawzajem wspierać, tym bardziej się we mnie gotuje. Kto bowiem najczęściej i najgłośniej krzyczy o hejterach? No właśnie...

  Niedawno natknęłam się na pewnym forum na gorącą dyskusję, dotyczącą jednej z początkujących blogerek. Ze zdumieniem zaczęłam czytać, jakie to "dobre" rady dawały jej koleżanki "po fachu". Hejt lał się gęsto, na blogerce nie zostawiono suchej nitki i poradzono jej jak najszybciej zamknąć blogaska, ponieważ przynosi wstyd środowisku. Zarzucono jej każdy możliwy błąd, stronę zrównano z ziemią i zwyczajnie wyśmiano pisemne poczynania autorki. I nie zrobili tego czytelnicy, tylko niestety inne blogerki, które przecież tak mocno brzydzą się hejtem. Oczywiście w ich mniemaniu to konstruktywna krytyka wyrażona z klasą, natomiast w moim odczuciu było to chamskie trollowanie. Bez owijania w bawełnę i bez jakiejkolwiek litości dla debiutantki.

  Prowadzę bloga ponad dwa lata i staram się jakoś funkcjonować w tym hermetycznym i poniekąd dziwnym świecie. Przez ten czas zdążyłam wyciągnąć wnioski, posypać głowę popiołem i spokornieć, dlatego też wkurzyłam się na ten chamski, zmasowany atak. Z tego, co zauważyłam, musiało kogoś ruszyć sumienie, jako że wpis szkalujący blogerkę został usunięty, lecz niesmak pozostał i to duży. Nikt z nas nie jest blogową alfą i omegą, wszyscy popełniamy błędy, więc zamiast pastwić się nad biedną dziewczyną, lepiej zajrzeć do własnego ogródka i sprawdzić, czy nie szpecą go ortograficzne (lub stylistyczne) chwasty. Walczmy z hejtem, ale nie pozwólmy na to, aby ta walka obróciła się przeciw nam, bo łatwo jest przejść na drugą stronę barykady. Nie zapominajmy również o tym, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, nawet w wirtualnej rzeczywistości.

  Zanim zatem zechcesz kogoś zhejtować, zastanów się dobrze, czy chcesz to zrobić, a jeżeli nie umiesz wytrzymać i świerzbi Cię ręką nad klawiaturą, masz konkretne wyjścia:

- skontaktuj się prywatnie z blogerką, którą zamierzasz strollować i napisz (w wyważonych zdaniach), czemu nie podoba Ci się jej blog

- skoro już robisz to publicznie, nie używaj wulgaryzmów, ani słów mogących zranić drugą blogerkę (najlepiej zajrzyj do słownika synonimów)

- postaw się na miejscu krytykowanej osoby (jakbyś się czuła, gdyby anonim napisał Ci, że jesteś kiepska w tym, co robisz?)

- weź pod uwagę fakt, iż żaden bloger to nie jest następca Bułhakowa i bliżej nam do prostoty E.L. James (niestety), niż do finezyjnych zwrotów największych pisarzy

- uśmiechnij się do życia, a nie rzucaj wokół mięsem (i to jest idealne rozwiązanie)

Proste, prawda :)?



www.designigniteschange.org
  

Nabita w pietruszkę

by 05 października
  Podobno od przybytku głowa nie boli. Akurat! W moim przypadku jest to nie tylko głowa, ale przede wszystkim żołądek. A wszystko za sprawą zwykłej, niewinnej pietruszki, która od wczoraj jawi mi się jako przekleństwo nr 1 i umieściłam ją na liście rzeczy zakazanych, przynajmniej przez następne pół roku. W życiu bym nie przypuszczała, że mogę zatruć się pietruszką, a tak się właśnie stało. Gaja dostała zaproszenie na urodziny przemiłego trzylatka pochodzącego z kraju, gdzie każde danie faszeruje się pietruszką, o czym niestety nie wiedziałam (bo prawdopodobnie bym się wymigała z imprezy). Chciałam posmakować nowych potraw i byłyby one naprawdę dobre, gdyby nie jedna sprawa- przesadzona ilość pietruszki w każdej z nich.

  Najpierw podano nam zupę pietruszkową, składającą się z wody, cebuli, kawałków mięsa i pietruszki. Później pani domu zaserwowała sałatkę pietruszkową ze znikomą ilością pomidora oraz pietruszkę owiniętą w liść winogronowy. Jakby tego było mało w daniu głównym oprócz ryżu i kurczaka można było znaleźć pietruszkę, zapewne dla urozmaicenia smaku. Kiedy na stole pojawił się tort, modliłam się o to, aby nie było w nim tej zielonej ohydy, która już zaczęła mi się przedstawiać jako największe świństwo w historii światowej kuchni. Na szczęście tort okazał się pyszny, więc trochę przysłonił mi pietruszkową gorycz i dziwaczny oddech. Krótko mówiąc, ziałam pietruszką niczym smok wawelski ogniem i żałowałam, że nie mogę przestać oddychać, bo bardzo by mi się to w tamtej chwili przydało.

  Mogłam co prawda oszczędzić sobie cierpień i nic nie jeść, ale nie chciałam obrazić gospodarzy, którzy napracowali się przy gotowaniu, zresztą byłam ciekawa nowych smaków. Pietruszka zresztą jest zdrowa i bynajmniej nie przypuszczałam, że się nią zatruję, a na sam jej widok będę uciekać w popłochu. Wracając do domu, zostaliśmy zaopatrzeni w dużą ilość pietruszkowych specjałów i Myster Pi zobowiązał się zjeść, aż do ostatniego listka. Ja zaś obiecałam jedno mojemu żołądkowi- trzymać się jak najdalej od pietruszki i nawet na nią nie patrzeć. Pech chciał, że prześladowała mnie w nocnych koszmarach, gdyż śniło mi się, że torturowano mnie pietruszkową herbatą. Obudziłam się zlana potem, uderzając w krzyk, a mąż, jak to on, zamiast mi współczuć, zaczął się ze mnie śmiać. "Trzeba się było nie obżerać"- wyjaśnił z miną niewiniątka, nie pamiętając o tym, że zjadł więcej ode mnie (a mimo to czuł się wyśmienicie). "Następnym razem powiedz, że masz uczulenie na pietruszkę"- powiedział i wrócił do spania.

  I gdy dzisiaj zaczęłam wracać do równowagi i wspominać wczorajszy, niezwykle miły dzień (wyłączając rzecz jasna pietruszkowy problem), mąż cały w skowronkach zadzwonił do mnie, by podzielić się radosną nowiną: "Szykuj się na następny weekend, dostaliśmy kolejne zaproszenie. Znajomi byli zachwyceni tym, że doceniliśmy ich potrawy i chcą przyrządzić nowe, których jeszcze nie jedliśmy". Zgadnijcie, co będzie ich głównym składnikiem?

  W ten oto sposób zostałam opętana przez zwyczajną pietruszkę. A poza tym atmosfera w domu państwa A. była wspaniała i spędziliśmy bardzo sympatyczny wieczór. Tylko pietruszka była jego niepotrzebnym dodatkiem. Mój żołądek odczuwa to do tej pory :).
  

zdjęcie- www.donnaclick.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.