Nabita w pietruszkę

  Podobno od przybytku głowa nie boli. Akurat! W moim przypadku jest to nie tylko głowa, ale przede wszystkim żołądek. A wszystko za sprawą zwykłej, niewinnej pietruszki, która od wczoraj jawi mi się jako przekleństwo nr 1 i umieściłam ją na liście rzeczy zakazanych, przynajmniej przez następne pół roku. W życiu bym nie przypuszczała, że mogę zatruć się pietruszką, a tak się właśnie stało. Gaja dostała zaproszenie na urodziny przemiłego trzylatka pochodzącego z kraju, gdzie każde danie faszeruje się pietruszką, o czym niestety nie wiedziałam (bo prawdopodobnie bym się wymigała z imprezy). Chciałam posmakować nowych potraw i byłyby one naprawdę dobre, gdyby nie jedna sprawa- przesadzona ilość pietruszki w każdej z nich.

  Najpierw podano nam zupę pietruszkową, składającą się z wody, cebuli, kawałków mięsa i pietruszki. Później pani domu zaserwowała sałatkę pietruszkową ze znikomą ilością pomidora oraz pietruszkę owiniętą w liść winogronowy. Jakby tego było mało w daniu głównym oprócz ryżu i kurczaka można było znaleźć pietruszkę, zapewne dla urozmaicenia smaku. Kiedy na stole pojawił się tort, modliłam się o to, aby nie było w nim tej zielonej ohydy, która już zaczęła mi się przedstawiać jako największe świństwo w historii światowej kuchni. Na szczęście tort okazał się pyszny, więc trochę przysłonił mi pietruszkową gorycz i dziwaczny oddech. Krótko mówiąc, ziałam pietruszką niczym smok wawelski ogniem i żałowałam, że nie mogę przestać oddychać, bo bardzo by mi się to w tamtej chwili przydało.

  Mogłam co prawda oszczędzić sobie cierpień i nic nie jeść, ale nie chciałam obrazić gospodarzy, którzy napracowali się przy gotowaniu, zresztą byłam ciekawa nowych smaków. Pietruszka zresztą jest zdrowa i bynajmniej nie przypuszczałam, że się nią zatruję, a na sam jej widok będę uciekać w popłochu. Wracając do domu, zostaliśmy zaopatrzeni w dużą ilość pietruszkowych specjałów i Myster Pi zobowiązał się zjeść, aż do ostatniego listka. Ja zaś obiecałam jedno mojemu żołądkowi- trzymać się jak najdalej od pietruszki i nawet na nią nie patrzeć. Pech chciał, że prześladowała mnie w nocnych koszmarach, gdyż śniło mi się, że torturowano mnie pietruszkową herbatą. Obudziłam się zlana potem, uderzając w krzyk, a mąż, jak to on, zamiast mi współczuć, zaczął się ze mnie śmiać. "Trzeba się było nie obżerać"- wyjaśnił z miną niewiniątka, nie pamiętając o tym, że zjadł więcej ode mnie (a mimo to czuł się wyśmienicie). "Następnym razem powiedz, że masz uczulenie na pietruszkę"- powiedział i wrócił do spania.

  I gdy dzisiaj zaczęłam wracać do równowagi i wspominać wczorajszy, niezwykle miły dzień (wyłączając rzecz jasna pietruszkowy problem), mąż cały w skowronkach zadzwonił do mnie, by podzielić się radosną nowiną: "Szykuj się na następny weekend, dostaliśmy kolejne zaproszenie. Znajomi byli zachwyceni tym, że doceniliśmy ich potrawy i chcą przyrządzić nowe, których jeszcze nie jedliśmy". Zgadnijcie, co będzie ich głównym składnikiem?

  W ten oto sposób zostałam opętana przez zwyczajną pietruszkę. A poza tym atmosfera w domu państwa A. była wspaniała i spędziliśmy bardzo sympatyczny wieczór. Tylko pietruszka była jego niepotrzebnym dodatkiem. Mój żołądek odczuwa to do tej pory :).
  

zdjęcie- www.donnaclick.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.