Nowe plany Poli Szynel

by 17:41
-Kto normalny stawia się w pracy o siódmej?- wściekała się Pola Szynel, spoglądając rano na budzik- No nikt! Zachciało mi się być gwiazdą śniadaniówki i teraz ponoszę konsekwencje tej durnej decyzji. Zamiast błyszczeć, przeprowadzam wywiady z samymi matołami, którzy nie wiedzą, gdzie Rzym, gdzie Lublin, a nazwa mojego bloga to dla nich zagadka. Całe szczęście, że za niedługo pożegnam się z "Dzień dobry Trupałen", bo już mi bokami wychodzi bycie dziennikarką. 

  Oj tak, Pola wiedziała, co mówi. Praca w Trupałen była co prawda opłacalna, ale po dwóch miesiącach po prostu się Poli znudziła. Tak jak planowała, wygryzła Magdę Matołek i została prowadzącą u boku Marcina Prototypa, lecz nic wielkiego nie wniosło to do jej życia. Ani nie dostawała nowych ofert, ani jej ludzie nie poznawali na ulicy, a o rozdawaniu autografów mogła sobie pomarzyć. Jej blog był coraz popularniejszy, to fakt (50 tysięcy lajków piechotą nie chodzi), niemniej ciągle musiała odpierać ataki zazdrosnych koleżanek po fachu, a oliwy do ognia dodawał Rozmarynek, który nie mógł wybaczyć Poli tego, że nie chciała umieścić na Majstajla pozytywnej recenzji jego nowej powieści "Troll".

-Akurat!- śmiała się w duchu Pola- z reguły nie czytam książek i na blogu żadna recenzja nie powstanie, bo moje czytelniczki to nie interesuje. Zresztą, co mnie obchodzi Rozmarynek, skoro został za mną daleko w tyle. Mam na oku o wiele grubszą rybitwę. Najpierw złapię ją w sieć, a później zostanę gwiazdą filmową!

  "Rybitwą" okazał się słynny filmowiec Lew Wapniak-Szarak, na którego Pola zagięła parol, gdy wpadł w jej ręce scenariusz telenoweli "Serce w pięciu kawałkach". Poli zamarzyło się zagrać główną rolę w serialu, wobec tego niezwłocznie postanowiła zapoznać się z producentem Wapniakiem. Czyhała na niego przez kilka dobrych godzin i wreszcie zauważyła, że wszedł do gmachu telewizji wraz ze swoją świtą. Ochroniarze zostali na dole, a Wapniak-Szarak nie mogąc doczekać się windy (Pola ją zablokowała), udał się do redakcji Trupałen po schodach.

-Wygląda jak lump, a nie wielka szycha- przyglądała mu się z ukrycia Pola- ale on może sobie na to pozwolić. Ma tyle miliardów, że nikt mu nie podskoczy i nie powie nic złego na temat wyglądu. W końcu kasa czyni cuda.

  Tak rozmyślając, Pola zaczęła zbiegać ze schodów, po czym wleciała na zdumionego producenta i wylądowała w jego mało zachęcających (za to bogatych) ramionach.

-Przepraszam pana- wykrzyknęła- jestem taka roztargniona. Ależ, przecież pan jest tym sławnym producentem- spojrzała mu prosto w oczy- Wytrysk-Szmaragd, prawda?

-Wapniak-Szarak- poprawił ją zaskoczony miliarder.

-Bardzo mi przyjemnie- zagruchała Pola- jestem zagorzałą wielbicielką pańskich filmów, a już ostatni- "Wodogłowie", jest wybitny!

-"Wodzowie"- po raz kolejny poprawił Polę producent.

-W rzeczy samej- kontynuowała Pola- tak wciągającej akcji dawno nie widziałam! Szampon- ba prezesie, wykonał pan kawał dobrej roboty!

-A co najbardziej urzekło panią w filmie?- zapytał rozbawiony Wapniak-Szarak.

-Wszystko po trochu- odpowiedziała Pola- kiedy go oglądałam, ogarnęło mnie duże wu, a to naprawdę przyjemne uczucie. Ja to przeżyłam prezesie, byłam tam kiedyś, pański film mi to uświadomił!

-Znaczy że brała pani udział w bitwie pod Monte-Cassino?- nie przestawał się uśmiechać producent- takiej interpretacji się nie spodziewałem!

-To akurat jest najmniej ważne. My tu gadu gadu o przyjemnościach, a ja chciałam z panem porozmawiać o istotnych sprawach!

-Zatem zamieniam się w słuch, chociaż nie mam za dużo czasu, gdyż za chwilę mam wywiad.

-Wywiad nie zając, nie ucieknie- wypaliła Pola- powiem wprost, prezesie. Muszę zagrać główną rolę w pańskim serialu i zrobię wszystko, aby tak się stało.

-Dlaczego więc nie przyjdzie pani na casting? 

-Bo prawdziwy talent nie potrzebuje castingów. Proszę, oto moje Curykurom Vitalne, a w nim znajdzie pan dokładny przebieg mojej kariery. Roi się tam od sukcesów, ale nie będę ich wymieniać, bo cechuje mnie wrodzona skromność.

  Pola spuściła oczy, udając wstydliwą panienkę, a Wapniak-Szarak bez pośpiechu przeglądał jej CV. Kiedy skończył, nie wiedział, co powiedzieć, toteż zaczął się drapać po brodzie, a Pola wzięła to za dobrą monetę.

-Widzę, że moje CV zrobiło na panu wrażenie- uśmiechnęła się triumfalnie Pola- nic dziwnego, bo sama się nad nim zachwycam. Tyle osiągnąć, tak daleko zajść i to bez protekcji, szanowny prezesku. To jest moja wizytówka. Oczekuję, że skontaktuje się pan ze mną w sprawie telenoweli- i Pola posłała mu najpiękniejszy i najbardziej uwodzicielski uśmiech, na jaki mogła się zdobyć.

  Producentowi Pola zapadła głęboko w pamięć. Nie zamierzał zatrudniać jej do serialu, ale zaprosił Polę na kolację. I to był z jego strony niewybaczalny błąd, ponieważ nie docenił sprytu panienki Szynel. Podczas spotkania Pola upiła producenta prawie do nieprzytomności i wymusiła na nim angaż w "Sercu w pięciu kawałkach". Wapniak-Szarak otumamiony alkoholem nie tylko podpisał papiery, które podsuwała mu Pola, lecz także obiecał zrobić z niej zrobić drugą Polę Negri ("kto to do diabła jest"- zastanawiała się przez cały wieczór). Na odchodnym podarował jej złotą kartę kredytową i kazał stawić się następnego dnia na planie filmowym.

-Jestem wielka- podniecała się Pola- rolę mam w kieszeni, miliardy też, jako że ten naiwniak nawet nie wie, co podpisał. Ożeni się ze mną i będę pływała w luksusach, najpierw jednak zostanę gwiazdą filmową. I pomyśleć, że zaczynałam jako pomoc dentystyczna. Zawsze powtarzałam, że grunt to dobry bajer i tego się trzymam. Orewułar!


  
zdjęcie- www.dreamstime.com

P.S. Poprzednie części znajdziecie, klikając w etykietę "Pola Szynel".

Na pohybel gadżetom!

by 17:22
  Nie milkną echa po ostatnim, bardzo odważnym tekście Antyterrorystki o ciemnych stronach blogosfery. Nie zamierzam powielać wpisu Gosi, gdyż zgadzam się ze wszystkim, co napisała, chciałabym tylko rozszerzyć nieco aspekt związany z gadżetami. Z niektórych komentarzy, zarówno na blogu jak i na fanpejdżu Gosi wynika mniej więcej tyle, że nas, niszowe blogerki, zżera internetowa zazdrość o gadżety właśnie. Naprawdę? Mnie gadżety ni ziębią, ni gryzą i wcale mi nie zależy na tym, by prezentować je na blogu. Oto przyczyny, dla których nie mam ochoty tego robić:

1. Wpisy gadżetowe z reguły śmiertelnie mnie nudzą i rzadko je czytam (chyba że jakaś poetycznie utalentowana blogerka zacznie o nich pisać limerykami- wtedy na pewno uczynię wyjątek).

2. Mieszkam za granicą i nie znam firm działających w Polsce (przed wyjazdem do Włoch nie byłam jeszcze mamą, więc kompletnie się tymi sprawami nie interesowałam).

3. Sama nigdy nie sugeruję się opiniami innych blogerek na temat gadżetów i wychodzę z założenia, że moje zdanie również nie będzie miało większego przełożenia.

4. Nie jestem gadżeciarą i nie jarają mnie drogie rzeczy, a moje dziecko jest szczęśliwe i bez nich

5. Obrałam sobie kierunek blogowania mający na celu polepszenie mojego stylu pisania (o ile taki mam) i nie wyobrażam sobie stworzyć poprawnego, gadżetowego wpisu. Krótko mówiąc, nie jestem dobra w reklamowaniu czegokolwiek.

6. Do pokazywania gadżetów potrzebny jest model, czyli najchętniej dziecko. Ci, którzy mnie odwiedziają, wiedzą o tym, że nie pokazuję zdjęć Gai, jakim zatem cudem miałabym cokolwiek przedstawiać? Siebie na rowerku biegowym raczej nie widzę, znaczy nie widzę rowerka, bo by się rozwalił pod moim ciężarem i jeszcze bym musiała dopłacać do interesu.

7. Do nawiązania współpracy potrzebny jest profesjonalny blog. Mój taki nie jest, nie ma co ukrywać, aczkolwiek nie czuję się gorsza z tego powodu. Po prostu bloguję dla przyjemności, chociaż są tacy, którzy nie potrafią tego zrozumieć. Pisać dla samego pisania, a nie korzyści, no to się w pale nie mieści! Gdyby mi ktoś płacił za blogowanie, najpewniej bym się nie obraziła, ale do tego nie dojdzie, co też nie spędza mi snu z powiek. Być może za jakiś czas mój blog ewoluuje i będzie wypasiony, lecz na razie nie planuję niczego zmieniać. Mam ważniejsze sprawy na głowie.


 Podsumowując, mogę stwierdzić z pełną stanowczością, że wartości bloga nie stanowią zamieszczone na nich gadżety. Każdy z nas ma własną wizję blogowania i wrzucanie wszystkich do jednego worka z napisem "oddam życie za gadżety" jest trochę niesprawiedliwe. Jeśli ktoś lubi o nich pisać i ma z tego wymierne korzyści, to super. Jeśli jednak nie ma gadżetowego przepychu na blogu, nie próbujcie go przekonywać, że jest gorszy i nic nie osiągnął. Pogarda z racji tego, że nie zarabia się na blogu i nie doszło się do pułapu blogerki X, jest według mnie po prostu małostkowa. 

  Rzadko mi się zdarza publikować w emocjach, ale tym razem odrobinę mnie one poniosły. Wybaczcie ciężarnej, hormony buzują :).


zdjęcie ze strony- www.realistic.pl
  

Mafijna opowieść

by 17:07
  Ten dzień w żaden sposób nie zapowiadał nadchodzących wydarzeń. Wracałam do domu obładowana siatkami, gdy nagle drogę zatarasował mi samochód z wyższej półki. Nie znam się na autach, niemniej jednak od razu się zorientowałam, że to należy do klasy A i jego właściciel musi być nieprzyzwoicie bogaty. Tymczasem z maszyny wyszedł jakiś ulizany laluś w wypasionym garniturze i zaprosił mnie do środka.

- Spadaj pan- powiedziałam- nie zadaję się z nieznajomymi!

  Chciałam odejść, ale Ulizany na to nie pozwolił. Popatrzył na mnie jak na idiotkę, po czym rozchylił marynarkę i moim oczom ukazała się wystająca ze spodni spluwa. Zamarłam, lecz nie zabrakło mi animuszu i z typową kobiecą przebiegłością zaczęłam przekonywać typka, że mnie z kimś pomylił.

- W naszej branży nie ma mowy o pomyłkach- stwierdził- proszę wsiadać i nie urządzać scen.

- Gdzie mnie pan zabiera?- zapytałam, siląc się na spokój.

- Proszę nie zadawać pytań- odpowiedział bezczelnie- za niedługo wszystko się wyjaśni.

   Co za cham, pomyślałam oburzona. Porywa mnie w biały dzień, zachowuje się jak dupek i jeszcze żąda, abym się nie odzywała. Oskarżę go o uprowadzenie, to mu w pięty pójdzie i ta jego brylantyna we włosach przestanie tak lśnić. Moje rozważania przerwał sam zainteresowany, gdyż zaparkował samochód w podziemnym parkingu, otwarł mi drzwi i kazał iść za nim. Tak też zrobiłam, bo innego wyjścia nie miałam.

  Weszliśmy do windy. Ulizany nadal nie uraczył mnie słowem ani spojrzeniem i zachowywał się w taki sposób, jakby mnie przy nim nie było. Gdybyśmy nie znajdowali się w windzie, mogłabym rozważyć opcję ucieczki, a tak dane mi było tylko patrzeć na połyskujący pistolet, którego koleś już nie ukrywał. Chcąc nie chcąc, coraz bardziej ogarniała mnie panika.

  Po wyjściu z windy znalazłam się nie na korytarzu, a w dziwnym pomieszczeniu, składającym się z ogromnego stołu i fotela przywodzącego na myśl tron. Siedział na nim mężczyzna wyglądający iście po królewsku- kiwnięciem palca odprawił Ulizanego i rozkazał mi stanąć naprzeciw tronu. Posłuchałam bez szemrania, jako że z faceta bił silny autorytet i byłam pewna, iż nie cofnie się przed niczym. Kiedy jednak podał mi do pocałowania swój sygnet, coś we mnie nieprzyjemnie drgnęło i zdołałam się przeciwstawić jego żądaniu:

- A co to, papież z pana, żebym go musiała po rękach całować?- spojrzałam na niego buńczucznie.

- Dla moich ludzi jestem kimś więcej niż papież- odpowiedział- mój kierowca przyprowadził tu panią na moją prośbę. Jest mi pani potrzebna do wypełnienia niezwykle ważnego zadania. Moja Rodzina utraciła wpływy i pani pomoc jest mi niezbędna.

- Pan nie wie, co mówi- roześmiałam się- ze mnie jest zwyczajna kura domowa i wątpię, żebym mogła panu w czymkolwiek pomóc.

- Myli się pani- odpowiedział- jest pani jedną z nielicznych osób, która ma dostęp do Dony Cateriny i zaprowadzi mnie pani do niej, nawet idąc po trupach do celu!

- Dona Caterina? - zdziwałam się- muszę pana rozczarować, nie znam nikogo takiego. 

- Zna pani i to dobrze- uśmiechnął się zimno i podał mi karteczkę, na której wypisane były tylko trzy słowa- Matka na Szczycie. Ze zdumienia upuściłam kartkę na podłogę.

- Tak, tak- popatrzył na mnie- pani blogowa koleżanka wykiwała mnie, nie podpisała ze mną przewidzianej umowy i zapadła się pod ziemię. Makowy biznes, dzięki któremu wyniosłem Donę Caterinę na sam szczyt, prędzej czy później i tak do mnie wróci.

- Pana chyba pogięło- oburzyłam się- komuś innemu może pan sobie wciskać kit, że Kasia uprawia mak, ale ja nigdy w to nie uwierzę!

- Nie o taki mak chodzi- zniecierpliwił się facet- Dona Caterina zajmuje się produkcją makowej biżuterii i moje wpływy sprawiły mniej więcej tyle, że kobiety w Neapolu oszalały na jej punkcie. Zarobiłem miliony, Dona wyszła na interesie całkiem przyzwoicie, lecz to jej nie satysfakcjonowało, więc zerwała ze mną umowę, po czym zarzuciła mi kłamstwo. Ośmieliła się sprzeciwić samemu Donowi Koralone, a takiej zniewagi nie mogę puścić płazem, zwłaszcza że miałem wobec Doni Cateriny rozległe plany. Chciałem z niej uczynić Matkę Chrzestną Rodziny, a ona odważyła się powiedzieć mi "nie" i zwyczajnie przepadła. Tego darować nie mogę, jakem Don Koralone!

  Brawo Kasiu, ucieszyłam się w duchu, wiedziałam o tym, że masz jaja. Mało kto odważyłby się wypiąć Ojcowi Chrzestnemu mafii (swoją drogą zawsze śmieszyło mnie, czemu mafiosi wolą nazwę Rodzina, bo w końcu każdy głupek wie, o co tam naprawdę biega).

- Do czego zatem miałabym się przydać?- zapytałam Dona Koralone- nie mam pojęcia, gdzie może się teraz znajdować Dona Caterina, zresztą nawet gdybym miała, to i tak bym panu nie powiedziała.

  Don Koralone się wkurzył i walnął pięścią w stół.

- Dosyć- wrzasnął- na razie chroni was płeć, gdyż z zasady nie zabijamy kobiet, lecz jeśli się zdenerwuję, może to się zmienić. Dona Caterina jest silna i się nie poddaje, ale gdy usłyszy, że jedną z jej przyjaciółek uprowadziliśmy, drugiej zablokowaliśmy bloga, a z pani uczyniliśmy naszą informatorkę, to zmięknie i w końcu się ujawni. Z babami zawsze są kłopoty i żałuję, że dałem się wciągnąć w makową przygodę. 

- Kogo żeście uprowadzili?- wyjąkałam, wreszcie zdając sobie sprawę z tego, że z Donem Koralone nie ma żartów.

  Po raz kolejny mafioso podał mi karteczkę i po raz kolejny przeczytałam trzy słowa- Books and Babies.

- Tego już za wiele- przestraszyłam się- jeśli coś się stanie Kasi, nie darujemy wam tego!

- Pani Kasia ma się całkiem dobrze! Jej niewola polega na siedzeniu w przepięknym kurorcie, piciu wytwornego Chianti i delektowaniu się smakiem muli w occie. Nawiasem mówiąc, tak jej one zasmakowały, że nie chce jeść nic innego i kosztuje nas coraz więcej. Jednakowoż, to od pani zależy, czy pojutrze do Chianti nie dodamy odrobiny cyjanku, a mule nie będą miały w sobie arszeniku. 

- Co więc mam zrobić?- poddałam się zrezygnowana.

- Jak najszybciej odnaleźć Donę Caterinę i przekonać ją nie tylko do tego, żeby odnowiła ze mną umowę, ale przede wszystkim do tego, aby została pierwszą Matką Chrzestną Rodziny. Następnym pani zadaniem będzie zmuszenie blogerki Antyterrorystka do zmiany nazwy bloga na Proterrorystka. Dopóki nie zmieni adresu, dopóty jej strona nie zostanie odblokowana. Ma pani czas do pojutrza, inaczej wszystkie będziecie w niebezpieczeństwie. A teraz żegnam!

  I poszedł sobie najzwyczajniej na świecie. Ulizany zjawił się ponownie, odwiózł mnie do domu, a ja usiłowałam skontaktować się z Doną Cateriną, Matką na Szczycie znaczy. Gdzie jesteś, miła Kasiu? Zostań Matką Chrzestną mafii, inaczej mamy przechlapane!

Czy uda mi się odnaleźć Donę Caterinę?
Czy Antyterrorystka wkrótce objawi się nam jako Proterrorystka?
Czy Kasia z Books and Babies zatruje się mulami?

O tym opowiem niedługo, o ile Don Koralone w międzyczasie mnie nie kropnie.


*Niniejszy wpis dedykuję dzisiejszej solenizantce- mojej ukochanej Matce na Szczycie!


Wybór zdjęcia był oczywisty- nie ma słynniejszego mafioso :).
www.tvzap.kataweb.it

Obsługiwane przez usługę Blogger.