Blogierko, dokąd zmierzasz?

by 30 grudnia
  Marna ze mnie blogerka. Dwa lata prowadzę bloga, a szablon nadal mam do kitu, w adresie ciągle widnieje komiczne słowo "blogspot", zaś współprac u mnie jak na lekarstwo. Statystyki nie powalają, nie wiem nawet kim są "unikalni użytkownicy", korzystam z grafik znalezionych w necie i nie jeżdżę na spotkania blogerek. Siły przebicia nie uświadczyłam, spamować nie potrafię, a zasoby portfela nie pozwalają mi na płacenie tu i ówdzie grubej kasy za reklamę. Mimo tych przeciwności i popełnionych błędów nie uważam mojej przygody z blogowaniem za straconą. W kończącym się coraz większymi krokami roku opublikowałam mniej wpisów niż zwykle, ale to był mój świadomy wybór. Doszłam bowiem do wniosku, że pisanie na siłę oraz pod publikę nie sprzyja mojemu rozwojowi i pogodziłam się z faktem, że nie będę "wielka". Marzenia o ulotnej i wątpliwej blogowej sławie zakiełkowały w moich myślach na początku blogowania, natomiast dzisiaj priorytety mam inne. Interesuje mnie pisanie i nie mam ciśnienia na bycie "kimś", może tylko poza byciem sobą. Nie lubię i nie umiem się ścigać, więc mój blog nigdy nie będzie stawał w szranki z konkurencją, bo i tak by przegrał. Przyznaję jednak, że niezbyt mnie to martwi.

  Nie chce mi się podsumowywać blogoroku pod kątem statystyk i podobnych pierdoł. Są wpisy gorsze, są też odrobinę lepsze, z paru jestem bardzo zadowolona (co rzadko mi się zdarza), niektóre wołają o pomstę do nieba i tak dalej, i tak dalej. Najważniejsze jest dla mnie to, iż wreszcie dostrzegłam jedną rzecz- nie jestem tak beznadziejna pisarsko, jak to sobie wyobrażałam. Co więcej, zdobyłam się w końcu na odwagę i zaczęłam przymierzać się do napisania książki. Marzyłam o tym od dawna, lecz zawsze na przeszkodzie stawała mi niezmiennie nikła wiara we własne możliwości. Prowadzenie blogu okazało się motywacyjnym strzałem w dziesiątkę, ponieważ oświeciło mnie po latach, że poważniejsze pisanie jest w zasięgu moich skromnych możliwości. I właśnie to uważam za mój największy blogowy sukces. No i oczywiście powołanie przeze mnie do życia jedynej w swoim rodzaju Poli Szynel.
  
  To urocze resume nie może odbyć się bez postaci Poli, bo to jej przygody zostały uznane za najlepsze w historii blogu (wyboru dokonałam ja sama), a bohaterka w niektórych kręgach (przede wszystkim jej własnych), uchodzi za kultową. Lubię Polę i często wracam do jej perypetii, gdyż bawią mnie one nieustannie. Nie wiem, czy pojawią się dalsze części, lecz postaram się sprawić, by nie zapomniano o Poli. Któż bowiem, jak nie ona, tak wspaniale reprezentuje rozległy świat blogosfery? Trochę się podlizuję, ponieważ mam nadzieję, że Pola przekona Rozmarynka do tego, aby nie umieszczał mnie na swojej Liście Najbardziej Obciachowych Blogerów Minionego- znaczy jeszcze tego- Roku (nie przeżyłabym takiego obciachu). Nie pamiętam, czy już o tym wspominałam, ale Pola i boski Rozmarino zakopali wojenny topór i znowu robią razem interesy (czyli podkopy) w blogosferze. Także, strzeżcie się, drodzy koledzy po fachu, jako że nie znacie dnia ani godziny, kiedy Pola i jej kompan i do Was się dobiorą!

  Do Siego Roku, kochani!



zdjęcie- johnclipper.com

Grudniowa retrospekcja, czyli cholera mnie weźmie

by 17 grudnia
  Idą święta. Na blogach "dułytjorself", piernikomania i inspiracje prezentowe od zera do stu lat, a u mnie pustki. Nie to, że nie chce mi się pisać, ale po prostu mam tyle rzeczy do zrobienia, iż zwyczajnie nie wyrabiam. Obiecałam sobie, że od stycznia zacznę solidnie blogować i tego się trzymam. A póki co, biegam od lekarzy do lekarzy i szykuję się do wyjazdu na Sardynię, który już za mniej, niż tydzień (a ja nadal w powijakach).

  Ciąża przebiega pod znakiem wysokiej adrenaliny. Nic wielkiego co prawda się nie dzieje, ale każda wizyta u ginekologa kończy się zaskakująco. I tak, z pozoru bezbolesne badanie USG w moim wypadku okazało się próbą wysokiego ryzyka. A wszystko dlatego, że podczas wizyty obecni byli studenci, którzy albo nie mają jeszcze sprawnej ręki, albo nie rozumieją, że z ciężarnymi trzeba obnosić się delikatnie. Badanie robiono mi czterokrotnie, gdyż maluch nie chciał się obrócić, toteż próbowano do skutku. Niestety, podczas trzeciego podejścia młody adept sztuki lekarskiej zaciskał mi brzuch tak mocno (żeby dziecko się poruszyło), że zaczęłam odczuwać silne bóle. Następnego dnia na moim brzuchu pojawił się piękny odcień czerni i gdyby nie fakt, że szpital jest daleko, poleciałabym tam i opieprzyła nieopierzonego studenta. Myster Pi, gdy zobaczył "rezultat" wizyty, skwitował ją krótko, lecz dosadnie- "Hannibal Lecter cię badał?" i to jest najlepsze podsumowanie mojego USG.

  Tymczasem teściowa nie może się doczekać naszego przyjazdu i zamęcza mnie telefonami w stylu, że mamy się już pakować, bo potem będzie za późno. Poza tym szykuje dla nas liczne atrakcje, takie jak odwiedziny w Klubie Tańca (akurat), na spotkaniu opłatkowym z parafiankami (jeszcze bardziej akurat) i kolacje u niezliczonych ilości cioteczek (zobaczymy, co się da zrobić). Oczywiście największą gwiazdą tychże zlotów ma być Gaja, bowiem jej babcia chce ją przedstawić miastu i światu. Na szczęście mąż stopuje niebywały entuzjazm teściowej, dając jej do zrozumienia, że w święta na pierwszym miejscu ma być rodzina, a nie przyjaciółki czy znajome. Ja mam zamiar odpoczywać i jakby co, wykręcę się ciążą, ponieważ nudzą mnie zebrania w towarzyskim gronie, zresztą nie wyobrażam sobie, aby mój brzuch miał stać się obiektem jakiegoś prowincjanolnego kultu (a na to się zanosi). Mogę zaakceptować to, że teściowa głaszcze mnie po brzuchu, ale nie jakieś nieznane mi kobity. Krępuje mnie to, nic na to nie poradzę.

  Nasz wyjazd zbiega się z niemiłym akcentem, ponieważ w naszym bloku zagnieździli się na dobre złodzieje. Wczoraj w nocy, po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch miesięcy okradli trzy mieszkania na pierwszym piętrze (mieszkamy na drugim piętrze, lecz nie daje to żadnej gwarancji, jako że rabusie wchodzą po rynnach). Z okiennicami radzą sobie bez problemu i wskakują do mieszkań nawet wtedy, gdy właściciele są w domu. Najgorsze jest to, że we Włoszech prawo zwyczajnie pozwala łobuzom czuć się panami sytuacji. Niedawno głośno była sprawa mężczyzny, do którego posiadłości wtargnęli złodzieje. Facet chciał się obronić i zaczął strzelać do rzezimieszków, a sąd nakazał mu zapłacić tym zbirom odszkodowanie w wysokości 100 tysięcy euro za poniesione straty moralne! Mężczyzna, po kilku miesiącach batalii, w wyniku wysokiego stresu dostał zawału i zmarł, a to, co po nim zostało, czyli właśnie dom, ma być oddany jego napastnikom. Takich zdarzeń było w tym roku we Włoszech sporo i według mnie to jakieś kpiny. Co to za prawo, które robi z ofiary kata? Jeśli do mnie ktoś kiedyś wejdzie przez rynnę, a ja zdołam wyrzucić go przez okno, to też będę miała kłopoty? Przecież mój dom to moja twierdza, czyż nie? W każdym razie jeśli podczas naszej nieobecności złodzieje się tu pokwapią, to i tak nic cennego w łapy im nie wejdzie. No chyba że moje polskie książki, ale wątpię, czy w ogóle je zauważą. Do następnego!


A na koniec trochę widoków z boskiej Genui ;).





Obsługiwane przez usługę Blogger.