Grudniowa retrospekcja, czyli cholera mnie weźmie

  Idą święta. Na blogach "dułytjorself", piernikomania i inspiracje prezentowe od zera do stu lat, a u mnie pustki. Nie to, że nie chce mi się pisać, ale po prostu mam tyle rzeczy do zrobienia, iż zwyczajnie nie wyrabiam. Obiecałam sobie, że od stycznia zacznę solidnie blogować i tego się trzymam. A póki co, biegam od lekarzy do lekarzy i szykuję się do wyjazdu na Sardynię, który już za mniej, niż tydzień (a ja nadal w powijakach).

  Ciąża przebiega pod znakiem wysokiej adrenaliny. Nic wielkiego co prawda się nie dzieje, ale każda wizyta u ginekologa kończy się zaskakująco. I tak, z pozoru bezbolesne badanie USG w moim wypadku okazało się próbą wysokiego ryzyka. A wszystko dlatego, że podczas wizyty obecni byli studenci, którzy albo nie mają jeszcze sprawnej ręki, albo nie rozumieją, że z ciężarnymi trzeba obnosić się delikatnie. Badanie robiono mi czterokrotnie, gdyż maluch nie chciał się obrócić, toteż próbowano do skutku. Niestety, podczas trzeciego podejścia młody adept sztuki lekarskiej zaciskał mi brzuch tak mocno (żeby dziecko się poruszyło), że zaczęłam odczuwać silne bóle. Następnego dnia na moim brzuchu pojawił się piękny odcień czerni i gdyby nie fakt, że szpital jest daleko, poleciałabym tam i opieprzyła nieopierzonego studenta. Myster Pi, gdy zobaczył "rezultat" wizyty, skwitował ją krótko, lecz dosadnie- "Hannibal Lecter cię badał?" i to jest najlepsze podsumowanie mojego USG.

  Tymczasem teściowa nie może się doczekać naszego przyjazdu i zamęcza mnie telefonami w stylu, że mamy się już pakować, bo potem będzie za późno. Poza tym szykuje dla nas liczne atrakcje, takie jak odwiedziny w Klubie Tańca (akurat), na spotkaniu opłatkowym z parafiankami (jeszcze bardziej akurat) i kolacje u niezliczonych ilości cioteczek (zobaczymy, co się da zrobić). Oczywiście największą gwiazdą tychże zlotów ma być Gaja, bowiem jej babcia chce ją przedstawić miastu i światu. Na szczęście mąż stopuje niebywały entuzjazm teściowej, dając jej do zrozumienia, że w święta na pierwszym miejscu ma być rodzina, a nie przyjaciółki czy znajome. Ja mam zamiar odpoczywać i jakby co, wykręcę się ciążą, ponieważ nudzą mnie zebrania w towarzyskim gronie, zresztą nie wyobrażam sobie, aby mój brzuch miał stać się obiektem jakiegoś prowincjanolnego kultu (a na to się zanosi). Mogę zaakceptować to, że teściowa głaszcze mnie po brzuchu, ale nie jakieś nieznane mi kobity. Krępuje mnie to, nic na to nie poradzę.

  Nasz wyjazd zbiega się z niemiłym akcentem, ponieważ w naszym bloku zagnieździli się na dobre złodzieje. Wczoraj w nocy, po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch miesięcy okradli trzy mieszkania na pierwszym piętrze (mieszkamy na drugim piętrze, lecz nie daje to żadnej gwarancji, jako że rabusie wchodzą po rynnach). Z okiennicami radzą sobie bez problemu i wskakują do mieszkań nawet wtedy, gdy właściciele są w domu. Najgorsze jest to, że we Włoszech prawo zwyczajnie pozwala łobuzom czuć się panami sytuacji. Niedawno głośno była sprawa mężczyzny, do którego posiadłości wtargnęli złodzieje. Facet chciał się obronić i zaczął strzelać do rzezimieszków, a sąd nakazał mu zapłacić tym zbirom odszkodowanie w wysokości 100 tysięcy euro za poniesione straty moralne! Mężczyzna, po kilku miesiącach batalii, w wyniku wysokiego stresu dostał zawału i zmarł, a to, co po nim zostało, czyli właśnie dom, ma być oddany jego napastnikom. Takich zdarzeń było w tym roku we Włoszech sporo i według mnie to jakieś kpiny. Co to za prawo, które robi z ofiary kata? Jeśli do mnie ktoś kiedyś wejdzie przez rynnę, a ja zdołam wyrzucić go przez okno, to też będę miała kłopoty? Przecież mój dom to moja twierdza, czyż nie? W każdym razie jeśli podczas naszej nieobecności złodzieje się tu pokwapią, to i tak nic cennego w łapy im nie wejdzie. No chyba że moje polskie książki, ale wątpię, czy w ogóle je zauważą. Do następnego!


A na koniec trochę widoków z boskiej Genui ;).





Obsługiwane przez usługę Blogger.