Jak trwoga (majtkowa) to...na bloga!

by 08:33
  Koniec roku to taki fajny czas, kiedy nie trzeba się blogowo spinać. Ot, człowiek wrzuci kilka statystyk, coś tam podsumuje, podlinkuje stare wpisy i gotowe. U mnie też mogłoby tak być, ale pomyślałam trochę i doszłam do wniosku, że nikogo nie będzie obchodzić, ile ludzi czytało te moje wypociny i jaki jest najpopularniejszy wpis na blogu. Z tego powodu postanowiłam po raz drugi w tym roku (obiecuję, że ostatni) wgłębić się w słowa kluczowe, które z nieznanych mi przyczyn, nie mają nic wspólnego z rodzicielstwem, ani choćby życiem we Włoszech. Przekonajcie się sami, czego szuka u mnie szanowna internetowa brać. No ręce majtki opadają:

-Marka od czapy blog- zawsze wiedziałam, że mój blog jest do kitu, a teraz nawet mam to na piśmie.

-Jak zadowolić grubaskę?- wypraszam sobie!

-Czy ona na mnie leci?- znowu? Ty to masz fantazję, chłopie!

-Krulikowska mini uda widać- a to wyzwolona kobita! Do tego szuka jej ortograficzny orzeł.

-Blog Ojciec klapsy- komuś się nieźle popieprzyło. Chciał znaleźć znanego blogującego tatę, a wlazł do mnie- matki, która żadnych klapsów nie stosuje. Nie widzę powiązań.

-Co oznacza Czikaleta- fajna dziunia, no przecież.

-Mini maitki- mini jest w modzie nieprzerwanie, a maitki to chyba dopiero wchodzą.

-Na dyskotece bez majtek- to świadome zagranie, zapewniam Cię!

-Kura domowa- rysopis- wzrost średni, oczy zielone, długie włosy, "mężne serce w kształtnej piersi" (trzeba się jakoś zareklamować).

-Bez majtek pod kiecką-  to istna plaga ostatnio. Może nie stać było na majtki?

-Cesarka boli- nie, bo nie tną na żywca, za to po cesarce boli.

-Ile twarzy ma Grey?- jedną i do tego nieciekawą.

-Jak skutecznie blogować?- mnie się pytasz?

-Uwielbiam kobiece kobiety- a ja męskich mężczyzn!

-Seksownie bez majtek- a idź w cholerę!

  Nieźle, prawda? Zastanawiam się, po co ja się produkuję, poruszam poważne tematy, wymyślam opowiadania, skoro ludzi interesują jedynie majtki i ich pochodne? Może w przyszłym roku coś się w tej kwestii zmieni, bo ten stał pod znakiem bielizny i to do tego nie mojej. Sporo można się dowiedzieć o użytkownikach buszujących w necie, niemniej nie spodziewałam się, że największym problemem anno domini 2016 będą pospolite majtki. Takie rzeczy tylko u mnie. 

  Do Siego Roku 2017! Wracam za niedługo z nową blogową energią, pomysłami i świeżością, jaką zawsze zapewnia nadejście kolejnego roku. Przejdzie mi po kilku miesiącach, ale póki co czuję, że mogę góry przenosić, taka tkwi we mnie moc. I tym optymistycznym (oraz przesadzonym) akcentem zamykam te 365 niezwykłych dni. Do zobaczenia w styczniu!




zdjęcie- www.pozzodisanvito.it

Jak Bello Figo wkurzył Włochów

by 09:07
  Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, lecz są wyjątki od tej szlachetnej reguły. Jednym z nich jest pochodzący z Ghany, a zamieszkujący Włochy od kilkunastu lat, młody raper działający pod artystycznym pseudonimem Bello Figo. Jego piosenki nie są ani odkrywcze, ani za bardzo ambitne, za to wpadają szybko w ucho i powodują, że człowiek dostaje gęsiej skórki, słuchając ich. Bello Figo, jak na rasowego rapera przystało, jest niezłym prowokatorem, a teksty wykonawcy przekraczają granicę dobrego smaku. Do niedawna znało go wąskie grono małoletnich odbiorców, jednak po wystąpieniu w programie publicystycznym Dalla Vostra Parte (Po Waszej Stronie) wszystko się zmieniło. Bello Figo stał się sławny, ale zamiast wiernej grupy fanów przybyło mu stado krytyków, oburzonych jego nowatorską twórczością. Bo raper śpiewa o nielegalnych imigrantach i śmieje się Włochom w twarz, a tego dla nich stanowczo za wiele.

  Nawet najgłupsza prowokacja nie może przekraczać pewnych granic przyzwoitości i Bello Figo tak trochę na własne życzenie został wrogiem publicznym numer jeden. Zaczął dostawać pogróżki od zniesmaczonych Włochów, którzy są bardzo wyczuleni na punkcie żartowania sobie z ich sytuacji społecznej, a teksty rapera z Ghany przelały czarę goryczy. Bello Figo w swych utworach wychwala eks premiera Matteo Renzi i prezydenta Sergio Matarellę, a włoskie kobiety nazywa "białymi ci&&mi" i śpiewa o tym, że imigranci chcieliby je do łóżka (oszczędzę Wam szczegółów). Jedną z piosenek natomiast poświęcił referendum i niektórzy uważają, że był on główną przyczyną porażki, bowiem namawiał do poparcia zmiany konstytucji (to akurat gruba przesada). Głosujemy na tak, bo dostaniemy 35 euro dziennie i nadal będziemy mogli imprezować za darmo w hotelach- rapował Bello Figo i te kontrowersyjne argumenty raczej nie podziałały na wyobraźnię zmęczonych Włochów.
  
  Bello Figo przekonuje, że utwory, o których śpiewa, są wyrazem solidaryzowania się z imigrantami przybywającymi do Włoch z Afryki, lecz problem w tym, że kiepsko mu to wychodzi. Rapuje z dużą dozą bezczelności, jak to chłopcy nie płacą za wynajem, potrzebują białych kobiet, nie uciekają przed wojną i żyją tutaj jak u pana Boga za piecem, bo zapewniają im to wybitni włoscy politycy. A politykom słowa piosenek Bello Figo też za bardzo nie są na rękę, gdyż nie odbiegają zbytnio od prawdy. Bello Figo to młody człowiek, pojęcie o dyplomacji ma nikłe, intencje być może i dobre, więc nie ma co brać na poważnie jego kiepskich kawałków, a mimo to naród włoski poczuł się urażony. Gdyby raper udzielił wywiadu w stacji muzycznej, rzecz rozeszłaby się o kościach, tymczasem wygłaszał swe mądrości w popularnym kanale Rete 4 i to w godzinie największej oglądalności. Oprócz poglądów rapera niemałe zamieszanie wywołała również jego wystrzałowa fryzura i Włosi do dzisiaj kłócą się o to, czy bardziej przypomina ona polentę, czy risotto allo zafferano. Na to pytanie musicie jednak odpowiedzieć sobie sami. Ja wysiadam!




zdjęcie- parmaquotidiano.net

Ozdobić życie, oswoić siebie, obudzić zapał

by 15:18
  Kończy się stary rok, za chwilę do drzwi zapuka nowy i w związku z tym w mojej głowie rodzą się plany i postanowienia dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy. W zasadzie to za bardzo nie lubię planować, gdyż jestem osobą wybitnie niepoukładaną i nic mi nie wychodzi z kartką w ręku, ale zbliżają się decydujące dla nas chwile, więc tym razem zaryzykuję. Jest masa rzeczy, które chciałabym ogarnąć, na wiele nie mam wpływu, a jeszcze inne są poza moim zasięgiem. Trzeba jednak mierzyć siły na zamiary i w końcu przekroczyć pewną granicę, a nie kryć się za maską ciągłej niepewności. Mogę dużo, bo przecież mam dzieci, a człowiek zwany matką to takie żeńskie wydanie Supermana jest, chociaż latać nie potrafi. Reszta zaś jest w zasięgu możliwości każdej z nas, wystarczą dobre chęci i będziemy mogły przenosić góry. Jestem przekonana, że w 2017 roku uda mi się:

-schudnąć! Stosuję dietę od dłuższego czasu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale małe efekty widać, z czego bardzo się cieszę. Od stycznia mam zamiar całkowicie poświęcić się ćwiczeniom i porzucić niektóre nawyki żywieniowe. Batalia toczy się o 10 nadprogramowych kilogramów, które przybrałam podczas ciąży z Sarą i teraz nie mam już wymówek. Nie czuję się dobrze we własnej skórze, a pozbycie się wagi zdecydowanie doda mi skrzydeł.

-nie patrzeć na siebie tak krytycznie! I nie chodzi mi tutaj o figurę, lecz ogólnie o moją, jakże niską, samoocenę. Zawsze uważałam, że jestem najgorsza, najbrzydsza, najmniej warta ze wszystkich ludzi, a na dobrą sprawę tak się nie da. Nie można tak żyć i zadręczać się bez specjalnego powodu, jako że to w niczym nie pomaga. Poza tym mój mąż ma dosyć postawy "wiecznie na nie" i próbuje mnie przekonać, że beznadziejną kobietę za żonę by nie wziął. Muszę mu uwierzyć, bo za niedługo oszaleję od tego poczucia bycia nikim. 

-napisać coś więcej, niż blogowe wpisy! Minął rok, a ja nadal jestem w powijakach i nie widać nawet zarysu mojej debiutanckiej powieści. Pomysły się we mnie kłębią, podobno umiem nieźle opowiadać, a książki jak nie było, tak nie ma. To frustrujące, biorąc pod uwagę fakt, ilu blogerom udało się ostatnio podbić wydawniczy rynek. Oni pracowali, a ja tylko "bla, bla, bla", więc teraz mogę im zazdrościć. Może czas najwyższy wziąć się do pracy, a nie patrzeć na sukcesy innych? Potencjał ponoć jest, zatem nie ma co go marnować.

-odwiedzić Polskę! Oj tak, marzę o tym. Dawno nie było mnie w kraju i trochę tęsknię za jedyną w swoim rodzaju śląską szarzyzną. Myślimy nad tym, aby osiedlić się w Polsce na stałe, aczkolwiek będzie z tym trudno. Sytuacja we Włoszech nie skłania do optymizmu, u nas również nie za fajnie się dzieje, toteż jesteśmy między młotem, a kowadłem. Jedno jest pewne- w Genui nasze miesiące są podzielone, przynajmniej taką mam szaloną nadzieję.

-nie kończyć z blogowaniem! Wiosną minie 5 lat, odkąd zaczęłam prowadzić bloga (jeszcze na starej platformie) i coraz częściej zadaję sobie pytanie- co dalej? Ileż można pisać internetowy pamiętniczek, z którego, oprócz satysfakcji, tak naprawdę nic nie mam? Córeczki rosną, mam kupę rzeczy do ogarnięcia, a pisanie bloga wymaga (wbrew temu, co się potocznie uważa) sporo pracy i jeszcze więcej pokory. Założyłam sobie (dosyć optymistycznie), że przyszły rok ma być przełomem w moim procesie blogowania, a jeśli się tak nie stanie, najpewniej pożegnam się z wirtualnym światem. Mówi się trudno, pisze się dalej, choćby i do szuflady.

-kupić szpilki Louboutin'a! Nie mogłam się powstrzymać na koniec. Uwielbiam buty na obcasach i jakże mi przykro, że nie mogę w nich tutaj chodzić (kto był w moich okolicach, ten rozumie). Kiedyś jednak sobie odbiję i to w dwójnasób, a szpilki Louboutin'a będą wyrazem mojej cierpliwości i ucieleśnieniem moich kobiecych pragnień. A co!

  Będzie się działo, oj będzie!



zdjęcie-In-Formazione.net
  

Kiedy matka przestaje nią być

by 17:07
  Poznałam kiedyś Alę. To fajna dziewczyna była, ale kompletnie nie miała szczęścia do mężczyzn. Pierwszy jej poważny facet okazał się nieodpowiedzialnym dziwkarzem. Zrobił jej dziecko i wyparował, a o płaceniu alimentów ani mu się śniło. Ala po urodzeniu syna została na lodzie, bo rodzice, którzy mieszkali w wiosce, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzieli, wstydzili się mieć za córkę pannę z dzieckiem. Cóż było robić, Ala zakasała rękawy, znalazła kawalerkę w mieście i zaczęła sobie radzić sama.

  Nie myślcie, że było jej łatwo, co to, to nie! Przepłakała wiele nocy, zaciskała zęby ze złości, lecz się nie poddawała. Dla dobra syna, którego kochała ponad życie, chociaż wiele razy ogarniały ją wyrzuty sumienia, że robi dla niego za mało, że często traci cierpliwość, że zdarza jej się nie słyszeć krzyczącego niemowlaka. To wyidealizowane i cukierkowe macierzyństwo, o którym tak wiele słyszała, runęło jak domek z kart i Ala na własnej skórze przekonała się, co to znaczy mieć dziecko. Nikt jej przedtem nie powiedział, że matka często ma przechlapane.

  Bo kto pomoże matce, kiedy nie ma na kogo liczyć? Kto przewinie dziecko, kto da mu jeść, kto je będzie tulił? Kto pozwoli matce odpocząć, gdy synek domaga się jej obecności? Ala padała ze zmęczenia, a przecież musiała pracować, by zapewnić małemu jako taki byt. Ile razy przeklinała na ten swój ciężki żywot, ile razy żałowała, że dała się omamić idiocie. A potem spoglądała do łóżeczka, gdzie spokojnie spał jej syneczek i cała złość z niej uchodziła. Tylko dzięki matczynej miłości nie udało jej się oszaleć i uciec nie wiadomo dokąd.

  Mały rósł, miał już prawie trzy lata, a Ali, mimo że była szczęśliwa, bardzo dokuczała samotność. Po pracy biegła do przedszkola i spędzała czas z synkiem, lecz brakowało jej męskiego wsparcia. I kiedy straciła nadzieję na lepsze jutro, wydarzyło się coś cudownego. Do pracy przyjął się nowy kolega, dla którego Ala zapałała gorącym uczuciem. Na jej szczęście, z wzajemnością.

  Jacek dowiedział się o tym, że Ala ma dziecko, ale mu to nie przeszkadzało. Poznał jej syna, chłopczyk go zaakceptował i polubił, więc Jacek spędzał w domu Ali coraz więcej czasu. Zakochana do szaleństwa Ala szybko zgodziła się na to, aby Jacek z nimi zamieszkał. Może zbyt pochopnie podjęła tę decyzję, lecz tłumaczyła sobie, że mały rośnie i potrzebuje ojca. A Jacek na tatusia nadawał się znakomicie, o tym Ala była święcie przekonana.

  Któregoś dnia Jacek został z synkiem Ali sam w domu. Pobiegła do fryzjera i Jacek ją zapewnił, że nie musi się niczym martwić. Gdy wyszła z domu, wyjął piwo z lodówki i poszedł oglądać telewizję. Mały zaś się nudził, zaczął więc marudzić i przekonywać Jacka, żeby się z nim pobawił. Jacek słuchał cierpliwie, a kiedy dzieciak nie przestawał dokazywać, ukochany mamy stracił cierpliwość. Mocno potrząsnął chłopcem i odpiął pasek ze spodni, po czym silnie nim wymachnął. W tym samym momencie poczuł silny ból i osunął się na ziemię. To Ala, która wróciła do domu, bo zapomniała portfela, rozbiła mu na głowie butelkę z piwem. Gdy się otrząsnął, stało nad nim dwóch policjantów. Wszystkie jego rzeczy Ala wyrzuciła za drzwi wraz z nim. Jacek nie zdążył uderzyć jej synka i więcej nie miał już do tego okazji.

  Nigdy nie poznałam Ali. Opowieść o niej wymyśliłam na poczekaniu. Po ostatniej historii, która wstrząsnęła Polską, chciałabym bowiem wierzyć, że w sytuacjach podobnych, gdy krzywdzi się najmłodszych, istnieją jeszcze takie matki jak ona. Matki broniące dzieci przed katami. Matki reagujące na najmniejszy gest przemocy. Matki nie przyglądające się biernie cierpieniu niewinnych. Matki nie ukrywające agresywnych partnerów. Matki nie zacierające śladów bicia. Matki umiejące kopnąć w tyłki oprawców. Matki potrafiące wybrać. Matki stojące zawsze i tylko za dziećmi. Matki nie mające wątpliwości. Matki nie wybaczające okrucieństwa.  Matki kochające ponad wszystko.

  I proszę, nie nazywajcie osoby, która przymknęła oko na bestialstwo zwyrodnialca, matką. Nie nazywajcie jej tak...




  zdjęcie-LiberoBlog

Lapo, Lapo, co z Ciebie wyrosło!

by 13:46
  Od kilku dni Włosi żyją nową aferą. Słynny potomek rodu Agnelli (to ci od Fiata i klubu piłkarskiego Juventus)- Lapo Elkann, po raz kolejny wystawił swoich bliskich na pośmiewisko. W swoim stylu (czyli na ostro) zabalował w Nowym Yorku, a że jakimś cudem skończyły mu się pieniądze, postanowił upozorować własne porwanie. Zadzwonił do rodziny i oznajmił, że potrzebuje do okupu 10 tysięcy euro, inaczej będzie z nim kiepsko. Plan być może by się i powiódł, ale roztropna rodzina imprezowicza poinformowała o zdarzeniu amerykańską policję, która szybko wykryła, iż żadnego porwania nie było. Sprawa się rypła i włoskie media oszalały, a Elkann, chociaż opuścił już więzienie za odpowiednią kaucją, tym razem tak łatwo się nie wywinie. Stany to nie Włochy, o czym odurzony kokainą Lapo chyba zapomniał.

  
  To nie pierwsze tego rodzaju kłopoty w życiu Elkanna. W 2005 roku, po narkotywej libacji u zaprzyjaźnionej trans, Lapo zapadł w śpiączkę i gdyby nie natychmiastowa pomoc lekarzy, nie umknąłby szponom śmierci. Opinia publiczna była zszokowana tym, że członek rodziny Agnelli okazał się zwykłym ćpunem, a oliwy do ognia dodały preferencje seksualne Lapo. No bo żeby przedstawiciel elity spotykał się z transeksualistą, tego nawet dla liberalnych Włochów było za wiele. Mogli oni wybaczyć Berlusconiemu aferę bunga-bunga, lecz dla Elkmanna społeczeństwo nie miało litości. Po tym zdarzeniu Lapo nieco się uspokoił, zaczął brać czynny udział w rodzinnym interesie i promować włoską markę na światowych salonach. Z dużym sukcesem, gdyż wokół jego osoby nie można przejść obojętnie. 

  
  Tak naprawdę Elkann to ciekawa postać. Ekscentryczny, kontrowersyjny, charyzmatyczny, słynący z niepowtarzalnego gustu, zamiłowania do drogich aut i pięknych kobiet (w tej właśnie kolejności), Lapo Elkann to taki kolorowy ptak na mapie nudnego włoskiego bogactwa. Kilkakrotnie został wybrany jako najlepiej ubrany mężczyzna świata i ci wszyscy blogerzy modowi to przy nim cieńkie bolki. Chyba żaden szafiarz nie może sobie pozwolić na to, by dobierać outfit pod ferrari, dla Lapo zaś to pestka. Fakt, że pomaga mu w tym status miliardera, niemniej jednak trzeba mieć wyobraźnię, aby tak się wyróżniać. Co zatem strzeliło do głowy Elkannowi i znowu popadł w tarapaty? Są tacy, którzy próbują w nim widzieć jakiegoś tragicznego bohatera zamkniętego w złotej klatce. Jeszcze inni uważają, że od zwykłego żula różni go tylko dobrze skrojony garnitur. Moim zdaniem Lapo zwyczajnie lubi ćpać i imprezować. Kto bogatemu zabroni?


  Znamiennie jest to, jak łatwo rozgrzeszyć miliardera. Ci sami celebryci, którzy od czci i wiary osądzają innego włoskiego skandalistę, Fabrizio Coronę, Lapo traktują niemalże jak świętą krowę. Dla mnie sprawa jest jasna- popełnił przestępstwo i powinien za nie odpowiedzieć, wbrew temu, co ględzą włoscy opinioniści. Ale tak dziwnie się złożyło, że jeśli ktoś ma miliardy, od razu na jego obronę wynajduje się dziesiątki usprawiedliwień. Elkann to niebanalny gość i jeszcze niejeden raz o nim usłyszymy, lecz nie ma co robić z niego ofiary. Wiedział, na co się pisze i jakie poruszenie nastąpi, gdy rzecz z okupem nie wypali. Wspomniałam, że znowu złapano go z trans? Jak to jest, że facet na czerwonym dywanie pojawiający się u boku najpiękniejszych kobiet świata, w domowym zaciszu woli nie za ładne panie (panów) do towarzystwa? Absolutnie mnie to nie razi, a wręcz bawi i sądzę, że nieźle to definiuje Lapo Elkanna. Co by nie powiedzieć, nasz rodzimy miliarder Woźniak- Starak to przy nim pipa jest. Mam nieodparte wrażenie, że to nie koniec ekscesów włoskiego "złotego chłopca".

Mamo, znów biorę, porwali mnie w NY

Zdjęcia pochodzą z : gazzetta.it, ilfattoquotidiano.it., repubblica.it

25-ty listopad, gdy niebo płacze...

by 08:01
  Jest taki Dzień, który nie powinien być obchodzony. Jest taki Dzień, który osobom go "świętującym" przysparza jedynie cierpień. Jest taki Dzień, kiedy zastanawiam się, jak to jest z tym rodzajem męskim i dochodzę do wniosku, że nie każdy mężczyzna zasługuje na to miano. To Międzynarodowy Dzień Przemocy Wobec Kobiet, jeden z najsmutniejszych dni w roku. We Włoszech problem przemocy jest naprawdę poważny i tylko w 2016 roku odnotowano 107 przypadków zabójstw kobiet, a rok jeszcze się nie skończył. Zjawisko to nazywa się "femminicidio" (kobietobójstwo) i nie zanosi się na to, by mogło być powstrzymane. Mężczyźni, uważający kobiety za swoją własność, nie mogą się pogodzić z ich odejściem, więc je mordują. Bez krzty litości i z zimną krwią, w myśl zasady- nie jesteś już moja, ale nikt inny też cię nie dotknie.

  22-letnia Sara została spalona żywcem przez byłego chłopaka. Zatrzymał ją, kiedy wracała autem do domu, przywiązał do siedzenia, a następnie oblał denaturatem i podpalił. Później wrócił jak gdyby nigdy nic do pracy, gdzie próbował stworzyć sobie alibi. Kiedy go złapano, opowiedział z przerażającą wręcz obojętnością, jak zamordował Sarę i przyznał, że motywem zbrodni była zazdrość. Nie potrafił znieść, że Sara z nim zerwała i związała się z kimś innym. Dlatego właśnie ją zabił. 

  24-letnia stewardessa Mariana padła ofiarą byłego męża, który zamordował ją, strzelając do niej z bliskiej odległości. Mariana poznała męża w Niemczech, gdzie pracowała i po trzech latach związku postanowiła od niego odejść. Wróciła do Włoch, zamieszkała z rodzicami i pragnęła ułożyć sobie życie na nowo, lecz eks mąż jej na to nie pozwolił. Powodem zabójstwa również była chorobliwa i obsesyjna zazdrość mężczyzny. 

  38-letnią Carlę zaatakował po kłótni narzeczony. Wyjął zapalniczkę, podpalił Carlę na ulicy i uciekł z miejsca zdarzenia. Dziewczynę znalazł sąsiad, który zadzwonił po pomoc i dzięki szybkiej interwencji lekarzy udało się uratować Carlę wraz z jej córeczką. Carla była bowiem w ósmym miesiącu ciąży, lecz nie przeszkodziło to jej oprawcy, nota bene ojcu dziecka, w dokonaniu zbrodni. Carla została matką w dramatycznych okolicznościach, a córeczkę mogła zobaczyć dopiero kilka miesięcy po porodzie. Partner Carli nie poczuwał się absolutnie do winy, a nawet przyznał się do tego, że planował ją zabić wcześniej, potrącając autem na pasach. Rozmyślił się jednak i "zafundował" jej "tylko" podpalenie, nie miało ono wszakże na celu morderstwa, a zastraszenie. Cóż za szlachetna postawa! Mężczyzna został skazany na 18 lat więzienia. Jedynie 18 lat. Carla, przepiękna dziewczyna, do końca życia będzie już okaleczona. 


  Takich przykładów są tysiące. Każda z ofiar zostawiła niezapisane stronice w swej życiowej książce, każda z ofiar opuściła osoby, które kochała, każda z ofiar nie miała możliwości obrony. Każda z ofiar została zamordowana w imię chorej miłości...

  Femminicidio się nie skończy, gdyż kary dla oprawców są tak niskie, że aż śmieszne. Przemoc wobec kobiet będzie się rozszerzać, ponieważ istnieją osoby rozgrzeszające katów. "Mój syn zabił, ale nie jest potworem, nie oceniajcie go tak łatwo"- te słowa słyszy się niejednokrotnie i tym bardziej one bolą, bo padają z ust innych kobiet. Matczyna miłość bywa bardzo ślepa, niemniej usprawiedliwianie zabójstwa jest niewybaczalne i jest policzkiem dla rodzin ofiar. 

  Przemoc ma różne oblicza. Drogie kobiety, nie wierzcie mężczyznom, którzy Was biją, a potem mówią, że to był ostatni raz, po czym błagają o wybaczenie. Miłość nie stosuje pięści, pamiętajcie o tym. Nie słuchajcie ich, gdy zabraniają Wam założyć mini, nie gódźcie się na zamykanie w domu. Nie dajcie się zastraszyć, nie bądźcie bierne i odważcie się uciec od domowych tyranów. Oni się nie zmienią, a jeśli tak, to tylko na gorsze. Oni nie pozwolą Wam odejść, nie łudźcie się. To Wasze życie i jest ono wyłącznie w Waszych rękach, partnerstwo zaś oznacza równość, a nie dominację agresywnych maczo. Wiedzcie o tym, że żaden mężczyzna nie jest wart tego, aby przez niego cierpieć, zwłaszcza wtedy, gdy się kocha. Nie bójcie się zgłosić dzisiaj po pomoc, bo jutra może już nie być...
  

czerwone szpilki, symbolizujące ofiary femminicidia

To nie jest kraj dla zwykłych Włochów

by 17:15
  Kwestia uchodźców budzi skrajne emocje nie tylko w Polsce. W Italii też, chociaż Włosi mają podstawy do tego, aby mieć pretensje do rządu. U nas się tylko mówi, u nich natomiast się dzieje i to dzieje się na całego. Włosi nigdy nie byli rasistami i nazywanie ich tak jest zwyczajnym przegięciem, niemniej stało się- mają oni dość nielegalnych imigrantów. I jeśli coś się w tej sprawie nie zmieni, za niedługo będziemy świadkami rewolucji. A nastroje są jakie są, gdyż rząd leci w kulki i zmusza ludzi do przyjmowania coraz większej ilości uchodźców. Problem w tym, że tacy z nich uchodźcy jak ze mnie diva. To imigranci ekonomiczni, którzy przypływają tutaj, bo szerzy im się propagandę, że w Italii dostaną wszystko gratis. No i dostają, a Włosi zostają- na lodzie.

  W tym roku do Włoch przybyło drogą morską około 175 tysięcy osób i tylko 10 procent z nich to uchodźcy. Reszta to imigranci ekonomiczni, a kraje ich pochodzenia nie toczą żadnych wojen, nie ma w nich nawet skrajnej biedy. Młodzi mężczyźni (kobiet i dzieci jest niewiele) żeby wejść na pokład barki, która zawiezie ich do Italii, muszą zapłacić niemałą kwotę (waha się ona od 10-ciu do 15 tysięcy euro). Ktoś więc na tym interesie nieźle zarabia, a rząd wspiera ten przestępczy proceder. Wiecie, że kobiety przyjeżdżające do Włoch, żeby spłacić dług, lądują później na ulicy (dla mniej kumatych- zmuszane są do prostytucji)? Na pewno nie wiecie, bo nikt o tym głośno nie mówi, tak samo jak o tym, że nielegalna imigracja to niebotyczny, liczony w miliardach euro, biznes.

  Włosi to naród opuszczony przez własny rząd. Drobni przedsiębiorcy, którzy są przecież siłą napędową Italii, zostają obłożeni coraz większymi podatkami i w związku z tym muszą zamykać interesy, a niektórzy z nich lądują na ulicy. Mieszkają w samochodach, ich domy idą pod młotek za śmieszne pieniądze i nikt nie pochyla się nad ich cierpieniem (odnotowano już kilka przypadków samobójstw). Nielegalnych zaś imigrantów kwateruje się w hotelach lub ośrodkach, gdzie zbijają bąki, lecz według nich to i tak za mało. Protestują, wyzywają Włochów od najgorszych, domagają się smartfonów oraz afrykańskiego jedzenia, ponieważ włoski makaron jest niedobry. Czy tak zachowują się ludzie uciekający przed wojną i głodem? Ich roszczeniowa postawa razi zwykłych obywateli, zmagających się na co dzień z biedą i bezrobociem. Włochom w potrzebie nikt nie daje nic za darmo, ani nie umieszcza w hotelach. Muszą sobie radzić sami.

  Tak, wiem, biedniejszym trzeba pomagać, jednak w sytuacji, gdy rząd przestał się przejmować społeczeństwem i zamiast tego zajął się fałszywymi uchodźcami, ta pomoc powoli odbija się czkawką. Imigranci są transportowani na półwysep, a potem rozrzucani po całym kraju, oczywiście z daleka od willi włoskich notabli. Kiedy padł pomysł, by około 30 imigrantów zasiedlić obok nadmorskich daczy polityków, od razu padł on śmiercią naturalną, bowiem w okolicy nie było godnych warunków do przystosowania gości (akurat). Tymczasem gdy rzecz dotyczy normalnych Włochów, nikt nie ma skrupułów i umieszcza imigrantów w ich sąsiedztwie, rzecz jasna bez pytania. Wyobraźcie sobie, że do bloku, w którym mieszkacie nagle przybywa 50 młodych mężczyzn. Wyobraźcie sobie, że ceny Waszych mieszkań spadają przez to na łeb na szyję. Wyobraźcie sobie, że nie macie nic do gadania i nikogo nie obchodzi, że w kamienicy mieszka więcej imigrantów niż Was samych. Wyobraźcie sobie, że ludzie, których zaprosiliście do domu, zaczynają w nim rządzić, a Wy musicie siedzieć cicho. A teraz postawcie się na miejscu Włochów. Nadal się dziwicie, że się wkurzają? Gdyby w moim sąsiedztwie znienacka zamieszkałoby kilkadziesiąt młodych facetów, o których nic nie wiadomo, również nie skakałybym z radości. I gdzie w tym rasizm?

  Właśnie, rasizm... Trochę zapędziliśmy się w kozi róg z tym rasizmem. To słowo jest nadużywane i nadinterpretowane, jako że niechęć do imigrantów nie jest spodowodowana ich kolorem skóry, czy wyznaniem. Łatwo jednak oskarżyć człowieka o poglądy rasistowskie, zwłaszcza gdy na problem imigrantów spogląda się z Polski, gdzie uchodźców jest niewiele. Włosi mają po dziurki w nosie tłumaczenia wszem wobec, że nie są wielbłądami, bo nimi nie są, tak samo ja nie jestem, ani mój mąż, sąsiedzi, rodzina męża, pani w mięsnym i mogłabym tak wyliczać do znudzenia. Uważam, że należy pomagać, ale trzeba to robić z głową, a nie tracić nad tym kontroli. Prawdziwe ofiary głodu i wojny nigdy tu nie przyjadą, gdyż są na to za słabe, a przypływają tu najsprytniejsi. Na dobrą sprawę nie wiemy, kim są, ponieważ nie mają przy sobie żadnych dokumentów. Może to groźni przestępcy uciekający przed wyrokiem sprawiedliwości? A może niektórzy z nich to potencjalni terroryści chcący zrobić wielkie kuku (potwierdził to zresztą włoski Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano)? Odnoszę wrażenie, że Italia to trochę taki Koń Trojański dzisiejszej Europy. Oby rząd się przebudził, zanim będzie za późno.













Dlaczego "Harry Potter i przeklęte dziecko" mnie rozczarował?

by 08:27
  Dawno temu, kiedy mieszkałam w Polsce i była ze mnie pospolita mugolka, wpadła mi do ręki pierwsza część książki o małym czarodzieju. Właściwie nie tyle wpadła, co przyszła pocztą, jako że wygrałam ją w konkursie Gazety Wyborczej, którą wtedy jeszcze prenumerowałam. A skoro ją dostałam, nie wypadało jej nie przeczytać, mimo że wcale nie miałam na to chęci. Tak jednak mam, że czytam wszystko, więc i Harry'ego Pottera postanowiłam przetrawić. Byłam pewna, że książka mi się nie spodoba, bo wyrobiłam sobie o niej zdanie na podstawie relacji krytyków literackich, twierdzących z absolutnym przekonaniem, że to chłam.

  Jak się okazało, nie mieli oni racji, przynajmniej w mojej opinii, ponieważ książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Szybko też sięgnęłam po następną część i tak do ostatniej, a gdy skończyłam- ogarnęła mnie pustka. Zagadka się wyjaśniła i nic nie zapowiadało na to, że dalsze losy Pottera i spółki ujrzą kiedyś światło dziennie. A jednak! Minęło trochę czasu i na rynku pojawiła się książka, na którą fani serii (w tym i ja) czekali z wielką niecierpliwością. "Harry Potter i przeklęte dziecko" ukazuje nam magiczny świat kilkanaście lat po obaleniu Lorda Voldemorta i ma się niestety nijak do finezji i wyobraźni dzieł J.K. Rowling. Nowe przygody czarodziejów bardzo mnie rozczarowały i to nie ze względu na fakt, że są napisane w formie sztuki teatralnej. Nie umiem się pogodzić z tym, że z kapitalnych dzieciaków wyrośli beznadziejni dorośli i (jak w przypadku wybrańca Harry'ego) niefajni rodzice. 

(UWAGA! SPOILERY!)

  Bohaterem książki wcale nie jest Harry Potter, lecz jego najmłodszy syn- Albus Severus, dla którego sławny ojciec nie jest żadnym oparciem. Harry nie próbuje nawet zrozumieć, co czuje mały Albus, osamotniony w swej szkolnej wędrówce (trafił do Slytherinu) i żyjący z piętnem bycia synem tego Pottera. Harry ma gdzieś Albusa i jest po prostu- chociaż trudno to zaakceptować- złym ojcem. Ten sam Harry, mający za sobą ciężkie doświadczenia i okrutne dzieciństwo, dał ciała jako rodzic. Prawdą jest, że Potter nigdy nie był przesadnie wrażliwy, niemniej nie chce mi się wierzyć, że mógł olewać swego syna. Zrobił się z niego nudny, niezłomny, ważny i wiecznie zapracowany urzędnik Ministerstwa Magii. A skoro wspominam Ministerstwo, to muszę nadmienić, że na jego czele stanęła Hermiona Granger. Tak, tak, Hermiona, która niegdyś miała w pogardzie cały urząd i nie planowała w nim pracować. Tak się dziwnie złożyło, że została jego szefową.

  Z trójki bohaterów cyklu broni się jedynie Ron Weasley, zawsze tak samo dowcipny i sympatyczny. Tylko on zachował dawnego "potterowskiego" ducha i nie zawiódł moich oczekiwań, chociaż rzadko się pojawia na kartach książki. Między Ronem a jego ambitną żoną istnieje zawodowa przepaść- podczas gdy Hermiona pchnie się po szczeblach kariery, Ron pracuje w sklepie z Magicznymi Dowcipami, ale jak to on, raczej się nie przejmuje, że stoi w cieniu ukochanej żony. Hermiona stworzona przez Rowling to inteligentna i ambitna czarownica, nie brakuje jej jednak uroku osobistego, natomiast Hermiona z "Przeklętego dziecka" to irytująca ze wszech miar oraz nudna jak flaki z olejem pani minister. Nie tak ją sobie wyobrażałam.

  Fabuła powieści jest nieco zawiła, a to z racji licznych podróży w czasie małych bohaterów książki, dlatego trzeba czytać ją uważnie. Dzięki zmieniaczowi czasu, który Albus zdobył wraz ze swym najlepszym przyjacielem- Scorpiusem Malfoyem (synem Draco) przenosimy się do wydarzeń z Turnieju Trójmagicznego, poznajemy też alternatywną rzeczywistość, gdzie rządzi nie kto inny, jak sam Lord Voldemort, a Cedrik Diggory jest śmierciożercą. Jakby tego było mało, odkrywamy nieznane oblicze Severusa Snape'a- okazuje się, że mistrz eliksirów potrafi się uśmiechać, być miły i prawie wzruszony tym, że Harry nazwał syna na jego cześć. Spłaszczenie zawiłej i fascynującej osobowości Snape'a mocno mnie dotknęło, bo to moja ulubiona postać serii i nie widzę go w roli dobrego wujaszka. Prawdziwy Snape byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że syn Pottera nosi jego imię i nawet jeśliby jakimś cudem odczuwał z tego powodu odrobinę dumy, nigdy by tego po sobie nie dał poznać.

  Autorzy "Przeklętego dziecka" zapomnieli o paru kluczowych postaciach. Nie ma Hagrida, a każdy miłośnik Pottera wie, że bez Hagrida to nie to samo. Brak Luny Lovegood, którą zawsze widziałam u boku Harry'ego zamiast tej jędzy Ginny (według mnie to najgorsza postać cyklu ever- wredna, niemiła, próżna, opryskliwa, złośliwa, mściwa- jak przyznał Ron, charakterem pasowała do Slytherinu). Nie pojawia się Neville Longbotton ani tak lubiani przeze mnie bracia Rona, nie wiemy również, co słychać u Teddy'ego Lupina. W zamian dostajemy Draco Malfoya po liftingu duszy- onegdaj największa szumowina Howgartu przeszła metamorfozę i dzięki niej Malfoy jest o wiele ciekawszy i godny uwagi od wkurzającego Harry'ego Pottera. Syn Malfoya Scorpius to całkiem fajny gość i szybko zaskarbił sobie moją sympatię. Zaprzyjaźnił się z Albusem w pociągu wiozącym ich do szkoły (historia zatoczyła swe koło) i stali się nierozłączni, ku utrapieniu Harry'ego. A potem zachciało im się pomóc odzyskać syna cierpiącemu ojcu i postanowili zacząć działać. Czy im się udało? O tym przekonacie się, czytając "Przeklęte dziecko".


  

Drżący&Kabanos na tropie pewnej blogerki

by 14:22
  Słynny projektant Dobrosław Drżący nie miał zbyt dobrego humoru, a właściwie to nie miał go wcale. Jego ostatnia kolekcja okazała się klapą i zalegała sklepowe półki, gdyż nawet pies z kulawą nogą się nią nie interesował. Szefowa "Woka" Anna Wilczur ostentacyjnie olewała Drżącego i nie odbierała od niego telefonów, muza stylisty Heidi Plum Plum nie zamierzała z nim więcej współpracować, a jego wspólnik i były życiowy partner Szczepan Kabanos bardziej zajmował się nowym kochankiem, niż upadkiem firmy. Nic więc dziwnego, że Drżący z coraz większą grozą spoglądał w przyszłość i desperacko szukał rozwiązania, które pomogłoby mu wyjść z impasu i być znowu na topie. Na domiar złego długi rosły, a projektant, przyzwyczajony przecież do wygód wszelakich, nie mógł tak po prostu z nich zrezygnować. "Luksusowe życie to ogromny stres"- wspominał w myślach święte słowa kultowej modelki Renulki. "Muszę coś zrobić z tym fantem, inaczej czekają mnie autobusy i bratanie się z plebsem, a to poniżej mojej godności".

  Tak rozważając, Drżący postanowił zacząć działać. Włączył przeglądarkę, wpisał hasło "moda na szczycie", poczekał na rezultaty i... aż otworzył usta ze zdziwienia. Na ekranie bowiem pojawiła się kolekcja-marzenie, dopracowana w każdym szczególe i stary wyjadacz Drżący od razu poznał, że ma ona wielki potencjał. "To niesamowite"- dumał- "właśnie coś takiego jest mi teraz potrzebne"! Spojrzał przy tym na adres strony, przeczytał słowo "blog" i zadumał się po raz kolejny. Nic mu nie przychodziło do głowy, jako że blogosfera była dla niego czymś nieznanym, tak samo jak autorka tej wspaniałej kolekcji. "Katarzyna Targosz, Matka na Szczycie"- mruczał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany- "Nie wiem, kim jesteś, ale masz kobieto talent, choć tego akurat mówić ci nie zamierzam". Szybko zadzwonił do Kabanosa, ściągnął go do siebie i obaj powzięli niecny plan przywłaszczenia sobie ubrań wykonanych przez Katarzynę Targosz. "Jestem przekonany, że się nie pokapuje"- drwił cynicznie Drżący- "mieszka na prowincji, tworzy jakieś blagi i nie ma pojęcia, czym jest wielki świat. Nie dowie się o naszej pożyczce, bo i tak na pewno nie czyta prasy" I Drżący wraz z Kabanosem bez skrupułów splagiatowali kolekcję Matki na Szczycie, nie spodziewając się nawet, komu tak naprawdę się narazili. 

  Tymczasem autorka, która wiodła spokojny żywot w polskich górach, faktycznie nie była świadoma kradzieży, jakiej dopuściła się para projektantów. Pisała swoją następną powieść i nie śledziła ostatnich trendów w modzie, a duet Drżący&Kabanos nigdy nie należał do jej ulubieńców. Tak się jednak złożyło, że dostała zaproszenie na najnowszy pokaz projektantów, ponieważ jej dobra znajoma, dziennikarka Katarzyna Przemyt, podarowała jej wejściówki na to wydarzenie. Matka na Szczycie wybrała się więc na rewię mody razem z przyjaciółką- Gosią Jurną, znaną w internetach jako Antyglobalistka i obie doznały niemałego wstrząsu, gdy zobaczyły "metody" pracy Drżącego i Kabanosa. "Nie ujdzie im to na sucho"- zagrzmiała Antyglobalistka- "Nie wiedzą, dranie, komu podpadli"! Katarzyna Targosz, zszokowana zainstniałą sytuacją, przysięgła zemstę złodziejom jej kolekcji. "Już mnie popamięta ta para pseudo- stylistów"- wkurzała się utalentowana autorka. I jak pomyślała, tak zrobiła.

  Na początku Matka na Szczycie chciała rozwiązać sprawę polubownie, czyli zmusić stylistów do przeprosin i rekompensaty za poniesione straty, lecz Drżący i Kabanos mieli gdzieś jej prośby. Nie odpowiadali na jej wiadomości, nie odbierali telefonów i żeby ją przestraszyć, próbowali włamać się na jej fejsbukowe konto. Skradziona kolekcja cieszyła się niesamowitym powodzeniem, a jej kulminacją miał być pokaz w stolycy, gdzie zdesperowana Katarzyna zamierzała się udać. Znowu miała jej towarzyszyć Antyglobalistka, która wspierała Matkę na Szczycie z całych sił, a w dodatku okazała się kopalnią pomysłów. Przygotowała transparent szykanujący projektantów i gdy Katarzyna Targosz zobaczyła Gosię wymachującą flagą, wpadła w doskonały humor.

Lepsze pączki i precelki
Niż śmierdzące frankfuterki!

  "Nie znalazłam rymu do kabanosa"- tłumaczyła Antyglobalistka, po czym niechcący rąbnęła transparentem przechodzącego obok Dobrosława Drżącego. Projektant nie zdążył zaprotestować, bo właśnie ujrzał Katarzynę Przemyt wraz z grupką kobiet wykrzykujących:

Zamiast wcinać kabanosy
Wolę iść na sianokosy!

  Szczepanowi Kabanosowi nie udało się uciszyć wrzeszczącego tłumu, a Drżący w myślach poprzysiągł zemstę "roszczeniowym babskom". Nie mógł jednak wyprosić ich z pokazu i robił dobrą minę do złej gry, widząc Matkę na Szczycie siedzącą w pierwszym rzędzie i oklaskującą "jego" wybitne dzieła. Kiedy zaś zobaczył, że przysiadł się do niej sam Don Koralone, natychmiast do niego podszedł i zaprosił go na scenę. 

-Drodzy państwo- przemówił- mam zaszczyt przedstawić naszego honorowego gościa, wielkiego znawcę mody i konesera piękna, niepospolitego człowieka i mojego osobistego przyjaciela"'! Wprost z Neapolu, specjalnie na nasz pokaz, przyjechał nie kto inny, jak Don Koralone!

  W tym momencie Don Koralone szepnął coś do ucha styliście. Drżący, gdy usłyszał, co groźny mafioso miał mu do przekazania, przełknął ze strachu ślinę i zadrżał z przerażenia. Szczepan Kabanos też miał nietęgą minę, a publiczność obecna na pokazie domagała się powtórzenia słów Koralone. Projektanci nie mieli wyjścia i musieli oznajmić wszem wobec, iż zapożyczyli sobie projekty od obecnej na widowni Matki na Szczycie, która błyskawicznie została otoczona wianuszkiem fanów. 

-Nasze rachunki zostały wyrównane- uśmiechnął się do niej Don Koralone- znowu możemy walczyć po dwóch stronach barykady.

I wyszedł z pokazu, a Matka na Szczycie zastanawiała się, co takiego kombinuje Ojciec Chrzestny włoskiego podziemia. Antyglobalistka i Katarzyna Przemyt natomiast zostały wyróżnione prestiżowym tytułem Weganek Roku, mimo że wcale wegankami nie były. Ich hasła tak podziałały na wyobraźnię wegańskiego jury, że zdecydowano się je nagrodzić. 


Ciąg dalszy być może kiedyś nastąpi. Wszelkie podobieństwa nieprzypadkowe i zamierzone. 

Wpis dedykuję dzisiejszej solenizantce, dzięki której czasem dopada mnie natchnienie. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, droga Kasiu!

Takich pięknych zdjęć to ja nie robię, autorka www.matkanaszczycie.pl








Bój się bloga!

by 13:42
  W pewnych kręgach twierdzą, że blogowanie stało się modne. Jeszcze inne środowiska trąbią, że to całe blogowanie to obciach, bo teraz każdy głupi może założyć bloga. Podobno pisanie bloga odmóżdża, ponieważ ludzie zamiast udać się z problemami do specjalisty, powołują się na znanych blogerów, będących dla nich wielkimi autorytetami. Według mnie nie ma się o co burzyć i przeżywać, jako że każdy z nas ma swój rozum. Mogę czytać milion blogów, lecz nie znaczy to, że będę ślepo wierzyć w to, o czym traktują. Blogowanie poprawia mi humor, blogosfera zaś jest dla mnie wspaniałą rozrywką, a poza tym socjologicznym fenomenem. Nigdy nie kieruję się wskazówkami i poradami dotyczącymi wychowywania dzieci, aczkolwiek wiele z nich trafia w sedno, tak samo jak nie lecę do sklepu kupić rzeczy proponowanych przez blogujące mamy. Lista moich ulubionych blogów jest spora, niemniej coraz bardziej się zawęża. I nie dlatego, że mam wysokie blogowe wymagania, po prostu zauważyłam, iż wiele wartościowych blogów znika.

  Sama nie jestem już tą blogerką, którą byłam cztery lata temu. Nie piszę regularnie, nie planuję postów z dwumiesięcznym wyprzedzeniem i nie oczekuję pochwalnych hymnów. Piszę, kiedy mam ochotę i o czym mi się akurat podoba, a podążanie za trendami zostawiam ambitniejszym blogerom. Mój blog jest wytarty i często zarasta kurzem, nie znajdziecie w nim cukrowych opowieści i nie pokażę Wam moich wnętrz, nawet jeśli byłyby z marmuru. Niedawno zadałam sobie pytanie, czy to, co robię ma jeszcze sens. Przeanalizowałam jednak wszystko i doszłam do wniosku, że w tym szaleństwie jest metoda. Blog jest moją faktyczną wizytówką i jest dla mnie szalenie ważny. To tutaj opowiadam o moich emigracyjnych bolączkach i tutaj mogę się słownie wyszaleć. Nie muszę stroić słodkich minek i nie muszę być kimś, istotne jest to, że zawsze jestem sobą. Ta moja mała internetowa przystań daje mi naprawdę wiele, bo pozwala wykrzyczeć siebie. A że i wirtualny papier bywa cierpliwy, testuję jego wytrzymałość z prawdziwą rozkoszą.

  Nie mam blogowych autorytetów i dobrze mi się wiedzie z tą moją niewedzą. Nie próbuję być wszędzie i wdzięczyć się do influencerów, gdyż takie zachowanie zwyczajnie mnie razi. Gdyby bloga prowadził Tołstoj bądź inny klasyk, najpewniej byłabym ich psychofanką, a tak jestem tylko bierną obserwatorką. Jest masa blogerów umiejących pisać tak, że przechodzą mnie ciarki, gdy czytam, jak wspaniale potrafią żonglować językiem polskim. Nie będę ukrywać, że zdarzało mi się zazdrościć, lecz i z tym dałam sobie jakoś radę. Nie planowałam być niczyją kopią, albo złodziejką cudzego stylu pisania, ponieważ nie o to mi chodziło, kiedy zajęłam się blogowaniem. A to, że drażniło mnie, iż pewne osoby osiągnęły blogowy sukces, jest absolutnie wytłumaczalne. Blogosfera jest bowiem w jakimś tam minimalnym stopniu odzwierciedleniem naszego życia. Tu też mamy swoje sympatie i antypatie, jednych kochamy, drugich nienawidzimy, niektórych podziwiamy, kilku zawiścimy. Często psioczyłam na podziały blogowe, z czego dzisiaj się śmieję, bo przecież to nie mój interes. Nie sprawia mi już zatem przykrości bycie blogową outsiderką, co więcej, jest mi z tym bardzo dobrze.

Bój się bloga? Ależ skąd!



zdjęcie- www.webna.ir

Kura domowa przebojowa

by 08:26
 Nadeszła jesień, a wraz z nią zapukała do domu melancholia. Zastanawiam się, kim jestem i co ja tu robię, a potem patrzę na moje dwa małe szczęścia i wiem, że życie ma sens. Jestem ubrana w płaszcz kury domowej i coraz mocniej mnie on uwiera. Byłam ostatnio coś załatwić w urzędzie i na pytanie, czym się zajmuję, odpowiedziałam, że wychowuję dzieci. "A więc casalinga" ("pani domu" po włosku), uśmiechnęła się urzędniczka i wpisała to do akt. Casalinga... bywa, że nie znoszę tego słowa, bo kojarzy mi się ono ze stagnacją. Chciałabym zrobić krok do przodu i być nie tylko matką, ale nie wiem, jak się za to zabrać. Stanęłam w miejscu i nie za bardzo mi się to podoba.

  Z niecierpliwością wypatruję wiosny. Po prawie sześciu latach oczekiwana i próby okiełznania przeze mnie Genui, w końcu mogę być pewna, że nastąpi przełom i się wyprowadzimy. Jeszcze nie wiem dokąd i nie mam pojęcia, jak daleko będziemy musieli się udać, ale jedno jest pewne- to są nasze ostatnie miesiące na ulicy Burlando. Być może zostaniemy w Ligurii (choć wierzę, że tak się nie stanie), a być może poniesie nas w siną dal, kto wie. Czekam na zmiany pełna nadziei i gorąco pragnę zamieszkać bliżej rodziny (obojętnie jakiej). Bo człowiek oderwany od korzeni już zawsze będzie tęsknił. Za krajem, za bliskimi, czy nawet za zapachem ulubionej potrawy, chociaż wydaje się to trywialne. A mąż i ja jesteśmy tacy trochę dzicy tutaj- niby nas zaakceptowano, a jednak mamy wrażenie, że nie pasujemy do większości. Takie dwie poszukujące dusze z nas.

  Chciałabym wrócić do Polski, lecz jednocześnie zadaję sobie pytanie, jak dałby sobie radę w moim kraju Myster Pi. Nie zna języka, nie jest przyzwyczajony do minusowych temperatur, poza tym musielibyśmy zacząć wszystko od zera. W Italii mamy fundamenty, na których możemy się oprzeć, aczkolwiek nie są one zbyt stabilne. Dzieci szybko przyzwyczajają się do nowości i o córeczki jestem spokojna, ale jak my to sobie poukładamy, tego nie umiem przewidzieć. Genua jest przystankiem w naszej życiowej wędrówce i czas wreszcie gdzieś zapuścić korzenie na dobre. A zapuścimy tam, gdzie będzie praca, nawet gdyby miało to być na drugim końcu ziemi. Ufam przy tym, że nie wypadłam całkowicie z rynku, choć jestem świadoma, iż ponad pięć lat spędzonych w domu nie dodają atrakcji mojemu (i tak już skromnemu) CV. Zbliżam się do czterdziestki i co mogę zaoferować potencjalnemu pracodawcy? Doprawdy nie mam pojęcia!

  Jednakowoż uważam (tak trochę paradoksalnie), że bycie kurą domową z prawdziwego zdarzenia coś tam mi dało. Przedtem byłam nierozgarnięta (no dobra, nadal jestem) i na większość rzeczy miałam, kolokwialnie mówiąc, wyjechane, a teraz zwyczajnie nie mogę. Mam dzieci i muszę być dla nich podporą. Aby udowodnić, że bycie opiekunką (lub jak kto woli, boginią) domowego ogniska to nie jest bułka z masłem, przygotowałam listę na ten temat. Kura domowa bez wątpienia brzmi dumnie i niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest inaczej. Przeczytajcie zresztą sami, jak dużo mi dało siedzenie w domu:

1. Nauczyłam się planować i organizować. Odkąd pamiętam, zawsze szłam na żywioł i wolałam spontan, niż misternie przygotowany plan dnia. Wszystko to wzięło w łeb, kiedy zajęłam się domem i zostałam matką. Teraz jestem samozwańczą mistrzynią programowania, planuję rzeczy z miesięcznym wyprzedzeniem i z dumą mogę powiedzieć, że nadawałabym się do roboty w korpo, a co (znaczy a kysz, bo tam mnie nie ciągnie).

2. Coraz bliżej mi do tytułu mistrzyni patelni. Pięć lat temu miałam nikłe pojęcie o gotowaniu, natomiast dzisiaj nawet zaczęłam to lubić. Nie, żebym nagle się zakochała w garach, gdyż to chyba nigdy nie nastąpi, niemniej potrafię nie tylko zaparzyć wodę na herbatę. Udaje mi się przyrządzić jakieś potrawy i do tej pory nikogo nie otrułam, a domu nie puściłam z dymem, więc będą ze mnie ludzie. Na prestiżowe stanowisko "chefa" póki co nie mam żadnych szans, za to na pomoc kuchenną bądź pomywaczkę jak najbardziej.

3. Ujarzmiłam potwora, czyli polubiłam sprzątanie. No, powiedzmy, że prawie polubiłam, ponieważ nie miałam innego wyjścia. Moje mieszkanie nie lśni nieskazitelną czystością, ale jest posprzątane i bałagan w nim umiarkowany. Rano ogarniam dom i przez pół dnia jakoś się trzyma, a później Gaja wraca z przedszkola i zaczyna się na nowo. Chaos znowu króluje, ze wszech stron otaczają mnie zabawki, które Gaja roznosi po wszystkich kątach, a ja zanoszę je  powrotem na miejsce. Nie wiem, po co to robię, jako że nie ma to sensu, lecz przynajmniej się ruszam. Na pielęgniarkę środowiskową nadawałabym się idelanie.

4. Odkryłam w sobie zdolności aktorskie. Tak, tak i to niemałe. Ostatnio zauważyłam, że zaczęłam przemieniać się w czarownicę. Torebkę zamieniłam na miotłę, na głowie coraz częściej układa mi się mop (i tylko pryszcza na nosie brakuje), a nad markowe ubrania preferuję domowe wyciory. Słowem, niezła ze mnie wiedźma, która nie tyle straszy, co bawi, zwłaszcza starszą córeczkę. Gdy wymyślam jej bajkę i przekonuję, że jestem Babą Jagą zaklętą w skórze matki, śmieje się do rozpuku i natychmiast zasypia. Spokojnie odlatuję do swojej dziupli (czytaj odpocząć na kanapie) i zastanawiam się, jak wystraszyć męża.

5. Przekonałam się, że mam w sobie niezmierzone pokłady cierpliwości. Przedtem nie byłam tego pewna, bo jestem z gatunku pospolitych wiercipiętek. Nie potrafię usiedzieć na miejscu, czekanie mnie dołuje i szybko się nudzę. Status kury domowej spowodował, że zmieniło się moje podejście i dzisiaj cierpliwość jest moją mocną stroną. Przeistoczyłam się w ostoję spokoju, mogę godzinami nic nie robić, a córeczki spowodowały, że spokorniałam. Nie gryzę się niepotrzebnie i mam dystans do świata, a to dla mnie powód do radości. Mogłabym pracować w dziale obsługi klienta i odniosłabym niewątpliwy sukces.

  Nie jest tragicznie, prawda? Bycie prostą casalingą udowodniło mi, że mogę robić mnóstwo rzeczy i mam spore predyspozycje w każdej dziedzinie. Nie załamujcie się więc, drogie niepracujące mamy, bo każda z nas jest wyjątkowa i potrafi zdziałać cuda. Będzie dobrze!

Uwielbiam jesień! (zdj.MeteoWeb)

Kup lajki, zrób karierę

by 13:35
  Dostałam ofertę i to nie byle jaką! To jedna z tych propozycji, której nie powinnam odrzucić, bo druga taka okazja może już mi się nie przytrafić. Nie wiem dlaczego ten ktoś pomyślał akurat o mnie, ale jeśli sądził, że będę wdzięczna za troskę, to się pomylił. Krótko mówiąc, nie skorzystam z sugestii, za co podobno będę się jeszcze pluła w brodę. Zostałam zapytana drogą mailową, czy nie interesuje mnie kupno lajków na fejsie, jako że, cytuję, "powiększając liczbę fanów na portalu społecznościowym mogę zostać kimś". Dawno się tak nie uśmiałam.

  Czuję się kimś bez względu na to, co się dzieje ze mną w wirtualnym świecie. Nie gryzę się tym, że nie mam za sobą hordy fejsbukowych fanów, idę powoli, lecz do przodu i niepotrzebne mi są martwe internetowe dusze. Fajnie jest, kiedy ludzie polubiają mój profil sami z siebie, po co więc miałabym kupować lajki? Niedawno zaprosiłam kilku znajomych do mej strony i nie zobaczyłam żadnej reakcji, co trochę mnie zdołowało. Dopiero kiedy ochłonęłam, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam się czym przejmować. Nie każdy przecież musi doceniać mój minimalny wkład w blogosferę, zresztą większość znajomych się nią nie interesuje. Na darmo zatem te moje lamenty.

  Wiem, że na blogerki nadal patrzy się przez pryzmat lajków na fejsie. "Małe" kolegują się z innymi "małymi", "wielkie" trzymają sztamę i biada "małym" spróbować wejść w ich grono. Odrzucając proponowaną mi ofertę, odrzuciłam tym samym możliwość zrobienia fejsbukowej kariery. Jak nic ciapa ze mnie i to dokładna, bo za niedużą kwotę pieniędzy mogłam się nieźle ustawić. Oczywiście nikomu nie przyszłoby do głowy, że te kilka tysięcy lajków więcej w jeden dzień to nieuczciwa gra, tylko sympatia do mojej strony. No ba!

  Jakoś tak mam ostatnio, że spędzam coraz mniej czasu w internecie i odcięłam się od niektórych środowisk. Może to zmęczenie tematem, może znudzenie, a może to już nie to samo, co kiedyś. Nie chcę przestać blogować, ponieważ zwyczajnie to lubię, niemniej słabi mnie czasem ta cała internetowa otoczka. Jasne, zamiast biadolić, mogłabym usunąć fanpejdż i byłoby po sprawie, ale problem w tym, że traktuję go jako życiowy notatnik. Wpisuję tam dialogi z mężem i różne perypetie życiowe, z których nie ma co tworzyć osobnych wpisów na blogu. Sama sobie zawiesiłam stryczek na szyi, toteż muszę ciągnąć ten fejsowy wózek. Jednakowoż robię to bez presji i nie mam zamiaru nikogo chwytać za serce. Wystarczy mi uśmiech.

  Za niedługo moje urodziny i z tej okazji mąż zastanawia się nad prezentem dla żony. Wolał mnie wszakże zapytać, co mi się marzy, żeby nie dać plamy, jak mu się kilka razy zdarzyło. Myślałam o tych pragnieniach i byłam już prawie zdecydowana na wirtualny podarunek. Chciałam zainwestować w blog- dokładnie go odpicować, przejść na własną domenę i oddać go w ręce profesjonalistów, a przy okazji zmienić jego nazwę. Niestety, poszłam z mężem do centrum handlowego i zobaczyłam nowo otwarty butik z torebkami O bag. Wizja odświeżonego bloga odpłynęła w siną dal i wybrałam spersonalizowaną torbę, na którą miałam chęć od dawien dawna. Jak bardzo będzie spersonalizowana, tego jeszcze nie wiem, gdyż zdałam się na gust męża i mam nadzieję, że stanie na wysokości zadania. Realny świat zawsze będzie wiódł prym nad tym internetowym, więc na nową stronę będę musiała nieco poczekać. Albo i dłużej, ale to nieważne.

I jak, kupować te lajki :)?




zdjęcie- www.3dpretige.com

O czym piszczy na moim blogu?

by 17:32
  Odkąd prowadzę bloga, czyli cztery lata z hakiem, wszędzie noszę ze sobą notatnik. Opisuję zdarzenia, których jestem świadkiem, bo nie chcę, żeby zaginęły gdzieś w zakamarkach mej pamięci, wpisuję wyrazy pomagające mi później stworzyć nowe wpisy, lub usłyszane przypadkiem dialogi. Pozwala mi to się rozwijać i obserwować świat jeszcze wyraźniej, a poza tym dzięki temu nieustannie ćwiczę. Kiedy wychodzimy z domu, zawsze sprawdzam, czy włożyłam notatnik do torebki, z czego śmieje się mąż, gdyż jego zdaniem to już zakrawa na obsesję. Tymczasem nie tylko ja podglądam, ale robią to też odwiedzający moją stronę. Szukają tu różnych rzeczy i czasem włosy stają mi dęba na głowie, gdy czytam, po co przyszli. Słowa kluczowe w moim notatniku zajmują kilka kartek i chciałabym w końcu przedstawić te, które najbardziej mi się spodobały (a naprawdę było w czym wybierać). Oto czym żyje mój "rodzicielski" blog:

-Włoskie krocza. No i mamy problem, bo przyznam szczerze, że nie za bardzo im się przyglądam. Tak samo zresztą nie przyglądałam się polskim kroczom, ani żadnym innym, więc w tym temacie jestem zupełnie zielona. Krocza to krocza i jakiejkolwiek narodowości by nie były, trzeba o nie dbać, jak o własne. Albo nawet i lepiej, a wtedy do zakochania jeden krocz, wróć, krok.

-Ona na mnie leci. Jesteś tego pewien, a może po prostu Ci się wydaje, bądź nadinterpretujesz jej gesty? To, że dziewczyna się do Ciebie uśmiechnie, albo z Tobą porozmawia, nie oznacza od razu, że ma na Ciebie ochotę. Kobiety jedno mówią, drugie myślą, a trzecie robią, pamiętaj o tym. A skoro jesteś przekonany, że jednak na Ciebie leci, to nie pozostaje Ci nic innego, jak przejąć inicjatywę (dziewczyny za tym przepadają, uwierz mi). Moja rada dotyczy jedynie facetów, którzy wyglądają jak Brad Pitt, a reszcie mogę powiedzieć tyle: Nie, ona na Ciebie nie leci!

-Grube baby są namientne, czy to sztereo typ. Temperament kobiety nie ma nic wspólnego z ilością posiadanych kilogramów. Jeśli wybranka ma wyobraźnię, to na pewno będzie namiętna i nieważne, ile waży (i tak się do tego nie przyzna). Nie zwracaj się do niej jednak "gruba babo", bo przywali Ci z liścia i ukażą Ci się gwiazdki, które być może Cię oświecą i naprowadzą na właściwą drogę poprawnej polszczyzny.

-Curwa po włosku jest ta sama. Domyślam się, że chodzi o odmianę naszego narodowego przekleństwa i muszę zmartwić autora frazy. Nie, po włosku "curva" oznacza po prostu zakręt. Jeżeli będziesz kiedyś we Włoszech i powiesz "curva", nikt na to nie zwróci uwagi, a w kraju to chyba nikogo już nie szokuje. Tak czy siak, proponuję zacząć naukę języka włoskiego od podstaw, a nie od wulgaryzmów.

-Majtki w 3d. I chyba tutaj spasuję, jako że nie mam pojęcia o istnieniu tychże. Jak niby miałyby wyglądać takie majtki, i przede wszystkim, jakie efekty specjalne miałby prezentować nasz tyłek po ich założeniu? W tym wypadku zostanę konserwatystką, więc zaproponuję zwykłe figi, ewentualnie stringi, natomiast na długie, jesiennie wieczory najlepsze będą reformy. Możesz położyć się w nich spać i ładnie Cię ogrzeją przy oglądaniu filmu. Oczywiście w 3d, co do tego nie ma wątpliwości.

-Ten gnid mnie zdradza. No to daj sobie z nim spokój, cholera jasna! Tego kwiatu pół światu, nie ma co się przejmować jednym "gnidem". A skoro zdradził Cię raz, to zrobi to drugi, trzeci i setny i będzie coraz większym "gnidem", a Ty niepotrzebnie się będziesz dołować.

-Blog dla normalnych. I tu mnie masz, bo nie wiem, co odpowiedzieć. Znaczy, mój blog jest najormalniejszy z możliwych, lecz nie ma znaczenia, czy czytają mnie normalne osoby, ważne jest to, że w ogóle ktoś czyta te moje wypociny. Blogerzy niby często prawią, że na statystyki mają wyjechane, ale to kokieteria. A bloga dla normalnych Ci nie polecę, ponieważ ostatnio odnoszę wrażenie, że blogerzy są nienormalni (na czele ze mną, zatem bez urazy, drodzy koledzy po fachu).

-Domowa kura aktorów zna. Zna, zna i swoich ulubieńców ma! Jako kura domowa z pięcioletnim stażem mogę pochwalić się całkiem niezłą znajomością aktorów polskich, włoskich, zagranicznych i amerykańskich! Siedzenie w domu nie powoduje, że biedne kury domowe kretynieją, bo zdarza się, że oglądają filmy i nawet do ludzi wychodzą, takie z nich burżujki. Gdyby ktoś był ciekawy, jakiego aktora ceni najbardziej autorka bloga, może do mnie napisać w tej sprawie maila. Z wielką przyjemnością odpowiem, że jest nim Kevin Spacey.

-Beznadziejna matka. Mleko się wylało i wreszcie się wydało. Próbowałam to ukryć, lecz najwyraźniej nie robiłam tego zbyt dobrze. Do tego stopnia jest ze mnie beznadziejna matka, że zastanawiam się nad zmianą nazwy bloga, a "Matka bezNadziejna" byłoby idealne. Na czasie i w ogóle, także spodziewajcie się drastycznych zmian na blogu. Kiedy to piszę, moja młodsza córeczka posyła mi uśmiechy, starsza zaś szaleje po domu. Nie wierzcie więc w teorie o tych wszystkich beznadziejnych mamuśkach, bo są one stworzone na potrzeby rynku.

 Czego to ludzie nie wymyślą! Do tej pory mi się zdawało, że prowadzę bloga parentingowego, ale powoli zaczynam w to wątpić. Setnie się uśmiałam, tworząc ten wpis i mam nadzieję, że i na Waszych ustach zagości uśmiech. Nie samą matką matka żyje i nie samym macierzyństwem blog oddycha.

Zdjęcie nijak się ma do tekstu, ale dzisiaj pierwszy dzień jesieni, więc musi być odrobinę sentymentalnie.

Stał się cud, matka przechodzi na głód

by 13:26
  Minęły już prawie cztery miesiące od urodzenia Sary, a ja... nadal nie mogę schudnąć. Jako karmiąca matka odczuwam nieustający głód i nic na to nie umiem poradzić. Wiecznie ssie mnie w żołądku i bywają dni, kiedy nie mogę oprzeć się pokusie, więc jem do upadłego, albo i gorzej. A to upiekę ciasto, a to usmażę racuchy, a później kajam się i obiecuję solidną poprawę. Ostatnio jednak wszystko mi obrzydło, ponieważ spojrzałam na siebie w lustrze i dosłownie oniemiałam. Nie spodobało mi się to, co zobaczyłam i chyba wreszcie doszło do mnie, że takie usprawiedliwianie się przed sobą nie przyniesie mi nic dobrego. Postanowiłam zatem ponownie zacząć walkę i zgubić nadprogramowe kilogramy, w końcu to dla mnie nie pierwszyzna. Pierwszą poważną próbę charakteru przetrwałam wczoraj, gdy mąż podał na kolację smażone bakłażany, które wprost uwielbiam. Nie było łatwo, lecz udało mi się odmówić i zadowoliłam się tuńczykiem z groszkiem.

  Bycie kurą domową nie pomaga w procesie odchudzania, jako że siedzący tryb życia nie jest moim sprzymierzeńcem. Fakt, że więcej się ruszam niż siedzę, ale kiedy nie mam nic do roboty, niestety trochę podjadam ("trochę" to w tym wypadku eufemizm). Sięgam po łakocie z nudów, o wyrzutach sumienia przypominam sobie poniewczasie i nękam nimi męża, jakby był temu winien. Spoglądam przy tym na te boskie, wyglądające jak z obrazka fit mamy i moja irytacja sięga zenitu. Dlaczego one potrafią, a ja nie- to pytanie zadawałam sobie tysiące razy, chociaż dobrze znam odpowiedź. Brak mi samozaparcia i przede wszystkim konsekwencji, która pomogłaby mi dojść do celu. Wmawiam sobie poza tym, że mąż mnie akceptuje taką, jaka jestem, co naturalnie jest zgodne z prawdą, lecz powinnam odchudzać się dla siebie, a nie dla innych. Muszę przestawić proces myślenia, a wtedy być może osiągnę upragniony sukces. Nie będzie z górki i czeka mnie kręta droga, niemniej fałdki na brzuchu błagają o chwilę uwagi. 

  Dieta zaczyna się w głowie, nie mogę o tym zapomnieć. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce i pracowałam jako listonoszka, w przeciągu roku przybyły mi dwa rozmiary (z 4o przeszłam na 44). Wracałam do domu wieczorami, zjadałam późne obiady, do tego dochodziły słodycze i po kilku miesiącach efekt stał się aż nadto widoczny. Nic mi nie dało to, iż chodziłam z ciężką torbą, bo popełniłam ten błąd, że się nie kontrolowałam. Moja waga dochodziła do siedemdziesiątki, więc z bólem serca powiedziałam "stop" i zmieniłam nawyki żywieniowe. Pomogły mi również ćwiczenia, żelazny upór i po pół roku wytężonej pracy ubyło mi dwanaście kilogramów. Gdy przyjechałam do Włoch, mąż nie mógł uwierzyć, jaka jest ze mnie szczupła laska. Pierwsza ciąża nie spowodowała napływu masy ciała i po urodzeniu Gai nadal byłam w wyśmienitej formie. A miesięczny pobyt z córeczką na oddziale ortopedii miał ten skutek, że ubrania na mnie wisiały, jakkolwiek w szpitalu jadłam niemało (i pysznie). Druga zaś ciąża wydobyła moje największe słabości. 

  Nie ma zmiłuj, trzeba wziąć się w garść. Ten wpis ma być dla mnie przypomnieniem, że nie mogę po raz kolejny dać ciała. Zdjęcie, które wrzuciłam pod notką (nie śmiejcie się za bardzo) ma dać mi kopa do wielkich życiowych zmian. I chociaż nie lubię tego typu fotek, to jednak zaryzykuję i zostawię je tutaj. Nic mnie tak nie zmotywuje do działania, jak publiczny widok mojego ogromnego brzucha (i całej reszty).


Wrzesień 2016- 12 kg na plus (wybaczcie jakość zdjęcia, chyba nigdy się nie nauczę robić je porządnie)
  

Koleżanko hejterko

by 12:44
To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych. Dawno nie miałyśmy ze sobą kontaktu, więc trochę pogadałyśmy, a to o dzieciach, a to o mężach, a to bzdurach. I kiedy sądziłam, że tematy nam się już na dobre wyczerpały, koleżanka zaskoczyła mnie przemyśleniami dotyczącymi mojego bloga:

-Nie chcę cię martwić- powiedziała- ale mogłabyś się bardziej postarać. Pisanie średnio ci wychodzi, a stronę masz kiepską.

  I zaczęła porównywać mój blog do tych najpopularniejszych, wytykając mi wszystko, co jej się nie podoba (a było tego sporo). Czytałam to z uśmiechem na ustach, bo czasy, gdy przejmowałam się krytyką mojego stylu pisania, minęły bezpowrotnie. Jestem świadoma błędów, które popełniam i staram się je niwelować, zdaję sobie również sprawę z tego, że jeszcze dużo nauki przede mną. Słowa koleżanki nie obeszły mnie dlatego, ponieważ wiem, że nawet gdybym stworzyła arcydzieło, ona i tak znalazłaby dziurę w całym. Dla zasady.

  Zrobiło mi się jednak trochę przykro, temu nie zaprzeczam. Skonstatowałam bowiem, że to już któryś raz z kolei w moim życiu, kiedy ktoś próbuje podciąć mi skrzydła i czerpać z tego chorą satysfakcję. Czemu znajomym tak łatwo przychodzi dokuczanie i to niby w dobrej wierze? Nie zmuszam nikogo do czytania, komentowania, ani zajmowania się moją osobą. Blog to mój mały świat i byłoby mi miło, gdyby tak zwana "przyjaciółka" cieszyłaby się nim wraz ze mną. Najwidoczniej tego nie potrafi, więc postanowiła mi dokopać.

  Zawsze była ze mnie taka pierdoła życiowa, która tylko przyjmowała ciosy "na klatę". Nigdy nie umiałam się odgrywać, nie miałam siły walczyć i iść po trupach do celu, więc inni skrzętnie to wykorzystywali. Być może z tego powodu nie osiągnęłam nic wielkiego i nie mogę się pochwalić żadnymi spektakularnymi osiągnięciami. Wiele lat tkwiłam w psychicznym maraźmie i czułam się beznadziejna, jak chcieli tego "życzliwi". Dopiero gdy poznałam mojego męża, doszło do mnie, że nie mogę być aż tak nieudana. Wtedy to rozpoczęła się moja metamorfoza i po trzydziestu kilku latach istnienia wyłączyłam tryb dołowania się. Zrozumiałam, że ja też jestem wartościowa, co bez wątpienia dodało mi skrzydeł. Nareszcie!

  Nie otaczam się już hejterami z reala, chcącymi mi pomóc, niby dla mojego własnego pożytku. Nie jestem ideałem i raczej nie zanosi się na to, że nim zostanę, niemniej skończyłam się biczować. Nie pozwolę zniszczyć tego, co udało mi się odbudować, bo zbyt wiele pracy w to włożyłam. Leczenie kompleksów i podnoszenie swojego niskiego ego kosztem mojej osoby przestało wywierać na mnie oczekiwane wrażenie. Możesz zatem mi wmawiać do upadłego, szanowna koleżanko, jakie to jest ze mnie jest wirtualne i życiowe zero, lecz tym razem Cię nie posłucham. Lubię i umiem pisać, poza tym mam dwie śliczne córeczki i całkiem przystojnego męża, który akceptuje mnie bez zastrzeżeń. Czego mi więcej potrzeba? Bynajmniej Twoich złośliwych rad. A blog nadal będę prowadzić, czy Ci się to podoba, czy nie!

To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych:

-Fajnie, że masz pasję- powiedziała- kibicuję twoim dokonaniom.

Marzenia ściętej głowy? Na szczęście nie!




zdjęcie- www.unadonna.it
  

Ciekawostki z ziemi włoskiej

by 12:45
  Wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego pobytu we Włoszech. Nie zamierzam specjalnie świętować tego dnia, chociaż na mały prezent ze strony męża liczę, w końcu jestem kobietą, a to przecież zobowiązuje do roszczeniowej postawy. Znając jednak pragmatyczne podejście do życia Mystera Pi, podaruje mi on kilka zdrapek "Wieczny turysta", które będą miały wartość zero. No nic, liczą się intencje, zresztą najważniejsze dla mnie będzie to, że mąż nie zapomni (jakby mógł, skoro od miesięca mu o tym truję).

  Tymczasem wspominam sobie te pięć niezwykłych lat. Na początku Italia jawiła mi się jako kraj wspaniałych perspektyw, niespotykanego piękna i wiecznej radości. Dzisiaj z tych optymistycznych wizji pozostało niewiele, niemniej nie wyobrażam już sobie mieszkania poza granicami Włoch. Odkryłam tu rzeczy, o których nie wiedziałam i właśnie o nich chciałabym Wam opowiedzieć. Nie będą to suche fakty typu, że w Italii jest niski przyrost naturalny, albo politycy doprowadzają kraj do ruiny (o tym może powstanie osobny wpis), lecz parę mniej lub bardziej śmiesznych ciekawostek na temat mieszkańców Półwyspu Apenińskiego. Nie przedłużając, czy wiecie, że:

-mężczyźni we Włoszech też farbują sobie włosy? Tak, tak i nie dotyczy to młodzieniaszków, lecz emerytów, którzy chyba chcą być wiecznie młodzi. Na początku obserwowałam to zjawisko jedynie w telewizji, gdzie kilka znanych panów chwaliło się bujną i kolorową czupryną. Po jakimś czasie i na ulicy zauważyłam facetów z zafarbowanymi włosami, a największy szok przeżyłam, gdy poznałam jednego z wujków męża. "Berlusconi rodziny" (tak go nazywają, choć do tej pory głowię się czemu- nie ten styl i przede wszystkim nie ta kasa) poszedł na całość i oprócz włosów farbuje również wąsy, co rzec jasna nie dodaje mu uroku. Mężowi przezornie zapowiedziałam, że jeśli na starość wywinie mi taki numer, to znajdę sobie Toy Boya!

Znany "ambasador" farbowania włosów- Al Bano


-telewizja wykreowała nowe zawody, takie jak "tronista" i "opinionista"? To ci dopiero historia! Od kilkunastu sezonów we Włoszech nadawany jest program "Uomini e donne" (Mężczyźni i kobiety), który cieszy się niesłabnącą popularnością. W show spotykają się single chcący znaleźć drugą połówkę, a wybrani bohaterowie programu siedzą na krześle podobnym do tronu, stąd nazwa "tronista". Kiedy już zakochują się w wybrance (bądź wybranku), opuszczają gmach telewizji, ale ich kariera wcale się na tym nie kończy. Wręcz przeciwnie, zaczynają się rozkręcać- są zapraszani do dyskotek w całym kraju, udzielają wywiadów, są śledzeni przez paparazzi, a wszystko to zapewnia im popularność i niezłą kasę. Natomiast opinioniści to znane osoby, które odwiedzają telewizję po to, by wygłosić opinie na dany temat (najczęściej nie mają nic ciekawego do powiedzenia, lecz to nieistotne). Niektórzy celebryci żyją od programu do programu, aczkolwiek ostatnio narzekają, że nie płaci się im tyle, co kiedyś. Na ich miejscu bym się nie martwiła, wszak nie każdy może sobie wpisać do CV zawód "opinionista"!

Słynny telewizyjny tron, a nawet trzy trony


-Włosi uwielbiają latynoski? Dziewczyny z Ameryki Południowej wyróżnia wyzywający styl- obcisłe ubrania, spódniczki mini, mocny makijaż, co bardzo podoba się Włochom. Niektóre latynoski oprócz tego mają nieprzeciętną urodę i epatują seksapilem, czego przykładem jest niejaka Belen Rodriquez. Jej perypetie to materiał na telenowelę z prawdziwego zdarzenia. Najpierw była związana z urodziwym piłkarzem Marco Boriello, którego zdradziła w programie telewizyjnym "Isola dei famosi" (Wyspa celebrytów") z byłym mężem byłej żony (nadążacie?) Donalda Trumpa, Ivany- Rossano Rubicondim. Później zaczęła się spotykać z królem paparazzi- Fabrizio Coroną, następnie zaś odbiła chłopaka piosenkarce Emmie Marrone. Przy Stefano De Martino trochę się uspokoiła, wyszła za niego za mąż i urodziła mu syna Santiago, lecz małżeństwo nie przetrwało (pomyślałby kto, że może być inaczej). Teraz Belen ponoć znowu jest widywana w towarzystwie seksownego Boriello, czyli wróciła do korzeni (a raczej korzenia). Przygody miłosne Argentynki obrosły legendą, a dzień bez niej w mediach to dzień stracony. Będzie jeszcze gorzej, bo za niedługo Belen poprowadzi satyryczny program "Striscia la notizia" ("Wiadomości na pasku"). Znam kilka osób, które z tego powodu zgrzytają zębami ze złości. Tak czy siak Belen wie, jak podkręcić zainteresowanie wokół jej osoby!

Diva z Argentyny- Belen


-po ślubie żony zostają przy swoich nazwiskach? We Włoszech nie ma tradycji, aby po zmianie stanu cywilnego przyjąć nazwisko męża, a jeśli któraś mężatka się uprze, musi z tym iść do sądu. Na początku mnie to dziwiło, ale teraz przyzwyczaiłam się do myśli, że nie będę nazywać się tak jak mój ślubny. Czasami w urzędach mówią do mnie "Signora Pinna", co dosyć mnie śmieszy, bo żadną "signorą" się nie czuję. Kiedy w Polsce załatwiałam formalności związane ze zmianą mojego statusu cywilnego, musiałam wiecznie tłumaczyć urzędniczkom, dlaczego w dokumentach nadal widnieję jako panna. Posiadanie swojego nazwiska jest dobre przy rozwodzie, chociaż oczywiście nie zamierzam rozstawać się z Mysterem Pi. Skoro już wziął mnie za żonę, to musi się ze mną pomęczyć, obojętnie jak mi tam na nazwisko (na imię zresztą też, gdyż Włosi z uporem maniaka wołają na mnie "Sabrina", czego wprost nie znoszę)!

Każdy pozostaje przy swoim, i bardzo dobrze



-we Włoszech nie jest ciepło przez cały rok? A na koniec mój ulubiony stereotyp dotyczący Włoch. Nie wiem, skąd przekonanie, że w Italii jest ciągle ciepło, ponieważ wcale tak nie jest. Zgoda, temperatury są tu wyższe niż w Polsce, zwłaszcza latem, ale zimą jest tu po prostu... zimno. Wielu moich znajomych zazdrościło mi Włoch z powodu pogody, a ja ich zapewniałam, że naprawdę nie ma czego. Przeżyłam tutaj dwie ogromne powodzie, które zdewastowały pół miasta, marzłam niejeden raz na (skądinąd) gorącej Sardynii, a jesienią w Genui czułam się jak w kraju. Jedynie lato tutaj jest naprawdę gorące i wybuchowe, a reszta pór roku jest taka sobie. Reasumując- cudze chwalicie, swego nie znacie!

To we Włoszech też pada deszcz?


zdjęcia:
Al Bano- www.huffingtonpost.it
Tron- www.newsly.it
Belen- www.blitzquotidiano.it
Mąż i żona- www.laleggepertutti.it
Pogoda- www.campanianotizie.it

Bądźmy dla siebie mili

by 09:43
  Często robię zakupy w Mydlu. Lubię ten sklep, bo jest tani i mogę w nim znaleźć produkty, których nigdzie indziej nie ma. Ostatnio jednak bardzo źle mi się tam kupuje, ponieważ za każdym razem, kiedy odwiedzam Mydel, trafiam na awanturujących się klientów. Ludzie krzyczą na siebie, grożą sobie nawzajem sądami, a biedne kasjerki stają się ofiarami zniecierpliwionych emerytów, nie mających ochoty stać w kolejce do kasy.

  Niedawno byłam świadkiem absurdalnej sytuacji, w którą bym zapewne nie uwierzyła, gdyby nie to, że było mi ją dane widzieć na własne oczy. Starsza klientka pomyliła wózki sklepowe i zamiast wziąć swój, odjechała z wózkiem innej klientki. Gdy ta to zobaczyła, zaczęła się wydzierać na cały sklep i pobiegła do kobiety, aby oddała jej wózek. No i panie zaczęły się kłócić na całego, a kulminacją ich konfliktu była scena rodem z "Trudnych spraw". "Poszkodowana" (czyli pozbawiona wózka) rąbnęła torebką "złodziejkę" i gdyby nie interwencja ochroniarza, skończyłoby się o wiele gorzej. I wszystko przez zwykły wózek, jakby nie było większych problemów w życiu. Czy ludzie tak po prostu nie mogą być dla siebie mili? 

  W tym samym Mydlu (ale innego dnia) pewien krzepki emeryt zmieszał z błotem kasjerkę tylko dlatego, że doliczyła mu towar innej klientki (nie był oddzielony na taśmie). Facet zaczął krzyczeć na Bogu ducha winną kasjerkę, zarzucił jej brak profesjonalizmu, a na końcu wydyszał, że wyśle na nią skargę i to do samych Niemiec. "A niech pan wysyła"- odpowiedziała dziewczyna, na co mężczyzna omal nie dostał palpitacji. Wziął zakupy, odwrócił się na pięcie i powiedział, że jego noga więcej w Mydlu nie postanie, na co kasjerka (bardzo słusznie zresztą) obojętnie wzruszyła ramionami. Tyle hałasu o kilka produktów, za które emeryt przecież nie zapłacił, bo zostały odliczone z rachunku. Czy ludzie tak po prostu nie mogą być dla siebie mili?

  I kiedy myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, wydarzyło się coś, co spowodowało, że musiałam zmienić zdanie. Tym razem bohaterką zdarzenia była moja skromna osoba, aczkolwiek wcale się o to nie prosiłam. Wybraliśmy się do Mydla w sobotę, ludzi, jak to w weekend, było tam na pęczki, więc poruszanie się z Sarą w wózeczku do łatwych nie należało. W pewnym momencie dosłownie stanęłam, gdyż zostałam zablokowana i siłą rzeczy usłyszałam rozmowę dwóch kobiet, oburzonych obecnością matki z dzieckiem w sklepie:

-Bokami mi wychodzą te mamuśki z wózkami- "zaszczebiotała" klientka- nie można kupować w spokoju, bo wszędzie ich pełno i trzeba się przez nie przedzierać.

-Zgadzam się- odpowiedziała druga- do autobusów się pchają, w kawiarniach siedzą, po sklepach łażą i zakłócają przestrzeń porządnym klientom, a powinny dziećmi się zająć i nie wychodzić do ludzi!

  Co to ja pisałam? O byciu dla siebie miłym? Przesadziłam, absolutnie!





zdjęcie- www.aforisticamente.com

  

Był sobie blog

by 13:21
  Pewnego dnia, a było to dzisiaj rano, dowiedziałam się, że 31-go sierpnia obchodzony jest Dzień Blogera. Moją pierwszą reakcją na to wydarzenie był śmiech. Bo jakże tak, Dzień Blogera, a tu ani życzeń, ani prezentów, słowem- do diaska z takim dniem. Zresztą, kogo obchodzą blogerzy? Nie będzie o tym w wiadomościach i nawet dzień wolny od pracy nikomu nie przysługuje. Po co więc komu święto, którego nie może porządnie oblać?

  Oczywiście żartuję! Już wielokrotnie wspominałam, że do blogowania nie podchodzę poważnie i nawet nie lubię nazywać siebie blogerką. Zaczęłam pisać z nudów, blog miał być dla mnie odskocznią od rutyny i niczym więcej, a stał się stylem życia. To dzięki blogowaniu nie zwariowałam na tej mojej trudnej emigracji, dzięki blogowaniu odkurzyłam zakurzoną pasję, jaką było wymyślanie opowiadań, no i przede wszystkim poznałam dużo fantastycznych osób, z którymi utrzymuję wirtualny kontakt i które utwierdzają mnie w przekonaniu, że tworzenie bloga ma sens.

  Na początku blogowałam poniekąd w tajemnicy. Nikt nie wiedział, że mam bloga, powiedziałam o tym jedynie mężowi. Dopiero ponad rok po założeniu strony stworzyłam fanpage i przestałam się ukrywać przed miastem i światem. Blogowanie to przecież nie powód do wstydu, a wręcz przeciwnie. To coś, co sprawia mi (nadal) dziką przyjemność, dlaczego zatem miałabym się tym nie dzielić? Bierzcie, ile chcecie, czytajcie, ile wlezie, w końcu nie piszę dla siebie. Nie przeszkadza mi już to, że jakiś znajomy przeczyta mój wpis i będzie zdegustowany jego treścią. Pobyt we Włoszech i życie u boku Włocha wydobyły ze mnie głęboko skrywane pokłady luzactwa.

  Nie istnieją dla mnie podziały w blogosferze i do każdego blogera podchodzę z takim samym szacunkiem. Nie zazdroszczę sławom, nie biję im pokłonów, chociaż doceniam wirtuozerię i piękny styl pisania niektórych blogujących mam. Nie lubię afer i traktowania ludzi z góry, a zadzierających wirtualnego nosa omijam szerokim łukiem. Nie patrzę na blogi przez pryzmat współprac i nic mnie nie obchodzi, kto i ile na nich zarabia. Wiem, że w kręgach mój blog uchodzi za mało profesjonalny, lecz nie za bardzo się takimi opiniami przejmuję. Ciągle piszę i jeszcze nie zwariowałam, co uważam za niewątpliwy blogerski sukces. Być może przejdę kiedyś na własną domenę i zrobię sobie zakładkę "współpraca", ale na razie jest dobrze tak jak jest.

  Mój blog zmienia się wraz ze mną, to naturalne. Nie piszę tylko o byciu mamą, chociaż w pierwszym etapie blogowania to był temat przewodni. Są jednak sprawy, których nigdy nie poruszę na blogu, bo nie mam do tego odpowiednich predyspozycji (i chęci):

-wpisy z cyklu DIY. Nie i koniec, nawet gdyby mi za to zapłacili. Jestem totalnym beztalenciem i nie umiem tworzyć cudów z kartonów, puszek, czy butelek. Nie umiem i już, a poza tym nie mam do tego cienia cierpliwości. 

-przepisy kulinarne. Nie jest tajemnicą, że nie lubię gotować i że kucharka ze mnie marna. Parę osób zasugerowało mi, abym na blog wrzuciła przepisy z włoskiej kuchni, lecz to poroniony pomysł. Co miałabym napisać? Wrzuć makaron do garnka, ugotuj go, odcedź i dodaj pesto- to raczej nie przysporzy mi popularności i nie zagrozi blogerkom kulinarnym. 

-recenzje gadżetów i książek. Już w szkole nudziło mnie pisanie recenzji, więc nie wyobrażam sobie pisać o pieluszkach lub śliniakach (aczkolwiek o używaniu laktatora mogłabym ułożyć niezły elaborat). Wolę poczytać recenzje książek u moich ulubionych blogerek, tak dla mnie lepiej i o wiele bezpieczniej.

-zdjęcia Gai i Sary. Moje córeczki będę trzymała z dala od komputera do 16-go roku ich życia (akurat, już widzę ten bunt). Męża natomiast nie ukrywam, bo jest dorosły i wyraził zgodę na publikowanie jego wizerunku (no patrzcie go).

Sami widzicie, że moje wypociny to nic ciekawego.

  A koleżankom i kolegom po fachu życzę nieustającej satysfakcji z blogowania! Pozdrawiam wszystkie blogowe bratnie dusze (a jest ich naprawdę sporo)!



             zdjęcie- www.blablamarketing.it
  

Mamo, nie pal!

by 17:28
  Są rzeczy, które niezmiennie mnie szokują. Staram się nie oceniać ludzi po pozorach, czy na podstawie jednej sytuacji, lecz istnieją wyjątki od tej reguły. Taki właśnie wyjątek zdarzył się kilka dni temu, gdy udałam się na ostatnią kontrolę ginekologiczną mojej cesarskiej blizny. Wchodziłam do szpitala i prawie zderzyłam się z kobietą w zaawansowanej ciąży, która biegła, ile sił w nogach, na spotkanie swojego mężczyzny. Ależ ona musi go kochać- pomyślałam widząc ten szalony bieg i podziwiając w duchu kondycję przyszłej mamy. Jednak szczęka opadła mi z wrażenia, kiedy zrozumiałam, co było przyczyną wysiłku przyszłej mamy.

-Daj mi papierosa- przywitała ciężarna męża, szybko uwalniając się z jego objęć- muszę zapalić, dłużej nie wytrzymam!

  Wiecie, nigdy nie paliłam, więc nie mam pojęcia, co to znaczy być w szponach nałogu. Jestem w stanie zrozumieć, że ciężko jest powstrzymać się od sięgnięcia po papieros, zwłaszcza jeśli się pali przez pół życia. Nie każdy ma silny charakter i da radę zerwać z nałogiem, ten argument też do mnie przemawia. Nie mogę natomiast ogarnąć, jak można świadomie narażać na niebezpieczeństwo własne dziecko i to jeszcze przed jego narodzeniem. Palenie w ciąży to nie bagatela, tylko naprawdę poważna sprawa. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie w ciasnym pomieszczeniu pełnym dymu, gdzie prawie nie można oddychać. Co wtedy robicie? Oczywiście, że stamtąd wychodzicie. Niestety, maluszek przebywający w brzuchu palącej mamy nie ma takiej możliwości.

  Internet jest pełen stron, które pomagają nam uświadomić, jakim zagrożeniem dla nienarodzonego dziecka jest dym nikotynowy. To nie czasy naszych matek, kiedy coś tam się o tym gadało, ale w zasadzie tematu nie było. Dlatego dziwi mnie widok przyszłych mam idących "na dymka" i nie widzących w tym żadnego problemu. Ponoć jeden papieros różnicy nie robi, co uważam za bardzo egoistyczne podejście. Dla rozwijającego się płodu i jeden papieros może być niebezpieczny i nie trzeba być geniuszem, aby o tym wiedzieć. Jako matka nie umiem zaakceptować widoku ciężarnej palącej, bo zwyczajnie mnie to przerasta. Nie potrafię również pojąć tego, że niektóre mamy próbują się rozgrzeszyć i znajdują wytłumaczenia na swoją obronę. Dla mnie żadne uzasadnienie nie jest dosyć mocne, gdy w drogę wchodzi dobro i zdrowie dziecka. 

  Usprawiedliwienia palenia w ciąży to w ogóle jest jakiś kosmos. Słyszałam ich co niemiara, a co jeden to lepszy:

-Palę, bo lekarz powiedział mi, że tak będziej dla mnie bezpieczniej. Gdybym teraz przestała, moje ciało mogłoby źle na to zareagować.

-Palę, ponieważ życie jest ciężkie i muszę się odstresować, a papieros mi w tym pomaga.

-Palę, gdyż nie wierzę w te bzdury o szkodliwości palenia. Dobra, palenie może i nie jest zdrowe, ale nie przesadzajmy, że zaszkodzi dziecku. Ile palących urodziło i dzieciom nic się nie stało!

  "A świstak siedzi i zawija je w te sreberka"...

  Gdy wracałam ze szpitala, ponownie natknęłam się na palącą ciężarną, która żegnała się z mężem i na odchodnym powiedziała mu, aby następnym razem nie zapomniał jej przynieść paczki papierosów. 

-Dobrze, kochanie- odpowiedział mężczyzna- skoro tak lubisz palić.

Szkoda, że nie odmówił...


zdjęcie- www.bimbisaniebelli.it  
Obsługiwane przez usługę Blogger.