Po pierwsze- nie porównuj

by 25 stycznia
-A Gaja chciałaby mieć brata czy siostrę?- spytała mnie jedna z ciotek męża, kiedy byliśmy na Sardynii.

-W sumie to ona chyba jeszcze do końca nie zdaje sobie sprawę z tego, że będzie miała rodzeństwo- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

-No ale jak to?- zdziwiła się ciotka- moja wnuczka jest zaledwie cztery miesiące starsza od Gai i nie tylko wie o tym, że zostanie starszą siostrą, lecz także zażyczyła sobie dziewczynkę i wybrała dla niej imię- i ciotka Mystera Pi popatrzyła na mnie z wyraźną dumą- Gaja również powinna być tego świadoma.

-Jednak nie jest. Ma dopiero trzy lata i w tym wieku nie musi wszystkiego rozumieć, zresztą jeszcze poprawnie nie mówi, więc pod tym względem mamy ograniczone pole do popisu.

-Nie mówi, Bożesz ty mój!- załamała ręce ciotka- Moja wnusia nauczyła się rozmawiać, odkąd skończyła dwa lata i trochę mnie dziwi, że wasza córka...

-Nasza córka jest dwujęzyczna- przerwałam jej- nie trzeba porównywać jej do kuzynki, bo każde dziecko rozwija się inaczej. I na tym zakończyłam rozmowę.

  Dlaczego tak jest, że to, co dla męża i dla mnie nie stanowi problemu, dla innych jest niemal wykroczeniem? Gaja mówi coraz więcej, zarówno po polsku, jak i po włosku, ale daleko jej jeszcze do absolutnej płynności. Nie załamujemy się z tego powodu i nie uważamy, że nasza córeczka odstaje od swoich kolegów, ponieważ wcale tak nie jest. Nie nauczyła się jak dotąd dobrze wyrażać, bo ma do przyswojenia dwa razy więcej od swoich jednojęzycznych kuzynów, w dodatku język polski nie należy do najłatwiejszych. Tymczasem dla ciotki męża nie jest to żaden argument i według niej nasza Gaja jest zwyczajnie głupsza od jej wnuczki (skądinąd przemiłej i, na szczęście, nie zepsutej przez babcię dziewuszki).

  Wkurza mnie takie gadanie bynajmniej nie dlatego, że tu Gaję chodzi. Nie znoszę, gdy porównuje się dzieci, jako że nie ma to najmniejszego sensu. Moja córka zawsze będzie dla mnie najmądrzejsza i najpiękniejsza, nie zamierzam jednakże konfrontować jej z rówieśnikami, gdyż może to przynieść więcej szkody, niż pożytku. W dzieciństwie nabawiłam się kompleksów przez wieczne porównywanie mnie do koleżanek i z tego powodu czułam się gorsza. Nie byłam taka szczupła jak Ania, taka ładna jak Kasia, ani tak przebojowa jak Weronika. Do dziś pamiętam, iż niektórzy rodzice spoglądali na mnie z politowaniem i bez skrępowania zauważali, że daleko mi do ich córek. Biada temu, kto odważy się obniżyć morale Gai, lepiej nie zadzierać z jej dumną matką!

  A kuzyneczka Gai od kilku dni płacze i nie potrafi się uspokoić, albowiem okazało się, że będzie miała brata. Winną tej sytuacji jest jej babcia, która zamiast przygotować dziewczynkę na nadejście rodzeństwa, ciągle ją pytała- chcesz braciszka, czy siostrzyczkę (jakby to był koncert życzeń), później zaś obnosiła się bystrością wnuczki. Gdy mała dowiedziała się o tym, że rodzicom Gai bocian przyniesie córeczkę, zaczęła prosić mamę o to, by zamieniła się z ciocią brzuszkiem. Chciała babcia genialne dziecko...


zdjęcie-www.nostrofiglio.it

Syn czy córka?

by 19 stycznia
  Tak sobie myślę, że z powodu mojej drugiej ciąży Myster Pi ma przechlapane. Wszyscy oczekują od niego (a niektórzy wręcz żądają) syna, bo przecież prawdziwy mężczyzna musi spłodzić potomka rodzaju męskiego, inaczej z niego dupa, a nie facet (bzdura na kółkach). Poza tym skoro mamy już córkę, wypadałoby się postarać o przedłużenie nazwiska męża, a posiadanie uroczej parki byłoby rzeczywiście czymś wielkim. Córka i syn zapewnią nam pełnię radości, o której wcześniej mogliśmy tylko pomarzyć, jeśli zaś na świecie pojawi się (o zgrozo) kolejna dziewczynka, nasz familijny obraz nie będzie zupełnie kompletny. Sędziwi członkowie rodziny ze strony tatusia Gai są absolutnie pewni, że urodzi nam się synek, a ich przeczucia opierają się na doświadczeniu życiowym i (poniekąd) skłonnościach paranormalnych. Będziecie mieli syna, bo ja tak czuję- to zdanie towarzyszy nam od początku mojej ciąży, jakby to miało coś do rzeczy. A idźcie do diabła i dajcie nam w końcu święty spokój!


   Jestem osobą z natury spokojną i do podobnych prognoz podchodzę z dystansem, niemniej kiedy po raz trzydziesty z rzędu słyszę, że życzy mi się syna, gdyż córkę już mam, to po prostu się wkurzam. Dla mnie liczy się jedynie to, aby maluch był zdrowy, a jego płeć naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Nie pragnę chłopca bardziej od dziewczynki i vice versa, ale cieszę jak wariatka z tego, że za niedługo znowu przywitam się z kimś wyjątkowym. Nasza rodzina się powiększy, a Gaja zostanie starszą siostrą, chociaż jeszcze nie całkiem zdaje sobie z tego sprawę. Wie co prawda, że w brzuszku mamy zamieszkał nowy lokator, lecz chyba nie rozumie, iż wkrótce opuści on swój mały domek. W obliczu tych wyzwań oraz powolnym przygotowywaniu Gai na przybycie brata bądź siostry, nie w głowie nam modlitwy o pożądany rodzaj męski, zresztą niedalej jak wczoraj dowiedzieliśmy się prawdy. Nie trzeba dodawać, że oszaleliśmy z radości!


  Kiedy doktor Simpatija (tak go nazywam, oczywiście na przekór) oznajmił nam dobrą nowinę, pierwszą moją reakcją był płacz i głębokie wzruszenie. Później odebrało mi mowę, a gdy ją odzyskałam, kilkakrotnie spytałam lekarza, czy się nie pomylił. Spoglądałam na męża, którego również rozczuliła diagnoza doktora i bynajmniej nie wydawał się rozczarowany faktem, że jak byk przylgnie do niego przydomek "babski król". Tak, tak, to dziewczynka, nasza druga córeczka, a my jesteśmy wniebowzięci! Nie da się opisać słowami tego, co czuję i jak bardzo ta wiadomość dodała mi skrzydeł. Po opuszczeniu gabinetu doktora natychmiast zawiadomiliśmy naszych bliskich, a ich reakcja była do przewidzenia. A nie mówiłam- krzyczeli zwłaszcza ci, którzy wieszczyli nam syna, natomiast inni starali się nas pocieszyć. Nie załamujcie się- prawili- do trzech razy sztuka... 



Grafiki:
1. www.gravidanzaonline.it
2. www.test-maschio-femmina.jpg
3. www. diavolivicenza.it


Dwa lata w blogowej dżungli

by 14 stycznia
  Dobrze pamiętam ten dzień. Siedziałam w domu z roczną Gają i zastanawiałam się, co by tu ze sobą zrobić. Chciałam wyjść z roli zdesperowanej kury domowej i zacząć wierzyć, że i ja jestem w stanie coś osiągnąć. Pomyślałam sobie, że dobrze by było wrócić do starej pasji, czyli przelewania myśli na papier i tak też zrobiłam. Zwykłe kartki zastąpił wirtualny zeszyt i moje wypociny stały się dostępne dla internetowej widowni, która co prawda nie przejęła się zbytnio kolejnym blogaskiem krążącym po sieci, ale i tak byłam zadowolona. Znowu tworzyłam, odkryłam na nowo, czym jest radość pisania i nie czułam się już tylko i wyłącznie zwykłą matką. A kiedy na blogu pojawiły się pierwsze komentarze, moje szczęście sięgnęło zenitu, bo okazało się, że i mnie ktoś czyta!

  Mniej więcej miesiąc po moim debiucie w sieci kilkanaście osób nominowało mnie do zabawy Liebster Blog Award (która wydawała mi się wtedy przepustką do wielkiej kariery blogowej) i przyznam z ręką na sercu, że trochę mi odbiło. Byłam przekonana, że internetowa sława stoi przede mną otworem i już za chwilę, za minutę, będzie o mnie głośno. Jakże się myliłam! Przesycony blogami rynek nie docenił moich starań i nie stałam się popularna ani wpływowa. Moja frustracja z tego powodu mocno się pogłębiła, zwłaszcza gdy zrozumiałam, że nie mam potrzebnych rekwizytów do tego, aby się wybić. Dopadł mnie silny blogowy kryzys i zastanawiałam się, czy nie rzucić w cholerę tego wszystkiego, skoro i tak większość miała mnie gdzieś. Pragnienie pisania było jednak silniejsze, więc nie usunęłam bloga. I nie żałuję.

  Ta lekcja pokory dała mi wiele, bowiem pojęłam, jak płytkie marzenia mi przyświecały. Porzuciłam styl pisania pod publikę (parę takich wpisów niestety popełniłam) i wróciłam do starej wersji bycia sobą, która pomogła mi wydostać się z mroku blogowej otchłani. Parcie na szkło odpłynęło w siną dal, agresywność w pisaniu również się ulotniła i znowu cieszyło mnie to, że mogę tak po prostu publikować wpisy. Bez żadnych oczekiwań i pretensji do świata, za to z niekłamaną rozkoszą i świadomością tego, że najważniejsze w blogowaniu są właśnie słowa. 
  
  Mój blog nigdy nie będzie idealny. Nie zamierzam (przynajmniej na razie) inwestować w domenę, jako że nie posiadam potrzebnych do tego środków. Mam jednak nadzieję, że ci, którzy na blogach szukają czegoś więcej niż wypasiony szablon, zatrzymają się tutaj na chwilę i może się uśmiechną, a może zadumają... Mistrzynią słowa nie jestem i daleko mi do literackich wirtuozów, niemniej staram się jak mogę, żeby moje wpisy były chociaż w miarę przyzwoite. Dziękuję czytelnikom za dwa owocne lata, bez Was tworzenie tej strony nie miałoby sensu!

A na koniec kilka ciekawostek:

-pierwszą osobą, która skomentowała mój wpis (na pewno o tym nie pamięta), była Sara z Muffin Case

-najchętniej czytany tekst to "Mała miss z podwórka". Sama uważam, że jest średni, ale ze względu na tematykę udostępniła go Dorota Zawadzka i stąd jego popularność.

-pierwotnie blog nosił pompatyczną nazwę Jaśnie Panienka Gaja, lecz zmieniłam ją z powodu niesnasek rodzinnych

-moim ulubionym wpisem na blogu jest bajka "Szmaragdowy Naszyjnik", zaś najbardziej dumna jestem z tego- "Byliśmy biedakami" (żałuję tylko, że zainstalowanie disqusa spowodowało zniknięcie komentarzy)

-mimo że nie mam na blogu zakładki "współpraca", to jakimś cudem odezwały się do mnie firmy z "lukratywnymi" ofertami, jak tekst za pastę do zębów, butelkę, czy smoczka. Grzecznie podziękowałam za zainteresowanie i odmówiłam. 

-czasem dostaję śmieszne maile. W jednym z nich czytelniczka napisała mi, że nie wrzucam zdjęć Gai, bo albo jest koszmarnie brzydka, albo ją sobie wymyśliłam (tak, tak, druga ciąża to też ściema). Moja córeczka jest śliczną dziewczynką i gdybym ją pokazała, statystyki podskoczyłyby mi o 90% (o ile nie sto). Założyłam sobie jednak, że nie będę zdobywać popularności i lajków kosztem dziecka i tego się trzymam

-inspiracją do postaci Poli Szynel były dwie topowe blogerki modowe oraz dwie znane blogerki parentingowe. Dostarczyły mi dużo materiałów potrzebnych do rozwinięcia historii i to dzięki nim opowieść o Poli nie skończyła się na jednym odcinku.

-do tej pory nie mogę sobie wybaczyć tego, że słowo "nie wiadomo" pisałam razem (niewiadomo). No wstyd do kwadratu, ponieważ jestem ortograficzną maniaczką, a za dyktanda w szkole zawsze dostawałam najwyższe oceny.

-nie lubię nazywać siebie blogerką :)



Migawki z Sardynii

by 11 stycznia
  Minął prawie tydzień, odkąd wróciliśmy z Sardynii. Pobyt upłynął nam pod znakiem przeziębień wszelakich i nie zdążył się na dobre rozpocząć, a już postanowił się skończyć. Z dwóch tygodni, które spędziliśmy na przepięknej wyspie mojego męża, większość przesiedzieliśmy w domu i z powodu grypy zaprzepaściliśmy liczne okazje na zwiedzanie. Nic to, pocieszam się tym, że zapewne niejeden raz odwiedzimy jeszcze Sardynię, a tymczasem zapraszam do obejrzenia kilku kadrów, jakie udało mi się uwiecznić (nie jest ich dużo, ale zawsze coś). Po raz pierwszy w mojej (wątpliwej) karierze blogowej to zdjęcia będą na pierwszym planie, więc ten wpis przejdzie do historii jako przerost formy nad treścią. Obiecuję jednak solidną poprawę :).

1. Tradycyjnie nie mogło zabraknąć zdjęcia z ogródka teściowej, gdzie prym wiodą drzewa pomarańczy. Są one tak pyszne, że objadałam się nimi codziennie, a ilość pomarańczy, którą tutaj widać, zredukowałam do minimun. Cóż, odrosną, zresztą teściowie i tak ich nie jedzą.



2. Tylko raz mogliśmy nieco poszaleć. Pogoda była iście wiosenna, więc skorzystaliśmy z okazji i udaliśmy się na długi spacer nad brzegiem morza. Gaja była zachwycona piaskiem do tego stopnia, że zaczęła mylić go ze śniegiem. Tak to jest, gdy nie mieszka się w Polsce :).





3. Jednym z prezentów, które dostała Gaja, był piękny, różowy samochodzik. I jakkolwiek okazał się on strzałem w dziesiątkę, to w naszym domu jest on bardzo niefunkcjonalny. Mieszkanie jest za małe na tego typu atrakcje, choć to akurat Gai najmniej przeszkadza i obija się autkiem po kątach. Ja zaś najchętniej bym się go pozbyła, taka ze mnie wyrozumiała matka.



4. Nie mam pojęcia, jak jest w pozostałych częściach Italii, lecz na Sardynii przystrojenie szopki na święta jest o wiele ważniejsze od postawienia choinki. Niektórzy członkowie rodziny byli zdziwieni tym, że mamy w domu jedynie symboliczną szopkę, zamiast kilkumetrowej platformy, ale życie w 60-ciu metrach kwadratowych nie pozwala na szaleństwo w tym zakresie. Teściowa natomiast nie zawiodła oczekiwań krewnych i zaserwowała im naprawdę niezłą szopkę (dosłownie i w przenośni). 



I to by było na tyle. Na razie nie snuję żadnych urlopowych planów, chociaż wiem na pewno, że następnym razem odwiedzimy Sardynię latem. Poza tym będzie nas już czworo. A reszta, jak zwykle, wyjdzie w praniu :).

Jak dobierać majtki do mini?

by 07 stycznia
  Na specjalne życzenie fanek Poli Szynel, publikuję jej przełomowy wpis, zdobywcę wielce zasłużonego Kufelka Blogowego w kategorii "Tekst Roku" oraz kilkunastu innych wyróżnień (ich sponsorem w większości został producent Wapniak-Szarak, lecz o tym cicho sza). Czytajcie i podziwiajcie, gdyż naprawdę jest co!

Moje drogie!

Jestem trochę zaniepokojona. Od pewnego czasu dostaję maile od uroczych czytelniczek Majstajla, borykających się z problemem dobierania właściwej bielizny do kusych spódniczek. No cóż, mocno się zastanawiałam, czy napisać podobny wpis, bo jak wiecie, nie prowadzę bloga modowego, ale czego się nie robi dla moich kochanych Polomaniaczek! Skoro uważacie mnie za znawczynię mody i prawdziwą ikonę stylu (niech się uczy ode mnie ta, co mercedesem jeździ i szpanuje wszystkim na sznapsie), to nie mam innego wyjścia, niż udzielić wam kilka cennych wskazówek, które na pewno pomogą niejednej dziewczynie podbić dyskotekę na prowincji, czy poderwać największe ciacho w okolicy. Nieskromnie przyznam, że prawdziwa ze mnie znawczyni w temacie (w każdym innym zresztą też), bowiem na noszeniu majtek zeżarłam zęby. Oto moje złote rady, jak dopasować majtki do mini i nie stać się pośmiewiskiem podwórka, komisariatu, bądź izby wytrzeźwień:

1. Przede wszystkim (i tutaj zacznę z grubej rury), w noszeniu mini najważniejsze nie są majtki, lecz zgrabne nogi. Jeśli wasze nogi przypominają serdelki, dajcie se lepiej spokój i załóżcie galoty, a zalotne mini zostawcie zgrabniejszym koleżankom, już one potrafią je nosić. Pamiętajcie, że krótkie spódniczki są dozwolone tylko do rozmiaru 36 i wieku 25 lat, bo potem to obciach do kwadratu. Jakby co, grzecznie was ostrzegałam!

2. Niby to oczywiste, a jednak okazuje się, że nie tak bardzo, ponieważ nie każda zwolenniczka krótkich kiecek pamięta o czystych majtkach. No byście się wstydziły, przecież istnieją wkładki estetyczne (przy okazji polecam te najlepsze- włoskiej firmy Siempre), jak można pokazywać się w czornych batkach? Prawdziwe kobiety zawsze noszą lśniące majteczki, oryginalne torebki i wyłącznie znane marki!

3. Wybierając kuse mini, trzeba kierować się tą samą zasadą przy zakupie majtek- żadne tam reformy, lub co gorsza, majtki wyszczuplające, nie wchodzą w rachubę. Chcecie nosić mini, musicie mieć nie tylko nogi do pasa, ale również sylwetkę nie z tej ziemi. Widzialam w realu przypadki lasek, które zamiast kręcić tyłkiem jak na szanowane damy przystało, wiecznie poprawiały niewygodne majtochy (z tego miejsca pozdrawiam Najdżelinę). Wiedzcie zatem, przyjaciółki mojego bloga, że murowanym sukcesem będzie nabycie koronkowych cudeniek albo krwistoczerwonych stringów (nie zapominajcie przy tym o białych kozaczkach), a wtedy nikt się wam nie oprze!

4. Istnieje opcja dla odważnych i wyzwolonych kobiet, czyli zrezygnowanie z majtek w ogóle. Wypróbowałam ją nieraz i powiem wam, że działa, ale tylko latem. Zimą możecie odmrozić sobie pośladki, a tego chyba nie chcecie, zwłaszcza że będziecie miały kłopot z wytłumaczeniem się lekarzom, co się stało (przeżyłam to na własnej du..., znaczy skórze). Seksapil to dla nas fundamentalna sprawa, niemniej zdrowie mamy jedno, więc apeluję do was o zdrowy rozsądek. Dobierajcie majtki z głową!

5. Mówią wam coś złączone uda? To koszmar słabszej płci, gdyż rasowa kobieta (a za takie uważam moje wielbicielki) powinna je mieć rozłączone! Możecie mieć nawet majtki wysadzane diamentami, lecz jeżeli wasze uda się stykają, to macie przechlapane i jedynie desperat na was poleci. Dbajcie przeto o uda i na pewno wszystko się uda!


Rozmarzyłam się, moje kochane. Dziękuję wam za to, że namówiłyście mnie na ten wpis, bo właśnie się przekonałam, że bycie blogerką jest czymś więcej, niż do tej pory mi się wydawało. To duża odpowiedzialność za rzesze kobiet, które często nie wiedzą, jaką drogą pójść. Jestem nie tylko autorką wspaniałych publikacji, ale czuję się też psychologiem waszego życia, a to ma dla mnie niebagatelne znaczenie. Dlatego też zdecydowałam się przyjąć propozycję wydawnictwa Tan-Deta i za parę miesięcy na rynku ukaże się moja debiutancka powieść: "Bez stylu, a jednak stylowo". Już teraz zapraszam was do subskrypcji, jestem przekonana, że będzie to bestseller na miarę naszych czasów! Do szybkiego usłyszenia, wasza, jak zwykle niepowtarzalna, Pola Szynel!



zdjęcie- Aliexpress.com
Obsługiwane przez usługę Blogger.