Dwa lata w blogowej dżungli

  Dobrze pamiętam ten dzień. Siedziałam w domu z roczną Gają i zastanawiałam się, co by tu ze sobą zrobić. Chciałam wyjść z roli zdesperowanej kury domowej i zacząć wierzyć, że i ja jestem w stanie coś osiągnąć. Pomyślałam sobie, że dobrze by było wrócić do starej pasji, czyli przelewania myśli na papier i tak też zrobiłam. Zwykłe kartki zastąpił wirtualny zeszyt i moje wypociny stały się dostępne dla internetowej widowni, która co prawda nie przejęła się zbytnio kolejnym blogaskiem krążącym po sieci, ale i tak byłam zadowolona. Znowu tworzyłam, odkryłam na nowo, czym jest radość pisania i nie czułam się już tylko i wyłącznie zwykłą matką. A kiedy na blogu pojawiły się pierwsze komentarze, moje szczęście sięgnęło zenitu, bo okazało się, że i mnie ktoś czyta!

  Mniej więcej miesiąc po moim debiucie w sieci kilkanaście osób nominowało mnie do zabawy Liebster Blog Award (która wydawała mi się wtedy przepustką do wielkiej kariery blogowej) i przyznam z ręką na sercu, że trochę mi odbiło. Byłam przekonana, że internetowa sława stoi przede mną otworem i już za chwilę, za minutę, będzie o mnie głośno. Jakże się myliłam! Przesycony blogami rynek nie docenił moich starań i nie stałam się popularna ani wpływowa. Moja frustracja z tego powodu mocno się pogłębiła, zwłaszcza gdy zrozumiałam, że nie mam potrzebnych rekwizytów do tego, aby się wybić. Dopadł mnie silny blogowy kryzys i zastanawiałam się, czy nie rzucić w cholerę tego wszystkiego, skoro i tak większość miała mnie gdzieś. Pragnienie pisania było jednak silniejsze, więc nie usunęłam bloga. I nie żałuję.

  Ta lekcja pokory dała mi wiele, bowiem pojęłam, jak płytkie marzenia mi przyświecały. Porzuciłam styl pisania pod publikę (parę takich wpisów niestety popełniłam) i wróciłam do starej wersji bycia sobą, która pomogła mi wydostać się z mroku blogowej otchłani. Parcie na szkło odpłynęło w siną dal, agresywność w pisaniu również się ulotniła i znowu cieszyło mnie to, że mogę tak po prostu publikować wpisy. Bez żadnych oczekiwań i pretensji do świata, za to z niekłamaną rozkoszą i świadomością tego, że najważniejsze w blogowaniu są właśnie słowa. 
  
  Mój blog nigdy nie będzie idealny. Nie zamierzam (przynajmniej na razie) inwestować w domenę, jako że nie posiadam potrzebnych do tego środków. Mam jednak nadzieję, że ci, którzy na blogach szukają czegoś więcej niż wypasiony szablon, zatrzymają się tutaj na chwilę i może się uśmiechną, a może zadumają... Mistrzynią słowa nie jestem i daleko mi do literackich wirtuozów, niemniej staram się jak mogę, żeby moje wpisy były chociaż w miarę przyzwoite. Dziękuję czytelnikom za dwa owocne lata, bez Was tworzenie tej strony nie miałoby sensu!

A na koniec kilka ciekawostek:

-pierwszą osobą, która skomentowała mój wpis (na pewno o tym nie pamięta), była Sara z Muffin Case

-najchętniej czytany tekst to "Mała miss z podwórka". Sama uważam, że jest średni, ale ze względu na tematykę udostępniła go Dorota Zawadzka i stąd jego popularność.

-pierwotnie blog nosił pompatyczną nazwę Jaśnie Panienka Gaja, lecz zmieniłam ją z powodu niesnasek rodzinnych

-moim ulubionym wpisem na blogu jest bajka "Szmaragdowy Naszyjnik", zaś najbardziej dumna jestem z tego- "Byliśmy biedakami" (żałuję tylko, że zainstalowanie disqusa spowodowało zniknięcie komentarzy)

-mimo że nie mam na blogu zakładki "współpraca", to jakimś cudem odezwały się do mnie firmy z "lukratywnymi" ofertami, jak tekst za pastę do zębów, butelkę, czy smoczka. Grzecznie podziękowałam za zainteresowanie i odmówiłam. 

-czasem dostaję śmieszne maile. W jednym z nich czytelniczka napisała mi, że nie wrzucam zdjęć Gai, bo albo jest koszmarnie brzydka, albo ją sobie wymyśliłam (tak, tak, druga ciąża to też ściema). Moja córeczka jest śliczną dziewczynką i gdybym ją pokazała, statystyki podskoczyłyby mi o 90% (o ile nie sto). Założyłam sobie jednak, że nie będę zdobywać popularności i lajków kosztem dziecka i tego się trzymam

-inspiracją do postaci Poli Szynel były dwie topowe blogerki modowe oraz dwie znane blogerki parentingowe. Dostarczyły mi dużo materiałów potrzebnych do rozwinięcia historii i to dzięki nim opowieść o Poli nie skończyła się na jednym odcinku.

-do tej pory nie mogę sobie wybaczyć tego, że słowo "nie wiadomo" pisałam razem (niewiadomo). No wstyd do kwadratu, ponieważ jestem ortograficzną maniaczką, a za dyktanda w szkole zawsze dostawałam najwyższe oceny.

-nie lubię nazywać siebie blogerką :)



Obsługiwane przez usługę Blogger.