Najskrytsze marzenie

by 23 lutego
  Hania miała dziewięć lat. Nie różniła się zbytnio od rówieśników, może tylko poza tym, że nie mieszkała w bloku, jak większość z nich, lecz w ogromnym domu, a jej pokój swym wystrojem przypominał komnatę księżniczki. Rodzice Hani byli biznesmenami i właśnie z tego powodu córka rzadko ich widywała. Tata pojawiał się w domu jedynie w weekendy, zaś mama, chociaż wracała codziennie wieczorem, nigdy nie miała dla niej czasu. "Nie teraz Haniu"- odpowiadała zawsze, gdy córeczka chciała się z nią pobawić- "jestem zmęczona, włącz sobie telewizję". I Hania zamykała się w pokoju, a drogie zabawaki rzucała do kąta, bo nie były jej do niczego potrzebne.

  W ciągu tygodnia Hanią zajmowała się opiekunka. Odrabiała z nią lekcje i zawoziła do szkoły, podczas gdy dziewczynka z zazdrością spoglądała na koleżanki, które były odprowadzane przez mamy. Po szkole Hania uczęszczała na lekcje tańca i języka francuskiego, a jej mama żartowała, że ma grafik wypełniony po brzegi, więc będą z niej ludzie. "Teraz tego nie rozumiesz"- tłumaczyła córce, kiedy ta skarżyła się na nadmiar zajęć- "ale dodatkowe lekcje zaprocentują w przyszłości i na pewno docenisz nasze starania". No i Hania uczyła się pilnie, aby nie zawieść oczekiwań bardzo wymagających rodziców.

  Pewnego razu Hania zastanawiała się wraz z koleżankami nad treścią wypracowania, które zadała im nauczycielka. Dzieci miały napisać o tym, jakie jest ich najskrytsze marzenie. Niektóre dziewczynki marzyły o nowych zabawkach, jeszcze inne o własnych pokojach, natomiast Hania wolała nie mówić, czego naprawdę pragnie. Napisała w zeszycie tylko jedno zdanie i oddała je do oceny, dobrze wiedząc, że tym razem pani nie będzie zachwycona. Wychowawczyni jednak nie postawiła jej jedynki, za to wezwała mamę Hani do szkoły, ku jej wielkiemu zdziwieniu ("czego ona ode mnie chce, wszak moja córka jest wzorową uczennicą"). Kiedy nauczycielka pokazała jej zeszyt i mama Hani przeczytała o najskrytszym marzeniu swojego dziecka, długo nie mogła dojść do siebie. "Przecież wszystko co robię, to z myślą o niej"- zdołała się w końcu opanować- "jest dla mnie najważniejsza".

  Od tej chwili minęło kilka miesięcy, a życie małej Hani nabrało blasku. Jej mama wracała do domu wcześniej, chodziła razem z córką na zakupy i do kina, a rano odprowadzała ją aż do samej klasy. Po szkole Hania nie była już zmuszana do dodatkowych zajęć i spędzała czas z koleżankami, a zadania domowe sprawdzała jej mama. Często oglądały razem telewizję, podjadając popcorn (co do tej pory było zabronione), a w weekendy całą rodziną jeździli za miasto. Hania nie wiedziała, że przemiana rodziców była konsekwencją jej rozpaczliwej prośby, którą mądra nauczycielka podzieliła się z jej mamą. Nie przypuszczała, że mama przejęła się samotnością córeczki i obwiniała siebie za jej bogate, ale jakże puste dzieciństwo. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że mama niejednokrotnie brała jej zeszyt do ręki i czytała słowa, które tak mocno nią wstrząsnęły. "Chciałabym, żeby mama zaczęła na mnie zwracać uwagę"- brzmiało najskrytsze marzenie Hani. Jak niewiele potrzeba było, aby jej spełnić, jak wiele, by je zrozumieć...


zdjęcie- www.stockunlimited.com

Docenić siebie

by 12 lutego
  Zaczął się gorący okres dla piszących blogi- wystartował Blog Roku. Połowa blogosfery ostrzy sobie zęby na tytuł i wysyła swoje kandydatury, druga zaś połowa nie zamierza tego robić, jako że nie czuje się na siłach, aby brać udział w tak prestiżowym konkursie. Nie zgłaszam się, bo jestem pionkiem w blogosferze i nie mam zamiaru się kompromitować- usłyszałam od zaprzyjaźnionej blogerki i nie za bardzo mnie ta odpowiedź usatysfakcjonowała. Blog Roku nie jest zarezerwowany dla znanych blogów, tylko jest dostępny dla każdego, dlaczego więc nie skorzystać? Nic się nie stanie, jeśli przegramy, w końcu to tylko zabawa.

  Nie traktuję blogowania śmiertelnie poważnie. Lubię tworzyć wpisy, dzielić się przeżyciami, odpowiadać na komentarze i podoba mi się cała ta otoczka związana z blogosferą, niemniej pisanie bloga to zwyczajnie moje hobby. Nie łudzę się, że nagle ktoś zaproponuje mi wielką kasę i zostanę wybitną influencerką, a moje teksty będą udostępniane szerokiej publiczności. Mój blog jest niszowy i dobrze mi z tym, zresztą nie przeszkadza mi to wcale, by zgłosić swój akces do Blogu Roku. Ewentualna (i raczej stuprocentowa) porażka nie spędza mi snu z powiek, ponieważ już dawno nauczyłam się przegrywać. Co więc stoi na przeszkodzie? 

  Nie wyobrażam sobie zamęczać ludzi prośbami o głosy i atakować ich ze wszech stron wirtualnej przestrzeni. Nie jestem mistrzynią promocji i nie dałabym rady nikogo przekonać, że mój produkt jest najlepszy. Nie chce mi się dzwonić do rodziny i błagać jej chociaż o jeden sms, żeby nie robić sobie obciachu. Ze względu na mój błogosławiony stan nie mogę się niepotrzebnie stresować, a emocje związane z Blogiem Roku dałyby mi niezłą dawkę adrenaliny. Boję się też, że naprawdę wygram i wtedy kompletnie mi odbije. A już całkiem serio, to moje niepoważne podejście do blogowania zabrania mi udzielać się w tego typu konkursach. Może w niedalekiej przyszłości zdecyduję się na profesjonalne potraktowanie mojej strony i dokonam tu niemałej rewolucji, a wtedy na pewno stanę w szranki z tuzami blogosfery. Na razie nie jestem do tego odpowiednio przygotowana.

  Niedawno zadałam pytanie odnośnie startu w Blogu Roku na jednej z fejsowych grup. Dużo dziewczyn odpowiedziało, że to nie dla nich, gdyż są blogowo za cieńkie, nie mają tabuna fanów itepe. Zasmuciła mnie ta niewiara w siebie, jako że większość koleżanek blogerek potrafi pięknie pisać, ma spory potencjał, a zatem i szanse na zaistnienie w konkursie. Nie trzeba oglądać się na znane blogi, skoro macie ochotę, to zgłaszajcie Wasze strony, na pewno tego nie pożałujecie. Blog Roku, jak wspominałam na początku, to dobra zabawa i nie ma się co spinać. Nie wydarzy się tragedia, jeżeli ten zaszczytny tytuł przypadnie komuś innemu, zawsze możecie spróbować za rok. Weźcie przykład z Leo Di Caprio, któremu ciągle sprząta się Oscara sprzed nosa, a mimo to nie wydaje się tym faktem specjalnie przejęty. Tymczasem doceńcie siebie, bo warto!


  
zdjęcie pochodzi ze strony www.blogroku.pl

Manifest ciężarnej

by 02 lutego
  Wszystko układa się wspaniale- zachodzisz w ciążę i jesteś w stanie takiej euforii, że mogłabyś przytulić do siebie cały świat, nie wyłączając przy tym nawet najbardziej wkurzającego sąsiada, czy kontrolera biletów autobusowych. Przyzwyczaiłaś się do porannych mdłości, nie przeszkadzają Ci liczne wizyty u lekarza i pierwszy raz w życiu cieszą Cię nadprogramowe kilogramy. Czujesz się wybornie, chociaż niektórzy myślą, że szajba Ci odbiła, bo nabrałaś dziwnego zwyczaju, jakim jest głaskanie brzucha i przemawianie do niego bez powodu. Zmieniły się Twoje upodobania kulinarne, więc budzisz biednego męża w środku nocy i z obłędem w oczach mówisz mu, że masz ochotę na rolmopsy. Bywasz pobudzona, zdarza Ci się wpadać w otchłań bezdennej rozpaczy, by po pięciu minutach śmiać się jak głupia do sera. Lawirujesz sobie spokojnie między nieświadomymi niczego ludźmi, aż w końcu nadchodzi godzina zero, czyli Twój brzuch zaczyna być coraz większy i ciąża wychodzi na jaw. No i masz przechlapane!

  Nikt co prawda nie wytyka Cię palcami, ale i tak wzbudzasz zainteresowanie otoczenia. Zdarza się, że podchodzi do Ciebie nieznajoma kobieta i pieści Twój brzuszek, po czym spokojnie wyjaśnia powód tak intymnego gestu (zrobiła to po to, żeby odpędzić uroki od dziecka). Innym razem jakaś natrętna baba kładzie obie ręce na Twoim brzuchu i maca Cię bez skrępowania, bo niby jest w stanie rozpoznać w ten sposób płeć dzieciątka. Z kolei matka Twojego męża posuwa się jeszcze dalej i całuje Twój ciążowy brzuszek, traktując go niemał jak relikwię. Denerwuje Cię to, lecz jesteś w stanie wytrzymać ten spontaniczny napływ uczuć, gdyż dobrze wiesz, że po rozwiązaniu sytuacja wróci do normy i teściowa znowu będzie sympatyczną jedzą. Z niemałym zdumieniem przekonujesz się, że otaczają Cię ciążowi specjaliści, którzy na temat karmienia, noworodków i Twojej budowy ciała wiedzą absolutnie wszystko, a co gorsza, mają świadomość tego, co jest dla Ciebie najlepsze. O ciążowych przesądach mogłabyś napisać książkę, ponieważ jesteś nimi atakowana z każdej strony i nie waż się nie traktować ich poważnie. I kiedy masz już naprawdę dość, a apogeum zainteresowania Twoim brzuchem osiąga stan krytyczny, przytrafia się coś, na co czekałaś z wielkim utęsknieniem- stajesz się niewidzialna. Szkoda tylko, że w niezbyt przyjemnych okolicznościach.

  Stoisz w kolejce do kasy (tej z pierwszeństem dla ciężarnych) i nagle okazuje się, że pomimo tłumu nikt Cię nie widzi. Klienci patrzą przed siebie, ewentualnie ciekawi ich towar znajdujący się w wózku sklepowym i żaden nie kwapi się do tego, by Cię przepuścić. Gdy wchodzisz do autobusu, większość pasażerów odwraca głowę i ani raczy spojrzeć w Twoją stronę, więc o ustąpieniu miejca możesz sobie pomarzyć. Podobnie jest w gabinecie lekarskim, gdzie czekasz na swoją kolej, a inni pacjenci gapią się w smartfony i mają wyjechane na to, że ciężarna może poczuć się zmęczona. I chociaż nikogo nie prosisz, aby Ci nieco ulżył w cierpieniu, to słyszysz oburzone głosy, że nic takiego się nie stanie, jeśli trochę postoisz, bo przecież ciąża to nie choroba. Ze smutkiem dochodzisz do wniosku, że uprzejmość jednak czasem boli, a Twój brzuch, jeszcze do niedawna tak podziwiany, nieoczekiwanie został wrogiem publicznym numer jeden. Twoje nogi odmawiają posłuszeństwa, robi Ci się słabo i mdlejąc, upadasz na podłogę, wywołując tym pospolite ruszenie. Ludzie rzucają się na pomoc, ofiarowując Ci dziesiątki pustych krzeseł, ktoś poleciał po lekarza i większość spogląda na Ciebie ze współczuciem. Później do poczekalni wychodzi zdenerwowany doktor, który pyta, jak to możliwe, że ciężarna przez tyle czasu stała i w odpowiedzi słyszy, że skoro jej było słabo, to mogła się odezwać. A mówią, że ciąża to stan błogosławiony...


zdjęcie- www.bimbisaniebelli.it

Obsługiwane przez usługę Blogger.