Burza mózgów i burza hormonów

by 30 marca
  Zaczął się 31-ty tydzień ciąży i tak się zastanawiam, kiedy to zleciało. Do rozwiązania coraz bliżej, a mnie ogarniają z tego powodu ponure myśli. Przewidziana cesarka trochę spędza mi sen z powiek, chociaż teoretycznie nie powinna, bo mam już za sobą cesarskie cięcie. Wtedy jednak dowiedziałam się o tym na pięć minut przed porodem, więc nie miałam czasu się stresować, teraz zaś jest zupełnie inaczej. Kurde, mam pietra i nic na to nie poradzę, podobnie jak na moje buzujące hormony, które (co było do przewidzenia) wyzwoliły we mnie prawdziwą jędzę.

  Jestem na permanentnym etapie napadów złego humoru, dolegliwości wszelakich i fizycznej niemocy. Nie potrafię się cieszyć ciążą, tak jakbym sobie tego życzyła, aczkolwiek wszyscy przekonują mnie, że ciężarna nie ma prawa się smucić, gdyż nosi w sobie nowe życie, zatem musi być radosna jak szczygiełek. Jeśli natomiast nie jest, to prawie wyrodna matka z niej i w ogóle do bani, w końcu ciąża to nie choroba, tylko błogosławieństwo. A co mogę na to poradzić, że nic mi się nie chce, źle się czuję i najchętniej cały dzień bym odpoczywała? Zostały jeszcze dwa długie miesiące, a ja odliczam dni do porodu, bo jest mi naprawdę ciężko- i dosłownie, i w przenośni.

  Fajnie, że są kobiety, którym ciąża nie przeszkadza praktycznie w niczym- są aktywne zawodowo, chodzą na siłownię i wyglądają jak z żurnala. Też bym pragnęła taka być, ale nie ma co ukrywać, że daleko mi do boskich ciężarnych istot, gdyż prezentuję się tak sobie, moja praca polega na zmywaniu garów, a kalorie spalam chodząc po schodach. Nie jest mi z tym dobrze, ponieważ od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, iż nastąpiła nagonka na kobiety w ciąży i wymaga się do nich rzeczy niemożliwych. Różne samozwańcze ekspertki krzyczą ze wszech stron, żeby nie dać się stłamsić ciąży, jako że rosnący brzuch nie stoi na przeszkodzie do działania, toteż trzeba korzystać z życia. A jeśli stoi? Każda ciąża to osobna historia i nie ma jej co porównywać do ogółu. Brak mi formy i nie zamierzam tego ukrywać, lecz będę o tym krzyczeć, ile się da.

  Tymczasem nasza druga córeczka coraz częściej pokazuje, na co ją stać. Mój deficyt energii występuje u niej z nawiązką, bo jest bardzo ruchliwa i kopie mnie notorycznie, jakby chciała powiedzieć- mama, przestań ględzić i weź się do roboty. Gaja zaakceptowała fakt, że będzie miała młodszą siostrę i już nie spogląda na mój brzuch z wyraźną zazdrością i obrzydzeniem. Mieliśmy kłopot z imieniem dla małej, gdyż te, które podobały się mężowi, nie przypadły mi do gustu (i na odwrót), aż postanowiliśmy włączyć w nasze dylematy Gaję. Po długich rozważaniach i skreśleniu z listy kilkunastu "kandydatek", nasz wybór padł na dwa imiona- Elena i Sara- ale za Chiny nie mogliśmy dojść do porozumienia. Wreszcie poszliśmy po rozum do głowy i zapytaliśmy córeczkę, jakie imię bardziej przypadło jej do gustu. Gaja odpowiedziała natychmiast i wedle jej życzenia siostrzyczka będzie nazywać się Sara. Warto pytać dzieci o zdanie :).



zdjęcie- www.ziggurat.eu

Share Week 2016 według Poli Szynel

by 25 marca
Moje kochane!

  Wiem, wiem, dawno mnie nie było. Dużo zajęć, praca na planie serialu "Serce w pięciu kawałkach", oraz liczne wywiady i kampanie reklamowe spowodowały, iż zwyczajnie nie miałam czasu blogować. Nadszedł jednak moment, gdy zaczęło mi brakować adrenaliny związanej z publikacją wpisów, mojej pozycji wybitnej influencerki, a przede wszystkim was, drogie czytelniczki. Udałam się na zasłużony urlop, gdzie poznałam uroki rajskiego życia (możecie o nich przeczytać w specjalnej zakładce poświęconej wakacjom- Diva na Małychdiwach) i doznałam olśnienia, które spowodowało, że ni mniej, ni więcej, znowu zabrałam się za blogowanie. A że mój powrót zbiegł się z internetową akcją Share Week, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć w niej udział. 

  Tak, moje najdroższe czytelniczki, nawet ja mam swoich ulubionych blogerów i to o nich chciałabym wam o nich dzisiaj opowiedzieć. Może dzięki temu hejterki przestaną mnie nazywać "blogerzycą" i wreszcie zrozumieją, że jestem taka, jak inni (chociaż osiągnęłam największy sukces w blogosferze na przestrzeni kilku lat). I kiedy patrzę na prezent od mojego ukochanego Wapniaczka- brylantowy pierścionek, który ma aż 24 krawaty, to myślę sobie, że i ja mogę dać wam niezapomniany upominek. A dam naprawdę wiele, bo zestaw moich wirtualnych faworytek, posiadająych to magiczne "coś" i potrafiących pisać prawie tak dobrze, jak ja. Oto spis wyjątkowych blogów, rekomendowanych przez jedyną w swoim rodzaju Polę Szynel- ich sympatyczne autorki 
na pewno padną z wrażenia, gdy dowiedzą się, jaka internetowa szycha jest nimi zachwycona!



ANTYTERRORYSTKA


  Od razu uprzedzam- nie umieściłam tu autorki ze względu na nazwę bloga (której zresztą nie rozumiem), a z powodu barwnej osobowości tej pani i niezłego stylu pisania. Podoba mi się odwaga Gosi i to, że nie boi się poruszać drażliwych tematów, zaś z asów blogosfery nic sobie nie robi i bynajmniej nie pada im do stóp. Wybaczyłam jej nawet to, że posądziła mnie o świadome zatrucie teściowej i nie okazała mi należytego szacunku, bo cenię sobie niepokorne osoby. Antyterrorystka na swoim blogu pisze nie tylko o blaskach i cieniach macierzyństwa, lecz również publikuje opowieść o Karolu i Luizie- parze mającej potencjał na miarę Greya czy choćby Grey's Anatomy. Z czystym sumieniem polecam wam jej blog i mam nadzieję, że gdy wyda w końcu książkę, dostanę od niej 
egzemplarz z autografem.


BOOKS AND BABIES


  Przyznaję się bez bicia- rzadko czytam książki, zwłaszcza ostatnio, jako że liczne zajęcia mi na to nie pozwalają. Czasem jednak muszę na blogu umieścić recenzję jakiegoś poradnika i posiłkuję się wtedy opiniami pani Kasi. Jej blog wzbogaca mnie kulturalnie i dzięki temu, że regularnie go odwiedzam, mogę sobie pozwolić na filozoficzne dyskusje ze znajomymi mojego narzeczonego Wapniaczkia (kupił mi ostatnio 100 powieści o miłości polecanych przez autorkę i jej czytelniczki i myślę, że do 30-tu lat się z nimi wyrobię). Właśnie dlatego wykształceni przyjaciele mojego producenta nie mają pojęcia o tym, że żadnych studiów nie skończyłam, a za czytaniem nie przepadam i za to wielkie brawa dla znakomitej blogerki. Gdyby swego czasu przyjęła moją propozycję i zostałaby rzeczniczką prasową Poli Szynel, sączyłaby teraz ze mną drinka na Małychdiwach. Cóż, nie można mieć wszystkiego.


MATKA NA SZCZYCIE


  Autorka bloga to kobieta renesansu i kolejna harda dusza. Wydała kilka książek, tworzy piękne rzeczy, ubiera się lepiej niż ikony stylu i wygląda jak gwiazda filmowa. Niby twierdzi, że niczym się nie interesuje, ale nie wierzcie temu, bo jej dokonania świadczą przeciw niej. Zaszyła się gdzieś na Szczycie i ostatnio u niej cicho, lecz jestem przekonana, że to cisza przed burzą i przebojowa Katarzyna jeszcze nam pokaże, na co ją stać. Jej blog czyta się z zapartym łbem, a na zdjęcia patrzy się z nieukrywaną zazdrością. Blogerka ma rzadko spotykaną klasę, bowiem jako jedyna nie narzekała na smak Dietetycznych Ozorków, które w ramach wdzięczności jej podarowałam i z tego właśnie powodu zawsze będzie miała w moim sercu specjalne miejsce. Blog Matki na Szczycie to raj dla estetek, a za takie uważam i moje czytelniczki, zatem apeluję- nie wahajcie się ani chwili i zajrzyjcie na sam Szczyt.

P.S. Wpis o Poli Szynel jak zwykle napisany jest w żartobliwej konwencji, niemniej blogi, które nominowałam do Share Week, trzeba już potraktować jak najbardziej poważnie.

Była sobie grubaska

by 15 marca
Istnieje niepisane prawo, które pozwala ludziom obrażać grubasów. Prawo to stosowane jest nader często i większość uważa, że nie ma nic złego w tym, jeśli się powie do człowieka otyłego, aby wziął się za siebie. Prawo to pozwala patrzeć na innych przez pryzmat zbędnych kilogramów i nie hamować się ze słowami, a wręcz przeciwnie, epatować wyzwiskami. Bo te przecież mogą dać potrzebnego kopa i wielką motywację do zmian nieszczęsnemu posiadaczowi rozmiaru XL. Prawo to jest tolerowane przez ogół, ponieważ nikt nie zabroni szczupłemu wyśmiewać się z grubasa. Prawo to jest w moim odczuciu skandaliczne, jako że daje przyzwolenie na nietolerancję i mało kto potrafi stanąć w obronie upokorzonego tłuściocha. Tak wiele się krzyczy na temat równości, ale równość ta nie dotyczy osób z nadwagą, gdyż oni zawsze będą obywatelami drugiej kategorii. Wiem, co piszę, bo doświadczyłam tego na własnej skórze i to tysiące razy, a każde słowo "grubaska" skierowane w moją stronę, nadal tkwi we mnie jak zadra.

To nieprawda, że osoby otyłe to emocjonalni popaprańcy, którzy zajadają swoje problemy, przynajmniej nie wszyscy tacy są. Jako mała dziewczynka, mimo widocznej nadwagi, byłam bardzo szczęśliwa, aż do momentu, gdy poszłam do szkoły. Wtedy zaczęło się moje piekło na ziemi, a koledzy przez 8 lat podstawówki dali mi nieźle popalić. Nauczyciele niejednokrotnie słyszeli ich docinki, lecz żaden nigdy się z tego powodu nie obruszył. Rodzice kolegów ze szkolnej ławy również nie kwapili się do tego, żeby upomnieć swoich synów, a raczej bawili się kosztem tych paru kilogramów, które spędzały mi sen z powiek. Byłam gruba, więc mogłam być poniżana, byłam gruba, więc moje uczucia się nie liczyły i nawet dorośli mieli ze mnie polewkę. Takie traktowanie nie daje magicznej siły ośmioletniej dziewczynce, ponieważ hasło "co cię nie zabije, to wzmocni" jest dla niej niezrozumiałe. Dlatego możecie sobie darować frazesy na temat motywacji. Do tego trzeba mieć więcej lat i silniejszą psychikę.

Mój proces zmian rozpoczął się w wieku 17-tu lat i trwa nieprzerwanie do teraz. Przeżyłam wzloty i upadki, efekty jo-jo i spektakularne schudnięcia, a wszystko to pozwoliło mi lepiej poznać siebie. Dziś mam 37 lat i chociaż nadal jestem mentalną grubaską (już zawsze nią będę), to przestałam się uważać za tłustą krowę. Zrozumiałam bowiem, że rozmiar 40-42 to nie koniec świata i nie ma nic wspólnego z patologiczną otyłością. Nie dążę do osiągnięcia figury modelki, gdyż fałdy tłuszczu się ze mnie nie zlewają. Nie muszę słuchać nawiedzonych słów bogiń fitnessu, które co rusz próbują przekonywać mnie, że tylko szczupłe może być pięknie. Piękne jest to, co się podoba, a ja się na szczęście podobam mężowi. Popieram sportowy tryb życia i sama z uporem maniaka go stosuję, lecz nie pozwolę już sobie wmówić, jaka to ze mnie grubaska, skoro daleko mi do idealnej sylwetki nr 36. Popatrzcie na Kate Winslet, popatrzcie na Monicę Bellucci lub celebrytkę Kim Kardashian. Czy to są grube kobiety? Nie ma co przesadzać ze szkalowaniem normalnych dziewczyn, gdyż wpędzają się one w kompleksy, a co za tym idzie, często igrają ze zdrowiem.

Gdyby pytania dotyczące wagi zadawane były z troski, to na pewno bym je doceniła. Niestety, 98% komentarzy skierowanych w moją stronę, nie należało do życzliwych. Łatwo jest kogoś zranić, a już kopać leżącego po prostu trzeba, więc niektórzy się w tym lubowali. Słowa ranią bardziej niż czyny, o bólu fizycznym da się zapomnieć, o cierpieniu z powodu wyglądu już nie. Moja tusza ciągnęła się za mną latami, a przypominało mi o niej nie tylko lustro. Robili to przede wszystkim ludzie, ich spojrzenia cięły niczym miecz, zaś rady w stylu "zrób coś ze sobą, nie da się na ciebie patrzeć", bynajmniej nie zachęcały do walki. Motywacja przyszła później, słabość stała się moją siłą i dzięki temu moje życie nabrało rumieńców. Kiedy udało mi się schudnąć, mało kto potrafił cieszyć się ze mną sukcesem, tak bowiem dziwnie skonstruowany jest człowiek, że z komplementami nie jest tak efektywny jak z krytyką. Słyszałam tylko, że lepiej mi było w skórze grubaski, zresztą i tak na pewno do tego wrócę, gdyż efekt jo-jo nie śpi. Nie wróciłam i chociaż nie jestem szczupłą laską, to dobrze się czuję w swojej skórze i nie martwię się tym, że przez sześć miesiący ciąży przybyło mi pięć kilogramów. Dojdę do siebie po porodzie, a jeśli nawet i nie, będzie to wyłącznie moja sprawa. Nikt nie ma prawa nazywać mnie grubą, koniec i kropka!






zdjęcia:
1. www.targetdonna.com  
2. www.elle.it
3. www.lei.excite.it

Kto pyta, czasem błądzi

by 09 marca
  Są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Są pytania bezsensowne i są takie, które irytują i mogą człowieka (zwłaszcza kobietę w ciąży) doprowadzić do szału. Dlatego też, dla własnego komfortu psychicznego stworzyłam Listę Pytań Zakazanych, bo nie chce mi się po raz tysięczny odpowiadać, czemu coś robię tak, a nie inaczej. Oto więc zagadnienia powodujące u mnie ciężkie drgawki, zepsuty humor i niekontrolowane tiki nerwowe:

Dlaczego piszesz bloga?

  Niedawno miałam okazję rozmawiać ze znajomą na fejsie i głównym tematem naszej dyskusji był właśnie mój skromny blog. Koleżanka nie potrafiła zrozumieć, skąd we mnie chęć do publikowania wpisów, skoro ani na nich nie zarabiam, ani nie osiągnęłam pułapu "tej blogerki", do której jest mi bardzo daleko (jak stąd do Chin, albo jeszcze dalej). Wyjaśniłam jej, że prowadzę blog, ponieważ pisanie od dawien dawna jest moją pasją i nic mnie nie obchodzi, że ona tego nie docenia. Nie musi, mój pełen słońca świat się przez to nie zawali. A pisanie jest dla mnie jak oddychanie, zatem nie zamierzam z nim kończyć, czy komuś się to podoba, czy nie. Szkoda tylko, że niektórzy ludzie ciągle próbują udowodnić innym, iż są kiepscy we wszystkim, czego się tkną. Mojej miłości do słowa pisanego nic jednak nie zabije.

Dlaczego czytasz książki?

  Sens tego pytania niejednokrotnie spędzał mi sen z powiek. Uwielbiam czytać, jestem zdeklarowaną książkomaniaczką i kiedy słyszę, że kogoś dręczy kwestia mojego "nałogu", to chce mi się zwyczajnie płakać. Po co w ogóle czytasz, to nudy na pudy- zwykle dziwili się ludzie, którzy w życiu nie mieli książki w ręku (chyba że telefoniczną). Jak można twierdzić, że czytanie to nuda, powiedzcie mi? To jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka mogła się nam przytrafić i bardzo żałuję, że tak mało osób z tego przywileju korzysta. Jako maniaczka książek często byłam brana za śmiertelną nudziarę, ale nic sobie z tej opinii nie robiłam. Dobrze wiem, co zyskałam dzięki zamiłowaniu do czytania, niektórzy zaś nigdy się nie dowiedzą, co stracili. Wasza sprawa, jeśli nie lubicie czytać, lecz przestańcie szydzić z tych, którzy to kochają. Bez książek moje życie byłoby naprawdę nudne!

Dlaczego jesteś gruba?

  Byłam grubym dzieckiem, grubą nastolatką i z tego powodu moje szkolne lata naznaczone były kpiną i cierpieniem. Obelgi leciały w moją stronę niczym pociski, a każde z nich bolały tak samo. Do pewnych rzeczy nie da się przyzwyczaić, szczególnie gdy jest się wrażliwą uczennicą. Zaczęłam się odchudzać, gdy miałam 17 lat i doszłam do takiej formy, że koledzy nie poznawali mnie na ulicy. Moja przemiana zrobiła wrażenie, aczkolwiek większość nie miała mi nic miłego do powiedzenia. Słyszałam jedynie, że ładniej wyglądałam "przy kości", głównie z ust tych, którzy nieustannie się ze mnie nabijali. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że ludzie nie umieją się cieszyć z sukcesów bliskich, natomiast nasze porażki dodają im skrzydeł. Na szczęście okrutne czasy minęły, na nieszczęście złośliwcy się nie zmienili. Do dzisiaj męczą mnie uwagami na temat mojego wyglądu, niemniej nie dam już sobie wmówić, że jestem gorsza.

Dlaczego nie palisz?

  Odkąd pamiętam, nienawidzę dymu z papierosów. Nie mogę przebywać długo w obecności palaczy, jako że zaczynam się krztusić i łzawić. W podstawówce koleżanki bezskutecznie usiłowały namówić mnie na "dymka", a później było jeszcze gorzej. Wiele razy zarzucano mi, że skoro nie palę, to nie mam charakteru i jakaś taka ciapa ze mnie. Wraz z mężem, którzy również jest przeciwniekiem palenia, czasem jesteśmy uważani za parę dziwolągów, co bardzo mnie śmieszy. Nigdy nie miałam papierosa w ustach i wcale nie uważam tego za sukces, tylko za konsekwencję mojej niechęci do palenia. Nie toleruję osób kopcących przy mnie, bo naprawdę nie jestem przyjąć na twarz kłębów papierosowego dymu. Nie umiem pojąć, po jakie licho zadaje mi się pytanie, dlaczego nie palę? Czy palaczy ktoś pyta, czemu to robią?

A jakie są Wasze typy pytań zakazanych? Może pokrywają się z moimi? 


zdjęcie- www.pixaby.com

Wyjątkowy stan błogosławiony

by 03 marca
  Wkroczyłam w trzeci trymestr ciąży i tak sobie dumam nad tym moim odmiennym stanem. Mówi się, że ciąża to stan błogosławiony, lecz ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Duchowo, i owszem, czuję się wyjątkowo, natomiast fizycznie już nie za bardzo. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że moja ciąża to stan wojenny ciała, ponieważ od sześciu miesięcy toczę nierówne boje sama ze sobą. Pozostanę jednak przy stwierdzeniu "stan wyjątkowy ciała", jako że "wojenny" nie za dobrze społeczeństwu się kojarzy (zwłaszcza teraz, gdy wyszła na jaw afera z teczkami, które chciała przehandlować wdowa po generale Kiszczaku). Jak widzicie, a raczej czytacie, plotę trochę bez sensu, ale i to kładę na karb mojego rosnącego brzuszka.

  Dzięki mojej drugiej ciąży odkryłam istniejące we mnie pokłady niewychowania, spowodowane tym, iż nie daję rady zapanować nad niektórymi reakcjami. Kiedy siedzę przy stole i jem obiad, zdarza mi się wydać nieartykułowany dźwięk, który w potocznej mowie nazywa się hepnięciem, ewentualnie odbiciem. Nieustannie męczy mnie zgaga i czasem jestem tak zmęczona, że kładę się spać z kurami, nie dbając o nic i o nikogo. Noce bywają katorgą, bo latam do łazienki z prędkością błyskawicy (gdyby tak policzyć, ile razy, to wyszedłby z tego półmaraton), przewracam się z boku na bok co kilka minut, zaś ostatnio mój kochany mąż oskarżył mnie o to, że chrapię! Nie uwierzyłam mu, rzecz jasna, aż do momentu, kiedy zbudziło mnie ze snu moje własne chrapanie. Mąż pokładał się ze śmiechu, ale następnego dnia już siedział cicho, gdyż znalazłam w necie artykuł o tym, że chrapanie podczas ciąży to naturalna rzecz, a poza tym wychodzi kobietom na zdrowie (to dodałam od siebie, żeby na wszelki wypadek mieć pod ręką konkretny argumet). Nic więc dziwnego, że określenie "wyjątkowy stan błogosławiony" w moim przypadku jest jak najbardziej na miejscu!

  Targają mną wahania nastrojów i często mam tak, że z wyżyn szczęścia spadam na niziny cierpienia, choć nie ma ku temu żadnych powodów. Nagle spoglądam na świat w ciemnych barwach (wprawdzie przed chwilą był tęczowy) i łzy smutku kapią mi na podłogę. Pół godziny później nie pamiętam już, dlaczego płakałam, tylko śmieję się jak głupia do sera i wykonuję dziki taniec radości, mimo że nie potrafię tańczyć. Od rana do wieczora faszeruję się różnymi lekami (przez całe życie nie brałam ich tyle, ile podczas ostatnich miesięcy) i sukcesywnie chodzę się kłuć, jakkolwiek nie znoszę pobierania krwi i innych badań. Zakwasy i skurcze mięśni stały się moimi towarzyszami niedoli, a rozstępy pojawiają się u mnie częściej niż pryszcze u nastolatków. Biust sukcesywnie się powiększa i za niedługo będę musiała nabywać staniki na zamówienie, bo sklepy z bielizną rozmiarowo za mną nie nadążają. Zrobiłam się ociężała i kiedy schodzę po schodach, to sapię jak lokomotywa i przeklinam człowieka, który je wynalazł. Wydzieram się bez powodu i szukam dziury w całym, a potem widzę, jak brzuch się rusza i staję się łagodna niczym baranek. Błogosławię ten wyjątkowy stan, a coraz mocniejsze kopnięcia mojej drugiej córeczki wynagradzają mi wszystkie niedogodności. I wciąż nie mogę zrozumieć męża, który złości się na mnie, gdy po raz setny budzę go w środku nocy i krzyczę mu do ucha: "wstawaj".

-O Boże, co się stało? Rodzisz, masz bóle, krawisz, dzwonić po karetkę?
-Ależ skąd kochanie, po prostu przyszło mi do głowy piękne imię dla naszej dziewczynki.

W odpowiedzi słyszę liczenie- uno, due, tre... Nie możesz powiedzieć mi o tym rano? Jakoś jeszcze wytrzymam te trzy miesiące...

Później nie będzie łatwiej! Ciąża to rzeczywiście wyjątkowy stan błogosławiony, nie tylko zresztą dla żony :).
  

zdjęcie- www.esenzialmentenaturale.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.