Burza mózgów i burza hormonów

  Zaczął się 31-ty tydzień ciąży i tak się zastanawiam, kiedy to zleciało. Do rozwiązania coraz bliżej, a mnie ogarniają z tego powodu ponure myśli. Przewidziana cesarka trochę spędza mi sen z powiek, chociaż teoretycznie nie powinna, bo mam już za sobą cesarskie cięcie. Wtedy jednak dowiedziałam się o tym na pięć minut przed porodem, więc nie miałam czasu się stresować, teraz zaś jest zupełnie inaczej. Kurde, mam pietra i nic na to nie poradzę, podobnie jak na moje buzujące hormony, które (co było do przewidzenia) wyzwoliły we mnie prawdziwą jędzę.

  Jestem na permanentnym etapie napadów złego humoru, dolegliwości wszelakich i fizycznej niemocy. Nie potrafię się cieszyć ciążą, tak jakbym sobie tego życzyła, aczkolwiek wszyscy przekonują mnie, że ciężarna nie ma prawa się smucić, gdyż nosi w sobie nowe życie, zatem musi być radosna jak szczygiełek. Jeśli natomiast nie jest, to prawie wyrodna matka z niej i w ogóle do bani, w końcu ciąża to nie choroba, tylko błogosławieństwo. A co mogę na to poradzić, że nic mi się nie chce, źle się czuję i najchętniej cały dzień bym odpoczywała? Zostały jeszcze dwa długie miesiące, a ja odliczam dni do porodu, bo jest mi naprawdę ciężko- i dosłownie, i w przenośni.

  Fajnie, że są kobiety, którym ciąża nie przeszkadza praktycznie w niczym- są aktywne zawodowo, chodzą na siłownię i wyglądają jak z żurnala. Też bym pragnęła taka być, ale nie ma co ukrywać, że daleko mi do boskich ciężarnych istot, gdyż prezentuję się tak sobie, moja praca polega na zmywaniu garów, a kalorie spalam chodząc po schodach. Nie jest mi z tym dobrze, ponieważ od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, iż nastąpiła nagonka na kobiety w ciąży i wymaga się do nich rzeczy niemożliwych. Różne samozwańcze ekspertki krzyczą ze wszech stron, żeby nie dać się stłamsić ciąży, jako że rosnący brzuch nie stoi na przeszkodzie do działania, toteż trzeba korzystać z życia. A jeśli stoi? Każda ciąża to osobna historia i nie ma jej co porównywać do ogółu. Brak mi formy i nie zamierzam tego ukrywać, lecz będę o tym krzyczeć, ile się da.

  Tymczasem nasza druga córeczka coraz częściej pokazuje, na co ją stać. Mój deficyt energii występuje u niej z nawiązką, bo jest bardzo ruchliwa i kopie mnie notorycznie, jakby chciała powiedzieć- mama, przestań ględzić i weź się do roboty. Gaja zaakceptowała fakt, że będzie miała młodszą siostrę i już nie spogląda na mój brzuch z wyraźną zazdrością i obrzydzeniem. Mieliśmy kłopot z imieniem dla małej, gdyż te, które podobały się mężowi, nie przypadły mi do gustu (i na odwrót), aż postanowiliśmy włączyć w nasze dylematy Gaję. Po długich rozważaniach i skreśleniu z listy kilkunastu "kandydatek", nasz wybór padł na dwa imiona- Elena i Sara- ale za Chiny nie mogliśmy dojść do porozumienia. Wreszcie poszliśmy po rozum do głowy i zapytaliśmy córeczkę, jakie imię bardziej przypadło jej do gustu. Gaja odpowiedziała natychmiast i wedle jej życzenia siostrzyczka będzie nazywać się Sara. Warto pytać dzieci o zdanie :).



zdjęcie- www.ziggurat.eu
Obsługiwane przez usługę Blogger.