Była sobie grubaska

Istnieje niepisane prawo, które pozwala ludziom obrażać grubasów. Prawo to stosowane jest nader często i większość uważa, że nie ma nic złego w tym, jeśli się powie do człowieka otyłego, aby wziął się za siebie. Prawo to pozwala patrzeć na innych przez pryzmat zbędnych kilogramów i nie hamować się ze słowami, a wręcz przeciwnie, epatować wyzwiskami. Bo te przecież mogą dać potrzebnego kopa i wielką motywację do zmian nieszczęsnemu posiadaczowi rozmiaru XL. Prawo to jest tolerowane przez ogół, ponieważ nikt nie zabroni szczupłemu wyśmiewać się z grubasa. Prawo to jest w moim odczuciu skandaliczne, jako że daje przyzwolenie na nietolerancję i mało kto potrafi stanąć w obronie upokorzonego tłuściocha. Tak wiele się krzyczy na temat równości, ale równość ta nie dotyczy osób z nadwagą, gdyż oni zawsze będą obywatelami drugiej kategorii. Wiem, co piszę, bo doświadczyłam tego na własnej skórze i to tysiące razy, a każde słowo "grubaska" skierowane w moją stronę, nadal tkwi we mnie jak zadra.

To nieprawda, że osoby otyłe to emocjonalni popaprańcy, którzy zajadają swoje problemy, przynajmniej nie wszyscy tacy są. Jako mała dziewczynka, mimo widocznej nadwagi, byłam bardzo szczęśliwa, aż do momentu, gdy poszłam do szkoły. Wtedy zaczęło się moje piekło na ziemi, a koledzy przez 8 lat podstawówki dali mi nieźle popalić. Nauczyciele niejednokrotnie słyszeli ich docinki, lecz żaden nigdy się z tego powodu nie obruszył. Rodzice kolegów ze szkolnej ławy również nie kwapili się do tego, żeby upomnieć swoich synów, a raczej bawili się kosztem tych paru kilogramów, które spędzały mi sen z powiek. Byłam gruba, więc mogłam być poniżana, byłam gruba, więc moje uczucia się nie liczyły i nawet dorośli mieli ze mnie polewkę. Takie traktowanie nie daje magicznej siły ośmioletniej dziewczynce, ponieważ hasło "co cię nie zabije, to wzmocni" jest dla niej niezrozumiałe. Dlatego możecie sobie darować frazesy na temat motywacji. Do tego trzeba mieć więcej lat i silniejszą psychikę.

Mój proces zmian rozpoczął się w wieku 17-tu lat i trwa nieprzerwanie do teraz. Przeżyłam wzloty i upadki, efekty jo-jo i spektakularne schudnięcia, a wszystko to pozwoliło mi lepiej poznać siebie. Dziś mam 37 lat i chociaż nadal jestem mentalną grubaską (już zawsze nią będę), to przestałam się uważać za tłustą krowę. Zrozumiałam bowiem, że rozmiar 40-42 to nie koniec świata i nie ma nic wspólnego z patologiczną otyłością. Nie dążę do osiągnięcia figury modelki, gdyż fałdy tłuszczu się ze mnie nie zlewają. Nie muszę słuchać nawiedzonych słów bogiń fitnessu, które co rusz próbują przekonywać mnie, że tylko szczupłe może być pięknie. Piękne jest to, co się podoba, a ja się na szczęście podobam mężowi. Popieram sportowy tryb życia i sama z uporem maniaka go stosuję, lecz nie pozwolę już sobie wmówić, jaka to ze mnie grubaska, skoro daleko mi do idealnej sylwetki nr 36. Popatrzcie na Kate Winslet, popatrzcie na Monicę Bellucci lub celebrytkę Kim Kardashian. Czy to są grube kobiety? Nie ma co przesadzać ze szkalowaniem normalnych dziewczyn, gdyż wpędzają się one w kompleksy, a co za tym idzie, często igrają ze zdrowiem.

Gdyby pytania dotyczące wagi zadawane były z troski, to na pewno bym je doceniła. Niestety, 98% komentarzy skierowanych w moją stronę, nie należało do życzliwych. Łatwo jest kogoś zranić, a już kopać leżącego po prostu trzeba, więc niektórzy się w tym lubowali. Słowa ranią bardziej niż czyny, o bólu fizycznym da się zapomnieć, o cierpieniu z powodu wyglądu już nie. Moja tusza ciągnęła się za mną latami, a przypominało mi o niej nie tylko lustro. Robili to przede wszystkim ludzie, ich spojrzenia cięły niczym miecz, zaś rady w stylu "zrób coś ze sobą, nie da się na ciebie patrzeć", bynajmniej nie zachęcały do walki. Motywacja przyszła później, słabość stała się moją siłą i dzięki temu moje życie nabrało rumieńców. Kiedy udało mi się schudnąć, mało kto potrafił cieszyć się ze mną sukcesem, tak bowiem dziwnie skonstruowany jest człowiek, że z komplementami nie jest tak efektywny jak z krytyką. Słyszałam tylko, że lepiej mi było w skórze grubaski, zresztą i tak na pewno do tego wrócę, gdyż efekt jo-jo nie śpi. Nie wróciłam i chociaż nie jestem szczupłą laską, to dobrze się czuję w swojej skórze i nie martwię się tym, że przez sześć miesiący ciąży przybyło mi pięć kilogramów. Dojdę do siebie po porodzie, a jeśli nawet i nie, będzie to wyłącznie moja sprawa. Nikt nie ma prawa nazywać mnie grubą, koniec i kropka!






zdjęcia:
1. www.targetdonna.com  
2. www.elle.it
3. www.lei.excite.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.