Wyjątkowy stan błogosławiony

  Wkroczyłam w trzeci trymestr ciąży i tak sobie dumam nad tym moim odmiennym stanem. Mówi się, że ciąża to stan błogosławiony, lecz ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Duchowo, i owszem, czuję się wyjątkowo, natomiast fizycznie już nie za bardzo. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że moja ciąża to stan wojenny ciała, ponieważ od sześciu miesięcy toczę nierówne boje sama ze sobą. Pozostanę jednak przy stwierdzeniu "stan wyjątkowy ciała", jako że "wojenny" nie za dobrze społeczeństwu się kojarzy (zwłaszcza teraz, gdy wyszła na jaw afera z teczkami, które chciała przehandlować wdowa po generale Kiszczaku). Jak widzicie, a raczej czytacie, plotę trochę bez sensu, ale i to kładę na karb mojego rosnącego brzuszka.

  Dzięki mojej drugiej ciąży odkryłam istniejące we mnie pokłady niewychowania, spowodowane tym, iż nie daję rady zapanować nad niektórymi reakcjami. Kiedy siedzę przy stole i jem obiad, zdarza mi się wydać nieartykułowany dźwięk, który w potocznej mowie nazywa się hepnięciem, ewentualnie odbiciem. Nieustannie męczy mnie zgaga i czasem jestem tak zmęczona, że kładę się spać z kurami, nie dbając o nic i o nikogo. Noce bywają katorgą, bo latam do łazienki z prędkością błyskawicy (gdyby tak policzyć, ile razy, to wyszedłby z tego półmaraton), przewracam się z boku na bok co kilka minut, zaś ostatnio mój kochany mąż oskarżył mnie o to, że chrapię! Nie uwierzyłam mu, rzecz jasna, aż do momentu, kiedy zbudziło mnie ze snu moje własne chrapanie. Mąż pokładał się ze śmiechu, ale następnego dnia już siedział cicho, gdyż znalazłam w necie artykuł o tym, że chrapanie podczas ciąży to naturalna rzecz, a poza tym wychodzi kobietom na zdrowie (to dodałam od siebie, żeby na wszelki wypadek mieć pod ręką konkretny argumet). Nic więc dziwnego, że określenie "wyjątkowy stan błogosławiony" w moim przypadku jest jak najbardziej na miejscu!

  Targają mną wahania nastrojów i często mam tak, że z wyżyn szczęścia spadam na niziny cierpienia, choć nie ma ku temu żadnych powodów. Nagle spoglądam na świat w ciemnych barwach (wprawdzie przed chwilą był tęczowy) i łzy smutku kapią mi na podłogę. Pół godziny później nie pamiętam już, dlaczego płakałam, tylko śmieję się jak głupia do sera i wykonuję dziki taniec radości, mimo że nie potrafię tańczyć. Od rana do wieczora faszeruję się różnymi lekami (przez całe życie nie brałam ich tyle, ile podczas ostatnich miesięcy) i sukcesywnie chodzę się kłuć, jakkolwiek nie znoszę pobierania krwi i innych badań. Zakwasy i skurcze mięśni stały się moimi towarzyszami niedoli, a rozstępy pojawiają się u mnie częściej niż pryszcze u nastolatków. Biust sukcesywnie się powiększa i za niedługo będę musiała nabywać staniki na zamówienie, bo sklepy z bielizną rozmiarowo za mną nie nadążają. Zrobiłam się ociężała i kiedy schodzę po schodach, to sapię jak lokomotywa i przeklinam człowieka, który je wynalazł. Wydzieram się bez powodu i szukam dziury w całym, a potem widzę, jak brzuch się rusza i staję się łagodna niczym baranek. Błogosławię ten wyjątkowy stan, a coraz mocniejsze kopnięcia mojej drugiej córeczki wynagradzają mi wszystkie niedogodności. I wciąż nie mogę zrozumieć męża, który złości się na mnie, gdy po raz setny budzę go w środku nocy i krzyczę mu do ucha: "wstawaj".

-O Boże, co się stało? Rodzisz, masz bóle, krawisz, dzwonić po karetkę?
-Ależ skąd kochanie, po prostu przyszło mi do głowy piękne imię dla naszej dziewczynki.

W odpowiedzi słyszę liczenie- uno, due, tre... Nie możesz powiedzieć mi o tym rano? Jakoś jeszcze wytrzymam te trzy miesiące...

Później nie będzie łatwiej! Ciąża to rzeczywiście wyjątkowy stan błogosławiony, nie tylko zresztą dla żony :).
  

zdjęcie- www.esenzialmentenaturale.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.