Dlaczego mój blog nie jest marką?

by 12:37
  W temacie blogowania niewiele wiem, bo ani marketingowiec ze mnie, ani nie czytałam poradników Jasona Hunta, które są (podobno) swoistą kopalnią wiedzy dla osób prowadzących blogi. Mimo to zdaję sobie sprawę z popełnianych przeze mnie błędów, bowiem tak one gryzą w oczy, że już bardziej gryźć nie mogą. Ciekawym wiedzy odpowiadam więc na pytania, dlaczego mój blog nie jest marką i na nim nie zarabiam, chociaż (jak każdy bloger) mam wyjątkowy potencjał. Oto siedem grzechów głównych autorki:

1. Brak własnej domeny i odstraszająca nazwa "blogspot" w tytule

Od jakiegoś czasu z każdego kąta blogosfery dopadają mnie krzyki znawców, że nikt nie traktuje poważnie osób, które zaprzyjaźniły się z blogspotem. Zawodowy bloger musi mieć adres kończący się na "pl", "com", "eu" czy co tam jeszcze, gdyż świadczy to o profesjonalnym podejściu nie tylko do blogowania, ale również do czytelnika. Przyznam szczerze, że dla mnie adres bloga jest jak najmniej istotny- jeśli ktoś fajnie pisze i ma wyjątkowe poczucie humoru, to może się nawet nazywać Diabeł Rogaty. I tak do niego wrócę.

2. Byle jaki szablon i niechęć do zakładek

W aspekcie estetyki bloga wielokrotnie dałam ciała (i zapewne dam jeszcze niejeden raz). Założyłam sobie tylko, że szablon ma być przejrzysty i tego się trzymam, a reszta, no cóż, woła o pomstę do nieba. Nie mam założonych kategorii, które ułatwiłyby czytelnikom dostęp do archiwalnych wpisów, do tej pory nie przedstawiłam siebie i swoich dokonań, no i przede wszystkim nie posiadam najważniejszej rzeczy- zakładki "współpraca". A bloger z prawdziwego zdarzenia musi ją mieć, inaczej dupa blada z niego, a nie wirtualny biznesmen.

3. Amatorskie podejście do fotografii

Rzadko wrzucam własne zdjęcia na blog, a jeśli już je publikuję, to nie są one najwyższych lotów. Nie dorobiłam się jeszcze dobrego sprzętu i fotki cykam przez komórkę (co jest rzecz jasna karygodne), w większości zaś posiłkuję się obrazkami znalezionymi w necie. Mnie się one co prawda podobają, niemniej takie podejście nie przystoi żadnemu blogerowi, a zwłaszcza takiemu, który chciałby zaistnieć w internetowym wyścigu szczurów.
 
4. Nieregularność w publikowaniu wpisów

Od ostatniego wpisu minęły prawie trzy tygodnie, a ja bynajmniej się tym nie przejęłam. Nie miałam czasu, poza tym nie umiałam się psychicznie zabrać do blogowania, zatem postanowiłam na trochę zamilknąć. Zdążyłam jednak wywnioskować, że to duży nietakt, ponieważ natura blogowa też nie znosi próżni i lepiej pisać o niczym, niż nie pisać wcale. Nie obiecuję solidnej poprawy, mimo że bardzo dobrze umiem lać przysłowiową wodę, lecz na blogu nie chcę tego robić. 

5. "Nie" dla portali społecznościowych

Bloger, który chciałby się wypromować, powinien być wszędzie. Ja nie jestem i nie zapowiada się na to, abym zmieniła zdanie. Nie znajdziecie mnie na Instagramie, Snapczacie, Pintereście czy Bloglovin, jedynie dla fejsa zrobiłam wyjątek. Mój fanpage jest bardzo skromny i nie podbiję nim blogowego świata (chyba że zacznę wrzucać nawiedzone memy), ale i tak jestem z niego zadowolona. Na inne portale zdecydowanie mnie nie ciągnie, zresztą moja doba musiałaby mieć 48 godzin, aby je wszystkie ogarnąć.

6. Nieinwestowanie w reklamę

Moim skromnym zdaniem nie ma takiej rzeczy, której nie można by sprzedać. Gdybym włożyła środki w blog, dzisiaj na pewno nie stałabym w miejscu. Do rozkręcenia internetowej strony potrzebna jest duża kasa, a ja przez ponad dwa lata pisania nie zainwestowałam w blog ani złotówki. Wybitną blogową influencerką raczej nie zostanę, aczkolwiek nie spędza mi to snu z powiek. Są bowiem w życiu rzeczy ważne i są te ważniejsze.

7. Nieobecność na blogowych eventach

Nie ma mnie nie tylko w wirtualnej przestrzeni, ale również w realu rzadko się udzielam. Z wiadomych przyczyn nie bywam na blogerskich zlotach, toteż nie słucham prelekcji tych, którym się udało i nie wyciągam właściwych wniosków. A szkoda, bo gdybym tak robiła, być może teraz liczyłabym kasę, a nie zastanawiała się, czemu jest jak jest.

 Chcesz żeby Twój blog był marką? Nie popełniaj wymienionych przeze mnie błędów, a wtedy na pewno będziesz kimś. Pamiętaj również o tym, że w blogowaniu pisanie jest na ostatnim miejscu- im szybciej to zrozumiesz, tym prędzej osiągniesz upragniony sukces! To pisałam ja, blogerka amatorka :).


zdjęcie- www.tomsitpro.com

Wirtualny niebyt, realna moc

by 13:34
  Wirtualny świat żyje swoim własnym życiem, ale ja powiedziałam mu ostatnio "stop". Miałam dość blogu, wpisów, fejsa i nie zaglądałam nawet na głupie portale plotkarskie, od których swego czasu zaczynałam każdy dzień. Nie dawałam już rady ogarnąć mocy internetu, a kiedy dodatkowo przyplątała się do mnie angina, tym bardziej zdobyłam pretekst, aby rzucić laptop do kąta (oczywiście tylko w przenośni, bo gdybym zrobiła to naprawdę, mąż nie byłby z tego faktu zbyt zadowolony). Co za dużo, to niezdrowo, a ja ostatnio przesadzałam i chyba trochę uzależniłam się od neta. A przecież to, co najpiękniejsze, mam na wyciągnięcie ręki, a nie po dotknięciu komputerowej myszki. 

  I stał się cud, bowiem gdy wyłączyłam ekran monitora, ukazał się przede mną całkiem niezły widok. Wzięłam do ręki książkę, zaczęłam układać puzzle z Gają i robić masę innych rzeczy, a szara rzeczywistość od razu nabrała mocnych barw. Nie musiałam już być, lajkować, pracować nad wpisami i całkiem świadomie skazałam swój blog na tymczasowy niebyt. Niczego tak nie lubię jak pisania na siłę i przekonywania mnie do tego, że blogowanie nie znosi próżni i trzeba publikować regularnie, inaczej wypadnie się z obiegu. A niech stracę, co mnie to, zwłaszcza że bilans zysków jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż statystyki. Blog, mimo że stał się powiernikiem moich ostatnich kilku lat na obczyźnie, nie zastąpi mi prawdziwych uczuć i przeżyć. Cieszę się więc, że udaje mi się z nim wygrać i tak po prostu wylogować się do- skądinąd baśniowego -tu i teraz.

  Magię codzienności da się odnaleźć wszędzie, aczkolwiek bywa to trudne. Ciągle robimy to samo i wydaje się, że plan naszego działania jest utkany misternie, a dni są do siebie bliźniaczo podobne. Nie potrafiłam dostrzec otaczającego mnie piękna i byłam przekonana, że proza życia w końcu mnie dobije, a jednak tak się nie stało. Spojrzałam dokładniej na wszystko, co mi bliskie i zdałam sobie sprawę, że jestem szczęściarą. Mam przestrzeń, o której zawsze śniłam, niezależność, której zawsze pragnęłam i rodzinę, która kiedyś zdawała mi się czymś nieosiągalnym. Często bywam w emigracyjnej rozsypce, ale kiedy patrzę na Gaję to wiem, że warto było przewrócić istnienie do góry nogami. Za dwa miesiące czeka nas kolejna rewolucja i chociaż nie będzie lekko, to nie poddam się smutkowi wynikającemu z samotnych początków drugiego macierzyństwa. Nie tym razem.

  A blog niech sobie trwa, gdyż wcale nie zamierzam przestać pisać. Tematów do publikacji mam sporo, bo w końcu noworodek jest wspaniałą inspiracją. Będę mogła publikować wpisy na temat kupek, mleka, kaszek czy pieluszek i być może zostanę internetową specjalistką od rodzicielstwa bliskości. Wracam do mojego wirtualnego "ja", ponieważ nie umiałabym całkowicie z niego zrezygnować. Pokochałam blogowanie, tego nie da się ukryć, zatem nie mam innego wyjścia, jak zamęczać Was nadal swoimi wypocinami. Poza tym odnoszę nieodparte wrażenie, że wpis życia dopiero przede mną, toteż muszę się do niego mozolnie przygotować. Na razie patrzę na skąpaną w słońcu Ligurię, spoglądam przez okno na kuszący skrawek morza i szukam natchnienia, które jak na złość, nie przychodzi. Tak to jest, gdy za bardzo się chce.



 zdjęcie- www.blog.libero.it 
Obsługiwane przez usługę Blogger.