Wirtualny niebyt, realna moc

  Wirtualny świat żyje swoim własnym życiem, ale ja powiedziałam mu ostatnio "stop". Miałam dość blogu, wpisów, fejsa i nie zaglądałam nawet na głupie portale plotkarskie, od których swego czasu zaczynałam każdy dzień. Nie dawałam już rady ogarnąć mocy internetu, a kiedy dodatkowo przyplątała się do mnie angina, tym bardziej zdobyłam pretekst, aby rzucić laptop do kąta (oczywiście tylko w przenośni, bo gdybym zrobiła to naprawdę, mąż nie byłby z tego faktu zbyt zadowolony). Co za dużo, to niezdrowo, a ja ostatnio przesadzałam i chyba trochę uzależniłam się od neta. A przecież to, co najpiękniejsze, mam na wyciągnięcie ręki, a nie po dotknięciu komputerowej myszki. 

  I stał się cud, bowiem gdy wyłączyłam ekran monitora, ukazał się przede mną całkiem niezły widok. Wzięłam do ręki książkę, zaczęłam układać puzzle z Gają i robić masę innych rzeczy, a szara rzeczywistość od razu nabrała mocnych barw. Nie musiałam już być, lajkować, pracować nad wpisami i całkiem świadomie skazałam swój blog na tymczasowy niebyt. Niczego tak nie lubię jak pisania na siłę i przekonywania mnie do tego, że blogowanie nie znosi próżni i trzeba publikować regularnie, inaczej wypadnie się z obiegu. A niech stracę, co mnie to, zwłaszcza że bilans zysków jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż statystyki. Blog, mimo że stał się powiernikiem moich ostatnich kilku lat na obczyźnie, nie zastąpi mi prawdziwych uczuć i przeżyć. Cieszę się więc, że udaje mi się z nim wygrać i tak po prostu wylogować się do- skądinąd baśniowego -tu i teraz.

  Magię codzienności da się odnaleźć wszędzie, aczkolwiek bywa to trudne. Ciągle robimy to samo i wydaje się, że plan naszego działania jest utkany misternie, a dni są do siebie bliźniaczo podobne. Nie potrafiłam dostrzec otaczającego mnie piękna i byłam przekonana, że proza życia w końcu mnie dobije, a jednak tak się nie stało. Spojrzałam dokładniej na wszystko, co mi bliskie i zdałam sobie sprawę, że jestem szczęściarą. Mam przestrzeń, o której zawsze śniłam, niezależność, której zawsze pragnęłam i rodzinę, która kiedyś zdawała mi się czymś nieosiągalnym. Często bywam w emigracyjnej rozsypce, ale kiedy patrzę na Gaję to wiem, że warto było przewrócić istnienie do góry nogami. Za dwa miesiące czeka nas kolejna rewolucja i chociaż nie będzie lekko, to nie poddam się smutkowi wynikającemu z samotnych początków drugiego macierzyństwa. Nie tym razem.

  A blog niech sobie trwa, gdyż wcale nie zamierzam przestać pisać. Tematów do publikacji mam sporo, bo w końcu noworodek jest wspaniałą inspiracją. Będę mogła publikować wpisy na temat kupek, mleka, kaszek czy pieluszek i być może zostanę internetową specjalistką od rodzicielstwa bliskości. Wracam do mojego wirtualnego "ja", ponieważ nie umiałabym całkowicie z niego zrezygnować. Pokochałam blogowanie, tego nie da się ukryć, zatem nie mam innego wyjścia, jak zamęczać Was nadal swoimi wypocinami. Poza tym odnoszę nieodparte wrażenie, że wpis życia dopiero przede mną, toteż muszę się do niego mozolnie przygotować. Na razie patrzę na skąpaną w słońcu Ligurię, spoglądam przez okno na kuszący skrawek morza i szukam natchnienia, które jak na złość, nie przychodzi. Tak to jest, gdy za bardzo się chce.



 zdjęcie- www.blog.libero.it 
Obsługiwane przez usługę Blogger.