Jutro...

by 31 maja
   To będzie zwykły dzień. Zaświeci słońce, a może i nie, ludzie jak zawsze będą śpieszyć się do pracy. I tylko dla mnie czas zatrzyma się w miejscu, a moje życie po raz drugi wywróci się do góry nogami. Tego dnia wreszcie ujrzę Ciebie i znowu przekonam się, czym jest cud narodzin. Pojawisz się Ty i wszystko się zmieni, a nasz obraz rodzinny w pełni się skompletuje. Już jutro, córeczko, przyjdziesz na świat, a ja mam pietra, jak jasna cholera! Powiem Ci coś w tajemnicy- żadna ze mnie idealna matka i pierwsze miesiąc spędzone razem nie będą, niestety, należały do najłatwiejszych. Ale się postaram, to jedno mogę Ci obiecać!

   Boję się nieprzespanych mocy, niemożności karmienia i ponownego obcowania z niemowlakiem. Obawiam się, że nawalę, nie dam rady i zacznę się wściekać. Nie mam pojęcia, jak przyjmie Cię starsza siostrzyczka i jak jej wytłumaczę, że jesteś równie ważna. Chciałabym, aby Gaja nie była zazdrosna i pokochała Cię od razu, ale wiem, że to tylko pobożne życzenia. Marzę o opiekunce, takiej na cały etat, która pomoże mi się uporać z bolączkami macierzyństwa. Jestem pewna, że będę kręcić się po domu niczym lunatyczka, a pragnienie spania zwycięży z matczynym rozsądkiem. Wiele razy pomyślę, jak bardzo jest mi ciężko, niemniej mam nadzieję, że mi to wybaczysz.

  Bo widzisz, z natury jestem leniwa i nie lubię się męczyć, a noworodek w domu wymaga ciągłej opieki. Karmienie, przewijanie, mycie i tak w kółko, aż do znudzenia. Nie ułatwisz mi zadania i nie dasz mi odpocząć, jestem o tym przekonana, a Twoja starsza siostra dołoży swoje trzy grosze. Poczuję się jak w domu wariatów, na pewno zacznę płakać i przeklinać rzeczywistość, lecz nie bierz sobie tego do serca. Nie zaburzy to ani na jotę mojego poczucia szczęścia i nie oddam nikomu tych trudnych chwil. Po prostu chcę, abyś wiedziała, że czasem "dam ciała", gdyż taka jest naturalna kolej rzeczy. Matki tak mają, że macierzyństwo często je przerasta, ale nie zmienia to ich miłości do dzieci. A Ty jesteś naszym drugim promyczkiem słońca, pamiętaj o tym.

   Podobno każde dziecko kocha się inaczej. Naszej miłości w życiu Ci nie zabraknie i zrobimy wszystko, by Twoje dzieciństwo było radosne i spokojne. Nie będziesz drugą Gają i nie zamierzamy Cię z nią porównywać, chociaż nie ukrywam, wielokrotnie się zastanawiałam, czy fizycznie coś po niej "odziedziczysz". Tego dowiem się już za kilkadziesiąt godzin, po kolejnym cesarskim cięciu, który przeraża mnie nieustannie. Dziś jest ostatni dzień, gdy noszę Cię pod sercem, a Twoje kopnięcia, tak urokliwe i precyzyjne, wciąż mi towarzyszą. Nie mogę się doczekać, kiedy nareszcie Cię poznam i zobaczę, jaka jesteś malutka i śliczna. Gdybyś miała ochotę, to możesz mnie oszczędzić i mało płakać (zwłaszcza w nocy), a poza tym współpracować przy karmieniu. Zapewniam Cię, że należycie to docenię!

   Do zobaczenia jutro, Saro!



zdjęcie- www.paperblog.com

Kiedy dorośli milczą

by 25 maja
  Była sobie dziewczynka. Miała sześć lat, burzę jasnych loków, kochającą mamę i całe życie przed sobą. Lubiła oglądać kreskówki, jeździć na rowerze i chodzić do przedszkola, gdzie spotykała swe małe przyjaciółki od serca. Jej dzieciństwo przebiegało pod znakiem miłości i nie przykrywały go żadne czarne chmury. Do czasu, bo wkrótce po ukończeniu sześciu lat, dziewczynka padła ofiarą pedofila, który nie tylko wykorzystał ją seksualnie, ale i zamordował. Wyrzucił ją z balkonu na ósmym piętrze, a potem żył sobie dalej, jakby nic się nie stało. O zbrodni wiedziała jego partnerka, lecz uporczywie i z żelazną konsekwencją, milczała. Co ją obchodziła jakaś córka sąsiadki, skoro sama przymykała oczy na to, iż konkubent gwałcił jej trzy córeczki?

  Ta historia zdarzyła się naprawdę ponad dwa lata temu. Przez ten czas nikomu nie udało się ustalić, kto jest mordercą, ponieważ wśród dorosłych zapanowała- zupełnie jak w mafii- omerta, czyli zmowa milczenia. Nikt nic nie widział ani nie słyszał i wszyscy mieli usta zamknięte na siedem pięczęci, w końcu lepiej się do takich spraw nie mieszać. I być może morderca do dzisiaj byłby bezkarny, gdyby nie to, że ktoś się przełamał i zaczął mówić. Trzy dziewczynki, mimo że zastraszane przez własną mamę i babcię, postanowiły jednak opowiedzieć prawdę. Wyznały śledczym, iż katem jest partner ich matki, gdyż nie umiały dłużej siedzieć cicho. Były szantażowane i pouczane przez dorosłych, aby się nie wtrącały, bowiem ich mamę wsadzą do więzenia, lecz przez wzgląd na pamięć ofiary, jakoś się przemogły. Zeznania dziewczynek pomogły w ujęciu pedofila, który rzecz jasna, nie przyznawał się do winy, aresztowano również ich rodzicelkę. 

  Są przestępstwa, dla których dożywocie to za mało. Kiedy krzywdzi się dziecko, prawo musi być bezwzględne i pedofil ani na sekundę nie powinien już opuścić murów więzienia. Tacy ludzie się nie zmieniają, ich żądze w zamknięciu przybierają tylko na sile, a przekonania o poprawie to mrzonki. Nie ma adekwatnej kary dla zwyrodnialca, który zabił i zgwałcił sześciolatkę, a jeszcze większe katusze należą się jego partnerce. Jak mogła pozwolić na wykorzystywanie własnych dzieci i ukrywać prawdę przed światem? Jak umiała przez dwa lata patrzeć w oczy rodzicom zamordowanej dziewczynki? Ta kobieta nie zasługuje na miano matki, a w moim odczuciu jej wina jest współmierna do występku jej "ukochanego" (w pewnych aspektach jest nawet większa). Matka, która kocha dzieci, da się za nie pokroić na kawałki, a nie wystawia je pedofilowi na pożarcie. 

  Po aresztowaniu, pedofilem zajęli się współwięźniowie i byliby go ukatrupuli w celi, gdyby nie pomoc strażników. Osadzona zaś matka próbowała popełnić samobójstwo, lecz też udało się temu zapobiec. Czyżby wyrzuty sumienia odezwały się po fakcie, a może to perspektywa lat spędzonych w kiciu tak mocno podziałała na kobietę? Nie mam do tych osobników odrobiny współczucia i żywię nadzieję, że los wynagrodzi ich krwawe czyny. Karta przewinien tej pary degeneratów jest niezmierzona i do końca swych dni winni pokutować za to, co zrobili (ciężkie roboty, głód, odosobnione cele). Tak, moralizuję, dobrze o tym wiem, ale nie mogę przejść obojętnie obok tak bestialskiego czynu. Nikt nie ma prawa dotykać dzieci.

  Najsmutniejsze jest to, że można było uniknąć śmierci małej dziewczynki. Kilka lat temu, w niejasnych okolicznościach, wypadł z balkonu trzyletni synek partnerki pedofila. Nie oskarżono wtedy nikogo, tylko uznano to za nieszczęśliwy wypadek, jednak w świetle niedawnych wydarzeń sprawa przybrała całkiem inną postać. Rodzice ofiary żądają ekshumacji zwłok trzylatka, gdyż wydaje się nieprawdopodobne, aby w jednym budynku dzieci spotykał podobny los. Ja nie mam wątpliwości, że chłopczyk także został wykorzystany i zamordowany przez swojego zboczonego opiekuna. Oby tym razem zgnił w więziennym piekle!

  Była sobie dziewczynka. Już nie będzie obchodzić urodzin, nie pójdzie więcej do przedszkola i nie przytuli się do mamy... Kiedy dorośli milczą, dzieci przeważnie cierpią...


zdjęcie- www.flickr.com

Bij się w pierś, matko!

by 18 maja
  Gdy sięgam pamięcią wstecz i przypominam sobie pierwszy poród i pobyt w szpitalu wraz z Gają, przed oczami mam siebie samą co chwila odciągającą mleko. To nie było piękne przeżycie i choć tyle się naczytałam i nasłuchałam o cudzie karmienia, nie miałam możliwości być jego częścią. Co więcej, dotknął mnie laktacyjny terror ze strony personelu szpitala i w podtekście dano mi do zrozumienia, że jestem gorszą matką. Zbliża się mój drugi poród, kolejna cesarka i jakkolwiek zdanie innych na temat takiej formy porodu spływa po mnie jak po kaczce (nie będę nikomu tłumaczyć, że zadecydowały o tym względy zdrowotne), to sprawa związana z karmieniem piersią spędza mi trochę sen z powiek. Wiele razy próbowano mi wmówić, że problem tkwi we mnie i powinnam się pozytywnie nastawić, a efekty same przyjdą, ale dla mnie to puste słowa. Gdyby sukces karmienia zależał od samopoczucia, to do dziś dzień nie odstawiłabym Gai od cycka. Nie dałam rady nie dlatego, że nie chciałam, lecz dlatego, że nie mogłam. To mała, aczkolwiek subtelna różnica.

  Rozumiem, że karmienie piersią jest najlepszą rzeczą, jaka może się przytrafić matce. Dużo bym dała za ten komfort, bo używanie laktatora nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy pod słońcem, jednak nie potrafiłam opanować sztuki karmienia. Córeczka nie umiała się przyssać do sutka, a jeśli to się zdarzyło, to wyłam z bólu, więc prawie natychmiast zrezygnowałam z naturalnego karmienia. Zamiast mleka nierzadko wychodziła mi krew, dlatego doszłam do wniosku, że nie ma sensu więcej się katować. I w tym momencie powinnam była dostać medyczne wsparcie, które pomogłoby mi przejść przez trudne chwile początków macierzyństwa. Niestety, nikt mi tego nie zapewnił, a między wierszami słyszałam opinie, że kiepska matka ze mnie, jeśli nie dbam o dobro dziecka. Niektóre pielęgniarki kpiły sobie wprost z mojego rozmiaru piersi i głośno się zastanawiały, jak to możliwe, że nie mogę sobie poradzić z laktacją, skoro mam tak duże piersi. A przecież w wypadku karmienia rozmiar nie ma żadnego znaczenia, często zaś bywa przeszkodą.

  Przez pierwszy miesiąc życia Gai byłam jak w amoku. Z każdej strony dobiegały mnie głosy o karmieniu naturalnym i wylałam z tego powodu wiele łez. Miałam trenować w domu, ale moje żałosne próby nie przynosiły efektów, więc rosło we mnie poczucie winy. Chodziłam spać z laktatorem u boku, by w środku nocy odciągać mleko i choć rano wyglądałam jak zombie skrzyżowane z czarownicą, nikogo nie obchodził stan mojej duszy. Fizycznie czułam się źle, psychicznie jeszcze gorzej, a kiedy widziałam uśmiechnięte mamy z dziećmi pijącymi mleko bezpośrednio z piersi, moje wyrzuty sumienia sięgały zenitu. Ja nie umiałam, zbyt szybko się poddałam i poszłam na łatwiznę, posiłkując się tym cholernym laktatorem. Idealne macierzyństwo, o którym tyle się nasłuchałam, runęło jak domek z kart, a kłopot z karmieniem naturalnym pozbawił je prawdziwej magii. Przed porodem wyobrażałam sobie sielankowy nastrój i Gaję przyssaną do piersi dumnej matki, natomiast życie brutalnie zweryfikowało te idylliczne wizje. Kiedy więc po pół roku karmienia moje zasoby mleka na dobre się wyczerpały, zwyczajnie odetchnęłam z ulgą.

  Dzisiaj, w przededniu drugiego porodu, jestem już przygotowana na laktacyjny terror. Wiem na pewno, że nastąpi powtórka z rozrywki i karmienie naturalne będzie znów poza moim zasięgiem, lecz tym razem nie posłucham tych, którzy stwierdzą, iż wybrakowana ze mnie matka. Laktator ponownie pójdzie w ruch i mam zamiar używać go do oporu, nawet jeśli narazi mnie to na krytyczne opinie. Moim ambitnym zamierzeniem jest przejść przez początki macierzyństwa z podniesioną głową, a nie na kolanach, jak było to w przypadku koszmaru debiutantki. Są matki, które zaraz po porodzie rezygnują z naturalnego karmienia, jako że mają do tego prawo i nikogo nie powinno to obchodzić. Chcę cieszyć się chwilami spędzonymi z moją małą córeczką, a nie katować się myślami o tym, że z powrotem dałam ciała. Naturalnie czy nie, Sara dostanie moje mleko, a to chyba w całym tym zamieszaniu jest najistotniejsze. Nie będę więcej bić się w pierś!



zdjęcie- www.yogayournal.it

Trudna miłość emigrantki

by 13 maja
  -Jakoś mało włoski ten twój blog- zauważył mój mąż, gdy streściłam mu kilka ostatnich ciążowych wpisów. Zastanowiłam się nad jego słowami, przemyślałam co nieco (czasem mi się zdarza) i... przyznałam mu rację! Faktycznie, mój blog, chociaż kojarzący się z Włochami, prawie wcale o Italii nie traktuje. Być może dlatego, że moje uczucia do tego kraju są ambiwalentne (uwielbiam to słowo), a sama Genua nie jest moim włoskim szczytem marzeń i nie widzę dookoła tego piękna, które miał mi zapewnić pobyt w Belpaese. Kocham Włochy, bo dały mi wszystko, co najpiękniejsze w życiu, ale też je przeklinam, ponieważ dużo mi odebrały. Z tego właśnie powodu skrzętnie omijam pisanie o urokach włoskiej ziemi, mimo że jest ich mnóstwo. Nie stałam się "włochofobką", tylko z mniejszym, niż kiedyś entuzjazem, patrzę na ten kraj. Z perpsektywy turysty to najwspanialsze miejsce na ziemi, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, natomiast mieszkanie tutaj wcale nie jest kolorowe. Jak wszędzie, tak i w Italii są problemy, które z mniejszym czy większym impetem, dotykają również nas. Jestem jednak szczęśliwa, a niedawno nawet doszło do mnie, że nie byłabym w stanie wrócić do kraju. Ja, pragnąca tego od dawna, nagle uświadomiłam sobie, że Włochy są moim przeznaczeniem. Na dobre i na złe, bo to kraj mojej córki (za chwilę córek).

  Italię wyśniłam sobie ponad dwadzieścia lat temu, kiedy byłam zakompleksioną, korpulentną i dosyć zbuntowaną nastolatką. Z niezwykłą mocą, jak na niepoprawną marzycielkę przystało, postanowiłam, że pewnego pięknego dnia zamieszkam w magicznych Włoszech. Nie snułam konkretnych planów, nie wiedziałam, ile będę czekać, lecz jednego byłam pewna- że dopnę swego. Udało mi się, w czym oczywiście zasługa Mystera Pi i Półwysep Apeniński stał się moim drugim domem. Co zabawne, nigdy nie przypuszczałam, że poślubię Makaroniarza, ponieważ Włosi stereotypowo wydawali mi się mało stateczni (delikatnie rzecz ujmując) w sprawach sercowych, ale trafił mi się wyjątek od reguły. Wszystko można powiedzieć o tatusiu Gai, wszakże nie to, że jest podrywaczem. Mój włoski mąż jest poważny i nie w głowie mu hulanki, a na inne kobiety zwyczajnie nie patrzy, zwłaszcza gdy żona jest blisko:). Często rozważam nad tym, jak to koleje losu okazały się dziwne, że pozwoliły nam się spotkać. Nie przyjechałam do męża od razu, musiało minąć dużo czasu, zanim zdecydowałam się na radykalne zmiany, niemniej ani przez moment nie żałowałam mej decyzji. Walczę z nostalgią, miewam ciężkie okresy i co drugi dzień mam ochotę pakować walizki, ale to jest naturalna konsekwencja emigracji. Czasem nie chce mi się wstawać z łóżka i nienawidzę z całej mocy mojego polskiego serca Italii, pomimo to kroczę dalej i staram się optymistycznie patrzeć w przyszłość. Włochy są moją wielką miłością, a takie uczucia przeważnie są bardzo trudne...

  Kocham Italię za gwar, różnorodność i za to, że jest nieprzewidywalna. Zachwycam się włoskimi barami, gdzie od rana zbierają się ludzie, by pogadać, wypić cappuccino i zjeść pyszne cornetti. Przyzwyczaiłam się do siesty i odkąd jestem tutaj, w końcu przestałam nosić zegarek. Uwielbiam spacerować na morskich deptakach i czuć jedyny w swoim rodzaju klimat. Włoskie jedzenie to niebo w gębie, a melodyjność włoskiego języka nie ma sobie równych. Jednakowoż nienawidzę Italię, gdy jadę autem i muszę siedzieć, jak na szpilkach, aby nie zwariować (powiedzieć, że kierowcy szaleją, to eufemizm). Nie znoszę załatwiać spraw w urzędach, bowiem przepisy są tu absurdalne i powodują moją wściekłość i rozdrażenie. Nie lubię Włoch, jako że mieszkańcy rzadko stosują się do panujących przepisów i palą mi prosto w twarz. Wreszcie, nie przepadam za Genueńczykami, ponieważ są zamknięci i akceptują przyjezdnych dopiero po bardzo długim czasie (nie mylić z turystami, którzy zostawiają ojro, więc zawsze są mile widziani). Daleko im do otwartości innych mieszkańców półwyspu i dlatego też ciężko znaleźć mi z nimi wspólny język. Płakać mi się chce, gdy muszę wchodzić po schodach i wszędzie mam wiecznie pod górkę. Piękno Genui nie podlega dyskusji i polecam każdemu odwiedzić Ligurię, ale moja Genua nie tylko jest usłana różami. To wyboista droga, pełna gruzu i piasku, a czasem nawet i kolców, które niepostrzeżenie wbijają mi się w duszę. Kocham i nienawidzę Włochy zarazem, lecz najważniejsze jest to, że jestem tutaj szczęśliwa. Bo moja Italia pozwoliła mi uwierzyć w moc marzeń, radości i niewyobrażalnej wręcz miłości, a tego żadną miarą nie da się przecenić!



zdjęcie- www.hotelbristol.it

Na finiszu, czyli ciążowy beznadziejnik

by 06 maja
  Nóg nie czuję, a brzuch coraz bardziej mi ciąży, jak to w ciąży. To już ostatni miesiąc i jestem pewna, że będzie on naprawdę wyskokowy i zafunduje mi kolejną huśtawkę nastrojów. Cały czas mam w podświadomości słowa, o których zresztą ciągle ktoś mi przypomina, że ciąża to nie choroba, ale do cholery, normalny stan to nie jest. Nie funkcjonuję tak samo, moje ciało nieustannie się buntuje, a ja chodzę nabuzowana niczym uczeń przed maturą. To, co do tej pory, było prostą czynnością, okazało się barierą nie do przeskoczenia i najchętniej pół dnia przeleżałabym na kanapie, taka ze mnie aktywna ciężarna. Na domiar tego wiecznie słyszę uwagi na temat roszczeniowej postawy kobiet w ciąży, ich wstydliwej rozpasłości i brzucha w ogóle, jakby był on czemuś winien. A ja się ani o nic nie proszę, ani też niczego nie żądam, może poza tym, żeby ludzie byli trochę bardziej wrażliwi. Bo im głębiej brnę w ciążę, tym więcej ekspertów wokół widzę i mocno się wkurzam, słysząc głosy sprawiedliwych. Dobrze, że do rozwiązania bliżej niż dalej i za niedługo mój brzuch przestanie być w centrum chorego zainteresowania. A tymczasem przedstawiam moją subiektywną listę zagadnień niepożądanych, których lepiej nie zadawać kobiecie w zaawansowanej ciąży (inaczej istnieje groźba pokąszenia wścibskich zainteresowanych):

1. Ale masz wielki brzuch, gdzieś ty się uchowała?

  Ciążowe brzuchy mają to do siebie, że są duże, czasem i ogromne, zwłaszcza w końcowych miesiącach. Nietaktem jest zatem pytać ciężarną, skąd u niej taki brzuch, ponieważ to chyba logiczne. Dziecko rośnie, rozwija się, waży niemało, sama zaś matka, gdy zadaje jej się to niewinne z pozoru pytanie, czuje się jak wieloryb. W ciąży ciało się zmienia, zaś brzuch systematycznie powiększa swoją objętość, w końcu tli się w nas nowe życie. Niedalej jak wczoraj byłam w moim ulubionym warzywniaku i jego właściciel, którego żona również jest w dziewiątym miesiącu ciąży, od razu zaczął porównywać mnie z nią:

-Niemożliwe- powiedział- masz o wiele większy brzuch od mojej żoneczki. Co tym tam w środku chowasz, dynię?

No tak, już starożytni Rzymianie wiedzieli, że każda ciężarna musi mieć identycznych rozmiarów brzuch!

2. Kiedy zamierzasz schudnąć?

  Jeszcze kobieta nie urodziła, jeszcze ciąży nie donosiła, a zewsząd słyszy głosy o tym, by po rozwiązaniu natychmiast wzięła się za siebie i odzyskała utraconą sylwetkę! A dajcie mi wszyscy święty spokój, powrót do formy jest ostatnią rzeczą, o której teraz myślę. Wiem, że media karmią nas idealnymi matkami w nienagannych makijażach i figurami modelek, ale ja nie z takich. Nie mam osobistego trenera, dietetyka i milionów dolarów na koncie, więc w kilka dni po porodzie nie będę wyglądać jak ten milion dolarów właśnie, tylko jak trzy ćwierci do śmierci. Priorytetem będzie dla mnie moja mała Sara, a nie katowanie się z Chodakowską. 

3. Jak tam rozstępy, chyba ich nie masz?

   A mam i to niemało! Nie tryskam przez to entuzjazmem, niemniej podchodzę do sprawy zdroworozsądkowo. Rozstępy są naturalną kosnekwencją powiększającego się brzucha i nie ma co robić z nich tragedii. Pojawiły się, to i znikną, jak to miało miejsce podczas poprzedniej ciąży. Nie płaczę spoglądając na nie, używam kremów i nie zawracam sobie nimi zbytnio głowy. Na szczęście dostępu do nich nie ma cały świat!

4. Do trzech razy sztuka, czyli kiedy następne?

  Na wiadomość o tym, że ponownie zostaniemy rodzicami dziewczynki, niektórzy zaregowali histerycznie. Teraz czas na syna, na pewno wam się uda, przekonywali nas, patrząc na mój ciążowy brzuch i nie rozumiejąc tego, że nie mamy potrzeby posiadania trzeciego dziecka, koniecznie płci męskiej. Bardzo się cieszymy, że będziemy mieć drugą córkę (tak samo byśmy byli szczęśliwi, gdyby miał nam urodzić się syn) i nasza rodzina bez męskiego potomka jakoś sobie poradzi. Dzieci kocha się bez względu na płeć, a posiadanie uroczej parki nie dla każdego jest szczytem marzeń. Dajcie kobietom odetchnąć, bo może jej ciążowy limit w drugiej ciąży się wyczerpał?

5. Kiedy wracasz do pracy? Przecież siedzenie w domu to obciach!

  Posiadanie dzieci nie ogranicza, a ciąża nie oznacza, że kobiecie zlasował się mózg. Odkąd przyjechałam do Włoch, nie pracuję, jako że dla mojego męża świadomie zrezygnowałam z etatu. Nie żałuję tego i nie mam poczucia, że się nie spełniam, aczkolwiek nie ukrywam, iż w nieokreślonej przyszłości chciałabym znowu być aktywna zawodowo. Niejednokrotnie słyszałam głosy o tym, że siedzienie w domu nie przystoi kobiecie i jest czymś gorszym, lecz w moim przypadku było akurat zupełnie na odwrót. Urodzenie Gai mnie wzbogaciło i poszerzyło moje horyzonty i nigdy nie miałam kompleksów z tego powodu, że się nią zajęłam. Nie ma sensu wmawiać matkom, że nie mają ambicji, siedząc w domu. Na wszystko przyjdzie właściwa pora.








zdjęcie- www.donnaclick.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.