Macierzyństwo Hard Level

by 27 lipca
  Przeglądając ostatnio internety, doszłam do wniosku, że dla wielu kobiet macierzyństwo jest naprawdę ciężkie do udźwignięcia. Zewsząd zalewają mnie złote myśli o tym, jak to w dzisiejszych czasach trudno być matką, a siedzenie w domu z dzieckiem powoduje mniej więcej tyle, że biedne mamuśki kretynieją. Bo co za życie może mieć kobiecina, która tylko tapla się w pieluchach, zajmuje się karmieniem i ani myśli zainwestować w siebie? Jak nic z matek współczesne troglodytki, zatem należy im współczuć, współczuć i jeszcze raz współczuć. W końcu co druga mama chciałaby wysłać swoje pociechy na Marsa i wreszcie odpocząć, przynajmniej taki obraz wyłania się po lekturze kilku artykułów znalezionych w necie.

  Macierzyństwo to nie droga usłana różami, o tym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Bycie matką, mimo że dostarcza niesamowitych wrażeń i tysiące emocji każdego dnia, ma też i ciemniejszą stronę. Kiedy urodziła się Gaja, często byłam, jak to się brzydko mówi, w czarnej dupie. Nie miałam żadnej pomocy, do wszystkiego musiałam dojść sama i wiele razy dziwiłam się, jak mały człowiek jest w stanie wywrócić dzień do góry nogami. Dostałam porządną lekcję od losu i chociaż bywały momenty zwątpienia, nigdy nie przyszło mi na myśl, że to wina mojego dziecka. Nie płakałam, nie żaliłam się światu, jak dużo straciłam, gdyż nic takiego się nie stało. Niektóre rzeczy uległy co prawda zmianie i moja nieograniczona do tej pory wolność mocno się nadszarpnęła, ale nie zamierzałam z tego powodu robić z siebie męczennicy. Na macierzyństwo decydowałam się świadomie, więc dobrze wiedziałam, na co się porywam. I nie dla mnie laurki ani gadki o poświęceniu, bo- umówmy się- wychowywanie to dla matki żadna ofiara. A krzyków o tym, że się poświęciło dla dobra dziecka zostając z nim w domu, nie lubię najbardziej. 

  Moja starsza córeczka nie budzi się o piątej rano, tylko gdzieś koło ósmej, do młodszej zaś wstaję w nocy na karmienie. Nie potrzebuję o świcie hektolitrów kawy, nie jestem przemęczona i mam czas wyłącznie dla siebie. Czytam książki, piszę, a kiedy Gaja ciągnie mnie za rękaw, bo chce ze mną pograć, odkładam laptop na bok i świetnie się bawimy. Rysujemy, układamy puzzle, w międzyczasie zajmuję się Sarą, gotuję obiad, sprzątam i nie wydaje mi się, bym robiła coś ponad moje siły. Gaja jest małą psotnicą i gdy chcę odpocząć, puszczam jej bajki, jako że chwila wytchnienia każdemu się należy. Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale z dwójką dzieci jest po prostu łatwiej, ponieważ można opierać się na doświadczeniu i nie popełniać więcej tych samych błędów. Mózg mi się nie zlasował i nie trzeba się nade mną litować, gdyż o to nie zabiegam. Owszem, moje potrzeby spadły na drugi plan, lecz nie znaczy to, że jest mi z tym źle. 

  Macierzyństwo to niezwykła przygoda. Dzieci mnie wzbogaciły, dzięki nim stałam się silniejsza. Nie jestem matką cierpiętnicą, która na każdym kroku przeprasza, że żyje i wstydzi się swego statusu prostej kury domowej. Mam pragnienia oraz cele i w przyszłości zamierzam je zrealizować. Jestem szczęśliwa, a moje córeczki są dla mnie wszystkim. Rodziny moje i męża są daleko, więc siłą rzeczy jesteśmy skazani tylko na siebie. Nie możemy zostawić dzieci u babci, gdy mamy coś do załatwienia na mieście, a zwykły seans kinowy jest poza naszym zasięgiem. Nie oznacza to jednak, że życie przecieka nam między palcami i nic więcej nas już nie czeka. Priorytetem są nasze córki, o czym mówimy bez żalu. Nie wierzcie tym, według których dzieci są jedynie kulą u nogi, bo zwyczajnie chrzanią, dobrze o tym wiem.


zdjęcie- www.mammafelice.it

Smutniejemy, głupiejemy, smartfonujemy

by 22 lipca
  Nie lubię komórek. Oprócz dzwonienia do niczego więcej mi nie służą i bardzo się z tego powodu cieszę. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce, wysyłałam dużo sms-ów, teraz zaś nienawidzę tego robić. Mam starego Samsunga i nie mam zamiaru zamieniać go na lepszy model, no chyba że w końcu wysiądzie. Mój mąż również posiada przedpotopową komórkę, z której śmieją się jego znajomi z pracy, ale wcale go to nie dotyka. Patrząc na nasze telefony, można wysnuć śmiałą hipotezę, że z nas para starych zgredów, bo nie idziemy z duchem czasu i nie podniecamy się cudami współczesnej techniki. No cóż, naszym zdaniem nic nie tracimy.

  Smutniejemy. Wokół siebie widzę ludzi wgapionych w smartfony, piszących coś zawzięcie na klawiaturze, serwujących po necie, łapiących Pokemony, czy co tam jeszcze. Rozmawiamy coraz rzadziej, nie zwracamy uwagi na drugiego człowieka, gdyż jedyne, co nam do pełni szczęścia potrzebne, to najnowszy model super komórki. Ostatnio często bywam w szpitalu i ze zdumieniem przyglądam się fenomenowi "spuszczonych głów". Gdzie się podziały czasy, gdy plotkowało się z nieznajomymi w poczekalni przychodni lub na przystanku autobusowym? Odpłynęły w siną dal, ponieważ dzisiaj większość wybiera towarzystwo swojego smartfona.

 Głupiejemy. Nie tak całkiem dawno temu robiłam sobie niezliczoną ilość selfie, które potem wrzucałam na fejsa. Przestałam dopiero wtedy, gdy zauważyłam, że się od tego uzależniłam. Usunęłam prawie wszystkie zdjęcia, zaczęłam się kontrolować i poczułam się o wiele lepiej. Nie musiałam już szukać idealnie dobranego kadru, próbować naśladować uśmiech Mona Lisy i straszyć znajomych pseudo-uwodzicielskimi spojrzeniami. Moda na selfie ewoluowała i zwykłe zdjęcia na nikim nie robią już żadnego wrażenia. Fotki z cmentarza, z sypialni, nad przepaścią czy z samego szczytu drapacza chmur pokazały, jak niebezpiecznym zjawiskiem może być zwykła fotka. Dlatego cieszę się, że w porę się otrząsnęłam, bo mogłabym kompletnie skretynieć, a tego jednak wolałabym uniknąć.

  Nie lubię komórek, to prawda, lecz nie oznacza to, że nie doceniam ich wkładu w nasze życie. Po prostu bez telefonu nie czuję się jak bez ręki, a w miejscach publicznych go wyłączam. Wolę przyglądać się światu i kontemplować miejskie uroki, a nawet patrzeć ludziom w oczy, ot tak, dla przyjemności. Tego właśnie życzę tym, którzy bez smartfona nie potrafią funkcjonować- aby schowali go do kieszeni i zobaczyli to, co dzień po dniu tracą. I kiedy piszę te słowa, to mam przed oczami wymowną scenę z domu mojego męża, gdy byliśmy tam na święta. Jego dwie kuzynki przyszły do nas w odwiedziny i przez dwie godziny nie wypuszczały z rąk komórek. Nie zamieniły ze mną ani słowa i moja obecność spłynęła po nich jak po kaczce, co nie przeszkadzało im wylewnie się ze mną pożegnać. Miło było cię poznać- powiedziały- naprawdę świetnie się bawiłyśmy. Gdyby nie smartfony, wytrzymałyby tylko piętnaście minut.


zdjęcie- www.mobile.excite.it

Narodziny Sary, podwójne kłopoty i wstawiennictwo teściowej

by 15 lipca
  To już ponad miesiąc, odkąd zostałam ponownie mamą i przez ten czas wydarzyło się trochę w naszym życiu. Sara przyszła na świat przez cesarskie cięcie, które przebiegło bez żadnych komplikacji, ale pod względem emocjonalnym okazało się naprawdę ciężkie. Dość powiedzieć, że przed narkozą noga tak mi latała ze strachu, iż będąca bardzo słusznej budowy pielęgniarka musiała się na mnie zwalić, żebym przestała się trząść. Kiedy się uspokoiłam, lekarze przystąpili do akcji i po kilkunastu minutach usłyszałam upragniony płacz, a chwilę później zobaczyłam moją córeczkę, wydzierającą się z całą mocą swych malutkich płuc. Pomyślałam sobie wtedy, że nie ma nic piękniejszego od krzyku noworodka i odetchnęłam z ulgą, że wszystko poszło jak z płatka. A potem mogłam wreszcie cieszyć się obecnością Sary, tęsknić za Gają i liczyć minuty do wyjścia ze szpitala.

  Znów nie udało mi się karmić piersią, lecz tym razem ominął mnie laktacyjny terror i nikt nie wyrażał oburzenia z powodu tego, że odciągam mleko. Co więcej, położna na widok moich piersi (a raczej sutków) stwierdziła, że mam sobie dać spokój z próbami naturalnego karmienia, bo z tej mąki i tak chleba nie będzie. Korzystam zatem z pomocy laktatora i to bez wyrzutów sumienia, które trapiły mnie przy narodzinach Gai. Sara pije mleko z butelki, rośnie jak na drożdżach, a ja w końcu nie czuję tej narastającej i niemożliwej do zniesienia presji. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, iż dręczyłam się tym nieustannie. Dzisiaj wiem, że niepotrzebnie.

  Tymczasem kilkanaście dni od porodu zaczęły się pierwsze kłopoty.  Nie wiem, jak to się stało, ale zainfekowała się moja blizna po cesarce i chyba nic gorszego przytrafić mi się nie mogło. Co dwa dni muszę stawiać się w szpitalu, gdzie odkażają mi bliznę, biorę silne zastrzyki w wiadome miejsce i nieco potrwa, zanim rana się zagoi. Jestem wściekła na siebie, że dopuściłam do infekcji, chociaż doktor uważa, że to nie moja wina. Ból towarzyszący mi przez pierwszy tydzień po zakażeniu był nie do wytrzymania, a zmiana opatrunków całkowicie mnie załamała. Gdyby nie pomoc męża, nic bym nie zdziałała, bo nie umiem patrzyć na takie rzeczy. Na domiar złego okazało się, że u Sary, tak samo jak u Gai, zdiagnozowano dysplazję stawu biodrowego i widmo miesięcznego pobytu w szpitalu krążyło nad nami niczym kruki nad łanem zboża. Dysplazja Sary nie jest jednak tak poważna, jak u starszej siostry, więc miałam nadzieję, że obędzie się bez hospitalizacji. Wczoraj mieliśmy rozstrzygające spotkanie z ortopedą, który zdecydowanie stwierdził, że pobyt w szpitalu nie jest konieczny. Sara co prawda musi nosić specjalne majtki ortopedyczne, lecz to nic w porównaniu z gipsem na obu nóżkach. Oby bioderko unormowało się jak najszybciej!

  Nasze problemy spowodowały mniej więcej tyle, że teściowa zmobilizowała się do szybkiego przyjazdu. Swojej licznej rodzinie jako powód wizyty podała moją nieporadność, a nie sprawy zdrowotne. Teraz wszyscy krewni ze strony męża są przekonani, że nie radzę sobie z dwójką dzieci, w domu mam wieczny burdel i nic nie gotuję. A prawda jest taka, że podwójne macierzyństwo wcale nie jest ciężkie, przynajmniej dla mnie. Oczywiście trzeba się napracować i mieć oczy naokoło głowy, niemniej jeśli ma się wprawę, można sobie zorganizować rozkład dnia tak, by niczego nie zawalić. W oczach rodziny zaś po raz kolejny wyszłam na pierdołę tylko dlatego, że mamusia Mystera Pi ma niemałe skłonności do konfabulacji. Poza tym jest osobą bardzo wierzącą (rzekłabym nawet, że dewotką) i za każdym razem przywozi nam symbole religijne, które rozstawia po mieszkaniu. Dzisiaj przed południem, kiedy piłam spokojnie kawę, podeszła do mnie cała w skowronkach i przekazała mi nowy obrazek:

-To święta Rita Od Spraw Beznadziejnych- wytłumaczyła- zobaczysz, że nic złego już was nie spotka.

  Gdy to powiedziała, zadzwonił domofon. Przyjechał kurier z Urzędu Miasta i wręczył mi dwa mandaty za parkowanie w niedozwolonym miejscu (kto był w Genui, ten wie, że znaleźć tutaj parking graniczy z cudem). Na dzień dobry dostaliśmy 150 euro do zapłaty i jak widać, wstawiennictwo teściowej za pośrednictwem świętej Rity do niczego się nie przydało. 

-Nic to- stwierdziła- są inni święci!

No przecież! Jeśli za niedługo nie oszaleję, to na pewno zostanę świętą...

  

Witaj Saro- tak przedszkolaki przywitały siostrę Gai :).
Obsługiwane przez usługę Blogger.