Macierzyństwo Hard Level

  Przeglądając ostatnio internety, doszłam do wniosku, że dla wielu kobiet macierzyństwo jest naprawdę ciężkie do udźwignięcia. Zewsząd zalewają mnie złote myśli o tym, jak to w dzisiejszych czasach trudno być matką, a siedzenie w domu z dzieckiem powoduje mniej więcej tyle, że biedne mamuśki kretynieją. Bo co za życie może mieć kobiecina, która tylko tapla się w pieluchach, zajmuje się karmieniem i ani myśli zainwestować w siebie? Jak nic z matek współczesne troglodytki, zatem należy im współczuć, współczuć i jeszcze raz współczuć. W końcu co druga mama chciałaby wysłać swoje pociechy na Marsa i wreszcie odpocząć, przynajmniej taki obraz wyłania się po lekturze kilku artykułów znalezionych w necie.

  Macierzyństwo to nie droga usłana różami, o tym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Bycie matką, mimo że dostarcza niesamowitych wrażeń i tysiące emocji każdego dnia, ma też i ciemniejszą stronę. Kiedy urodziła się Gaja, często byłam, jak to się brzydko mówi, w czarnej dupie. Nie miałam żadnej pomocy, do wszystkiego musiałam dojść sama i wiele razy dziwiłam się, jak mały człowiek jest w stanie wywrócić dzień do góry nogami. Dostałam porządną lekcję od losu i chociaż bywały momenty zwątpienia, nigdy nie przyszło mi na myśl, że to wina mojego dziecka. Nie płakałam, nie żaliłam się światu, jak dużo straciłam, gdyż nic takiego się nie stało. Niektóre rzeczy uległy co prawda zmianie i moja nieograniczona do tej pory wolność mocno się nadszarpnęła, ale nie zamierzałam z tego powodu robić z siebie męczennicy. Na macierzyństwo decydowałam się świadomie, więc dobrze wiedziałam, na co się porywam. I nie dla mnie laurki ani gadki o poświęceniu, bo- umówmy się- wychowywanie to dla matki żadna ofiara. A krzyków o tym, że się poświęciło dla dobra dziecka zostając z nim w domu, nie lubię najbardziej. 

  Moja starsza córeczka nie budzi się o piątej rano, tylko gdzieś koło ósmej, do młodszej zaś wstaję w nocy na karmienie. Nie potrzebuję o świcie hektolitrów kawy, nie jestem przemęczona i mam czas wyłącznie dla siebie. Czytam książki, piszę, a kiedy Gaja ciągnie mnie za rękaw, bo chce ze mną pograć, odkładam laptop na bok i świetnie się bawimy. Rysujemy, układamy puzzle, w międzyczasie zajmuję się Sarą, gotuję obiad, sprzątam i nie wydaje mi się, bym robiła coś ponad moje siły. Gaja jest małą psotnicą i gdy chcę odpocząć, puszczam jej bajki, jako że chwila wytchnienia każdemu się należy. Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale z dwójką dzieci jest po prostu łatwiej, ponieważ można opierać się na doświadczeniu i nie popełniać więcej tych samych błędów. Mózg mi się nie zlasował i nie trzeba się nade mną litować, gdyż o to nie zabiegam. Owszem, moje potrzeby spadły na drugi plan, lecz nie znaczy to, że jest mi z tym źle. 

  Macierzyństwo to niezwykła przygoda. Dzieci mnie wzbogaciły, dzięki nim stałam się silniejsza. Nie jestem matką cierpiętnicą, która na każdym kroku przeprasza, że żyje i wstydzi się swego statusu prostej kury domowej. Mam pragnienia oraz cele i w przyszłości zamierzam je zrealizować. Jestem szczęśliwa, a moje córeczki są dla mnie wszystkim. Rodziny moje i męża są daleko, więc siłą rzeczy jesteśmy skazani tylko na siebie. Nie możemy zostawić dzieci u babci, gdy mamy coś do załatwienia na mieście, a zwykły seans kinowy jest poza naszym zasięgiem. Nie oznacza to jednak, że życie przecieka nam między palcami i nic więcej nas już nie czeka. Priorytetem są nasze córki, o czym mówimy bez żalu. Nie wierzcie tym, według których dzieci są jedynie kulą u nogi, bo zwyczajnie chrzanią, dobrze o tym wiem.


zdjęcie- www.mammafelice.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.