Narodziny Sary, podwójne kłopoty i wstawiennictwo teściowej

  To już ponad miesiąc, odkąd zostałam ponownie mamą i przez ten czas wydarzyło się trochę w naszym życiu. Sara przyszła na świat przez cesarskie cięcie, które przebiegło bez żadnych komplikacji, ale pod względem emocjonalnym okazało się naprawdę ciężkie. Dość powiedzieć, że przed narkozą noga tak mi latała ze strachu, iż będąca bardzo słusznej budowy pielęgniarka musiała się na mnie zwalić, żebym przestała się trząść. Kiedy się uspokoiłam, lekarze przystąpili do akcji i po kilkunastu minutach usłyszałam upragniony płacz, a chwilę później zobaczyłam moją córeczkę, wydzierającą się z całą mocą swych malutkich płuc. Pomyślałam sobie wtedy, że nie ma nic piękniejszego od krzyku noworodka i odetchnęłam z ulgą, że wszystko poszło jak z płatka. A potem mogłam wreszcie cieszyć się obecnością Sary, tęsknić za Gają i liczyć minuty do wyjścia ze szpitala.

  Znów nie udało mi się karmić piersią, lecz tym razem ominął mnie laktacyjny terror i nikt nie wyrażał oburzenia z powodu tego, że odciągam mleko. Co więcej, położna na widok moich piersi (a raczej sutków) stwierdziła, że mam sobie dać spokój z próbami naturalnego karmienia, bo z tej mąki i tak chleba nie będzie. Korzystam zatem z pomocy laktatora i to bez wyrzutów sumienia, które trapiły mnie przy narodzinach Gai. Sara pije mleko z butelki, rośnie jak na drożdżach, a ja w końcu nie czuję tej narastającej i niemożliwej do zniesienia presji. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, iż dręczyłam się tym nieustannie. Dzisiaj wiem, że niepotrzebnie.

  Tymczasem kilkanaście dni od porodu zaczęły się pierwsze kłopoty.  Nie wiem, jak to się stało, ale zainfekowała się moja blizna po cesarce i chyba nic gorszego przytrafić mi się nie mogło. Co dwa dni muszę stawiać się w szpitalu, gdzie odkażają mi bliznę, biorę silne zastrzyki w wiadome miejsce i nieco potrwa, zanim rana się zagoi. Jestem wściekła na siebie, że dopuściłam do infekcji, chociaż doktor uważa, że to nie moja wina. Ból towarzyszący mi przez pierwszy tydzień po zakażeniu był nie do wytrzymania, a zmiana opatrunków całkowicie mnie załamała. Gdyby nie pomoc męża, nic bym nie zdziałała, bo nie umiem patrzyć na takie rzeczy. Na domiar złego okazało się, że u Sary, tak samo jak u Gai, zdiagnozowano dysplazję stawu biodrowego i widmo miesięcznego pobytu w szpitalu krążyło nad nami niczym kruki nad łanem zboża. Dysplazja Sary nie jest jednak tak poważna, jak u starszej siostry, więc miałam nadzieję, że obędzie się bez hospitalizacji. Wczoraj mieliśmy rozstrzygające spotkanie z ortopedą, który zdecydowanie stwierdził, że pobyt w szpitalu nie jest konieczny. Sara co prawda musi nosić specjalne majtki ortopedyczne, lecz to nic w porównaniu z gipsem na obu nóżkach. Oby bioderko unormowało się jak najszybciej!

  Nasze problemy spowodowały mniej więcej tyle, że teściowa zmobilizowała się do szybkiego przyjazdu. Swojej licznej rodzinie jako powód wizyty podała moją nieporadność, a nie sprawy zdrowotne. Teraz wszyscy krewni ze strony męża są przekonani, że nie radzę sobie z dwójką dzieci, w domu mam wieczny burdel i nic nie gotuję. A prawda jest taka, że podwójne macierzyństwo wcale nie jest ciężkie, przynajmniej dla mnie. Oczywiście trzeba się napracować i mieć oczy naokoło głowy, niemniej jeśli ma się wprawę, można sobie zorganizować rozkład dnia tak, by niczego nie zawalić. W oczach rodziny zaś po raz kolejny wyszłam na pierdołę tylko dlatego, że mamusia Mystera Pi ma niemałe skłonności do konfabulacji. Poza tym jest osobą bardzo wierzącą (rzekłabym nawet, że dewotką) i za każdym razem przywozi nam symbole religijne, które rozstawia po mieszkaniu. Dzisiaj przed południem, kiedy piłam spokojnie kawę, podeszła do mnie cała w skowronkach i przekazała mi nowy obrazek:

-To święta Rita Od Spraw Beznadziejnych- wytłumaczyła- zobaczysz, że nic złego już was nie spotka.

  Gdy to powiedziała, zadzwonił domofon. Przyjechał kurier z Urzędu Miasta i wręczył mi dwa mandaty za parkowanie w niedozwolonym miejscu (kto był w Genui, ten wie, że znaleźć tutaj parking graniczy z cudem). Na dzień dobry dostaliśmy 150 euro do zapłaty i jak widać, wstawiennictwo teściowej za pośrednictwem świętej Rity do niczego się nie przydało. 

-Nic to- stwierdziła- są inni święci!

No przecież! Jeśli za niedługo nie oszaleję, to na pewno zostanę świętą...

  

Witaj Saro- tak przedszkolaki przywitały siostrę Gai :).
Obsługiwane przez usługę Blogger.