Był sobie blog

by 31 sierpnia
  Pewnego dnia, a było to dzisiaj rano, dowiedziałam się, że 31-go sierpnia obchodzony jest Dzień Blogera. Moją pierwszą reakcją na to wydarzenie był śmiech. Bo jakże tak, Dzień Blogera, a tu ani życzeń, ani prezentów, słowem- do diaska z takim dniem. Zresztą, kogo obchodzą blogerzy? Nie będzie o tym w wiadomościach i nawet dzień wolny od pracy nikomu nie przysługuje. Po co więc komu święto, którego nie może porządnie oblać?

  Oczywiście żartuję! Już wielokrotnie wspominałam, że do blogowania nie podchodzę poważnie i nawet nie lubię nazywać siebie blogerką. Zaczęłam pisać z nudów, blog miał być dla mnie odskocznią od rutyny i niczym więcej, a stał się stylem życia. To dzięki blogowaniu nie zwariowałam na tej mojej trudnej emigracji, dzięki blogowaniu odkurzyłam zakurzoną pasję, jaką było wymyślanie opowiadań, no i przede wszystkim poznałam dużo fantastycznych osób, z którymi utrzymuję wirtualny kontakt i które utwierdzają mnie w przekonaniu, że tworzenie bloga ma sens.

  Na początku blogowałam poniekąd w tajemnicy. Nikt nie wiedział, że mam bloga, powiedziałam o tym jedynie mężowi. Dopiero ponad rok po założeniu strony stworzyłam fanpage i przestałam się ukrywać przed miastem i światem. Blogowanie to przecież nie powód do wstydu, a wręcz przeciwnie. To coś, co sprawia mi (nadal) dziką przyjemność, dlaczego zatem miałabym się tym nie dzielić? Bierzcie, ile chcecie, czytajcie, ile wlezie, w końcu nie piszę dla siebie. Nie przeszkadza mi już to, że jakiś znajomy przeczyta mój wpis i będzie zdegustowany jego treścią. Pobyt we Włoszech i życie u boku Włocha wydobyły ze mnie głęboko skrywane pokłady luzactwa.

  Nie istnieją dla mnie podziały w blogosferze i do każdego blogera podchodzę z takim samym szacunkiem. Nie zazdroszczę sławom, nie biję im pokłonów, chociaż doceniam wirtuozerię i piękny styl pisania niektórych blogujących mam. Nie lubię afer i traktowania ludzi z góry, a zadzierających wirtualnego nosa omijam szerokim łukiem. Nie patrzę na blogi przez pryzmat współprac i nic mnie nie obchodzi, kto i ile na nich zarabia. Wiem, że w kręgach mój blog uchodzi za mało profesjonalny, lecz nie za bardzo się takimi opiniami przejmuję. Ciągle piszę i jeszcze nie zwariowałam, co uważam za niewątpliwy blogerski sukces. Być może przejdę kiedyś na własną domenę i zrobię sobie zakładkę "współpraca", ale na razie jest dobrze tak jak jest.

  Mój blog zmienia się wraz ze mną, to naturalne. Nie piszę tylko o byciu mamą, chociaż w pierwszym etapie blogowania to był temat przewodni. Są jednak sprawy, których nigdy nie poruszę na blogu, bo nie mam do tego odpowiednich predyspozycji (i chęci):

-wpisy z cyklu DIY. Nie i koniec, nawet gdyby mi za to zapłacili. Jestem totalnym beztalenciem i nie umiem tworzyć cudów z kartonów, puszek, czy butelek. Nie umiem i już, a poza tym nie mam do tego cienia cierpliwości. 

-przepisy kulinarne. Nie jest tajemnicą, że nie lubię gotować i że kucharka ze mnie marna. Parę osób zasugerowało mi, abym na blog wrzuciła przepisy z włoskiej kuchni, lecz to poroniony pomysł. Co miałabym napisać? Wrzuć makaron do garnka, ugotuj go, odcedź i dodaj pesto- to raczej nie przysporzy mi popularności i nie zagrozi blogerkom kulinarnym. 

-recenzje gadżetów i książek. Już w szkole nudziło mnie pisanie recenzji, więc nie wyobrażam sobie pisać o pieluszkach lub śliniakach (aczkolwiek o używaniu laktatora mogłabym ułożyć niezły elaborat). Wolę poczytać recenzje książek u moich ulubionych blogerek, tak dla mnie lepiej i o wiele bezpieczniej.

-zdjęcia Gai i Sary. Moje córeczki będę trzymała z dala od komputera do 16-go roku ich życia (akurat, już widzę ten bunt). Męża natomiast nie ukrywam, bo jest dorosły i wyraził zgodę na publikowanie jego wizerunku (no patrzcie go).

Sami widzicie, że moje wypociny to nic ciekawego.

  A koleżankom i kolegom po fachu życzę nieustającej satysfakcji z blogowania! Pozdrawiam wszystkie blogowe bratnie dusze (a jest ich naprawdę sporo)!



             zdjęcie- www.blablamarketing.it
  

Mamo, nie pal!

by 24 sierpnia
  Są rzeczy, które niezmiennie mnie szokują. Staram się nie oceniać ludzi po pozorach, czy na podstawie jednej sytuacji, lecz istnieją wyjątki od tej reguły. Taki właśnie wyjątek zdarzył się kilka dni temu, gdy udałam się na ostatnią kontrolę ginekologiczną mojej cesarskiej blizny. Wchodziłam do szpitala i prawie zderzyłam się z kobietą w zaawansowanej ciąży, która biegła, ile sił w nogach, na spotkanie swojego mężczyzny. Ależ ona musi go kochać- pomyślałam widząc ten szalony bieg i podziwiając w duchu kondycję przyszłej mamy. Jednak szczęka opadła mi z wrażenia, kiedy zrozumiałam, co było przyczyną wysiłku przyszłej mamy.

-Daj mi papierosa- przywitała ciężarna męża, szybko uwalniając się z jego objęć- muszę zapalić, dłużej nie wytrzymam!

  Wiecie, nigdy nie paliłam, więc nie mam pojęcia, co to znaczy być w szponach nałogu. Jestem w stanie zrozumieć, że ciężko jest powstrzymać się od sięgnięcia po papieros, zwłaszcza jeśli się pali przez pół życia. Nie każdy ma silny charakter i da radę zerwać z nałogiem, ten argument też do mnie przemawia. Nie mogę natomiast ogarnąć, jak można świadomie narażać na niebezpieczeństwo własne dziecko i to jeszcze przed jego narodzeniem. Palenie w ciąży to nie bagatela, tylko naprawdę poważna sprawa. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie w ciasnym pomieszczeniu pełnym dymu, gdzie prawie nie można oddychać. Co wtedy robicie? Oczywiście, że stamtąd wychodzicie. Niestety, maluszek przebywający w brzuchu palącej mamy nie ma takiej możliwości.

  Internet jest pełen stron, które pomagają nam uświadomić, jakim zagrożeniem dla nienarodzonego dziecka jest dym nikotynowy. To nie czasy naszych matek, kiedy coś tam się o tym gadało, ale w zasadzie tematu nie było. Dlatego dziwi mnie widok przyszłych mam idących "na dymka" i nie widzących w tym żadnego problemu. Ponoć jeden papieros różnicy nie robi, co uważam za bardzo egoistyczne podejście. Dla rozwijającego się płodu i jeden papieros może być niebezpieczny i nie trzeba być geniuszem, aby o tym wiedzieć. Jako matka nie umiem zaakceptować widoku ciężarnej palącej, bo zwyczajnie mnie to przerasta. Nie potrafię również pojąć tego, że niektóre mamy próbują się rozgrzeszyć i znajdują wytłumaczenia na swoją obronę. Dla mnie żadne uzasadnienie nie jest dosyć mocne, gdy w drogę wchodzi dobro i zdrowie dziecka. 

  Usprawiedliwienia palenia w ciąży to w ogóle jest jakiś kosmos. Słyszałam ich co niemiara, a co jeden to lepszy:

-Palę, bo lekarz powiedział mi, że tak będziej dla mnie bezpieczniej. Gdybym teraz przestała, moje ciało mogłoby źle na to zareagować.

-Palę, ponieważ życie jest ciężkie i muszę się odstresować, a papieros mi w tym pomaga.

-Palę, gdyż nie wierzę w te bzdury o szkodliwości palenia. Dobra, palenie może i nie jest zdrowe, ale nie przesadzajmy, że zaszkodzi dziecku. Ile palących urodziło i dzieciom nic się nie stało!

  "A świstak siedzi i zawija je w te sreberka"...

  Gdy wracałam ze szpitala, ponownie natknęłam się na palącą ciężarną, która żegnała się z mężem i na odchodnym powiedziała mu, aby następnym razem nie zapomniał jej przynieść paczki papierosów. 

-Dobrze, kochanie- odpowiedział mężczyzna- skoro tak lubisz palić.

Szkoda, że nie odmówił...


zdjęcie- www.bimbisaniebelli.it  

Laba po włosku i powrót do normalności

by 17 sierpnia
  Jak leniuchować, to tylko we Włoszech! 15-ty sierpień, zwany potocznie Ferragosto, to dzień kiedy życie na Półwyspie Apenińskim praktycznie zamiera. Drobni przedsiębiorcy zamykają sklepy i jadą wypoczywać nad morze, emeryci przesiadujący namiętnie na ławkach również się ulatniają, pod oknem nie słychać ryków szalejących małolatów i jest tak cicho, że aż dziwnie. To nie ta Italia, do której się przyzwyczaiłam i której gwar uwielbiam, bo chyba nikt oprócz Włochów nie umie tak uroczo krzyczeć. Taki już ten ich południowy czar.

  Ferragosto postanowiliśmy wykorzystać na maksa także i my, ku wielkiej uciesze Gai. Przeważnie wypoczywamy w domu, ale tym razem byłam zdeterminowana, by gdzieś pojechać, przede wszystkim ze względu na dzieci. Zapakowaliśmy więc torby, wzięliśmy potrzebne graty (niepotrzebne zresztą też) i ruszyliśmy na podbój Genui i okolic, a właściwie jednej okolicy- Nervi, czyli najpiękniejszej części miasta. Przedtem zahaczyliśmy o centrum, aby skosztować pyszne lody, pochodziliśmy trochę po Porto Antico i pojechaliśmy do słynnego parku w Nervi. Gaja przez cały czas biegała jak szalona, mąż miał ją ciągle na oku, a ja z wózkiem latałam za nimi jak wariatka (podejrzewam, że po tym rajdzie ubyło mi parę kilogramów). Najważniejsze jest jednak to, że po raz kolejny odkryłam na nowo, jak niesamowitym krajem jest Italia, gdyż często o tym zapominam.

  Włochy mają ostatnio masę problemów. Kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie (zwłaszcza wśród młodych ludzi), kwestia imigrantów, niski przyrost naturalny (ponoć najniższy w Europie) to tylko niektóre sprawy przytłaczające Belpaese. Radość życia, tak typowa dla Włochów, została wyparta przez desperację i brak nadziei na lepsze jutro. Niełatwo się tu mieszka, nieczęsto jest okazja do zabawy, a gdy zdarza mi się rozmawiać z krajanami męża, temat zawsze schodzi na politykę. Dlatego właśnie wielokrotnie mam dość i marzę o tym, żeby wrócić do Polski. Dobrze wiedziałam, że pobyt w Italii nie będzie usłany różami, lecz nie przypuszczałam, że może tu być naprawdę ciężko. Z tego powodu cieszę się, że przychodzą takie dni jak Ferragosto. Wtedy na moment Italia znowu jest dla mnie rajem na ziemi i czuję się jak turystka, która zna jedynie pozytywne strony Włoch. Tymczasem wróciłam z hukiem na ziemię, jako że jeden z naszych (już na szczęście byłych) sąsiadów nieźle splądrował klatkę schodową. I tyle nam zostało ze świętowania.

  A na deser kilka zdjęć:

Włoskie lody to niebo w gębie!












Serce miasta, Port Antyczny w Genui.


Jestem i ja, czyli blade nogi w natarciu!




Park w Nervi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wejdzie mi w kadr i popsuje zdjęcie...


Co ludzie powiedzą?

by 11 sierpnia
Chyba każdy miał w życiu taki etap, gdy przejmował się tym, co ludzie powiedzą. Od sąsiada po nauczyciela, pani z osiedlowego sklepu, czy nieznajomego na ulicy. Ile razy drżałam na samą myśl o tym, że komuś mogę się nie spodobać, lub robiłam rzeczy wbrew sobie, aby tylko nie urazić czyichś uczuć. Na pierwszym miejscu zawsze stawiałam drugiego człowieka, nie dbając o to, że ja też jestem ważna. Bywały momenty, gdy z trwogą spoglądałam w lustro, bo widziałam siebie taką, jaką widzieli mnie inni. A krytyczne uwagi rzadko mnie omijały, więc przez większość życia czułam się gorsza. Grubsza, brzydsza, biedniejsza, głupsza i ogólnie niewiele warta. Zmieniłam nastawienie dopiero wtedy, kiedy zrozumiałam, że osądzający wcale nie byli lepsi ode mnie. Przestałam im wierzyć i udało mi się odzyskać mocno nadszarpniętą samoocenę. Łatwo nie było, ale dałam radę, w dużej mierze dzięki mężowi, który uświadomił mi, że jestem wyjątkowa.

Od kiedy mieszkam we Włoszech faktycznie skończyłam z dołowaniem się i zwracaniem uwagi na to, jak będę postrzegana przez otoczenie. Tutaj nikt mi nie mówi, że jestem beznadziejna, nikt nie wyśmiewa się na widok moich zbędnych kilogramów i nikt nie szydzi ze mnie pod nosem. Dla nikogo nie stanowi problemu, że jestem zwykłą gospodynią domową i nie pracuję, podczas gdy w kraju z powodu statusu bezrobotnej byłam nazywana (delikatnie rzecz ujmując) pasożytką. Słowa innych skutecznie zaburzały te maleńkie okruchy szczęścia, którymi się wówczas żywiłam. Byłam swoistą panną nikt z prowincji- bez pracy, bez perspektyw i bez miłości, a im gorzej mi się wiodło, tym większą satysfakcję mieli niektórzy. I do tej pory jest mi żal, że na własnej skórze poznałam, jak na wskroś zła może być ludzka wola. Wolałabym tkwić w przekonaniu, że człowiek z natury jest dobry, albo chociaż próbuje nim być.

Fajnie jest wreszcie czuć się wygodnie w swoim ciele. Kompleksy nadal we mnie tkwią, temu nie zaprzeczam i zapewne nie znikną, ale dzisiaj potrafię je już ujarzmić. Mam silną broń- kochającego męża i dwie śliczne córeczki, które są światłem mojego istnienia. Dla męża jestem najpiękniejsza na świecie i kiedy tylko mogę, przeglądam się w jego zwierciadle. Cienie z przeszłości, jeszcze do niedawna uparcie tkwiące gdzieś w mojej głowie, zwyczajnie odeszły, gdyż dojrzałam do tego, by się na nie wypiąć i, mówiąc brutalnie, pokazać im środkowy palec. Nie myślę więcej o tym, co ludzie powiedzą, ponieważ i tak ciągle będą gadać, zresztą pod byle jakim pretekstem. Tym razem jednak mam to gdzieś, ponieważ tego nauczył mnie pobyt w Italii. I jeśli 99 osób na sto powie mi, że jestem brzydka, a tylko jedna, że jestem piękna, to będę ufała właśnie tej jednej. Każdemu polecam taką terapię!

Obsługiwane przez usługę Blogger.