Co ludzie powiedzą?

Chyba każdy miał w życiu taki etap, gdy przejmował się tym, co ludzie powiedzą. Od sąsiada po nauczyciela, pani z osiedlowego sklepu, czy nieznajomego na ulicy. Ile razy drżałam na samą myśl o tym, że komuś mogę się nie spodobać, lub robiłam rzeczy wbrew sobie, aby tylko nie urazić czyichś uczuć. Na pierwszym miejscu zawsze stawiałam drugiego człowieka, nie dbając o to, że ja też jestem ważna. Bywały momenty, gdy z trwogą spoglądałam w lustro, bo widziałam siebie taką, jaką widzieli mnie inni. A krytyczne uwagi rzadko mnie omijały, więc przez większość życia czułam się gorsza. Grubsza, brzydsza, biedniejsza, głupsza i ogólnie niewiele warta. Zmieniłam nastawienie dopiero wtedy, kiedy zrozumiałam, że osądzający wcale nie byli lepsi ode mnie. Przestałam im wierzyć i udało mi się odzyskać mocno nadszarpniętą samoocenę. Łatwo nie było, ale dałam radę, w dużej mierze dzięki mężowi, który uświadomił mi, że jestem wyjątkowa.

Od kiedy mieszkam we Włoszech faktycznie skończyłam z dołowaniem się i zwracaniem uwagi na to, jak będę postrzegana przez otoczenie. Tutaj nikt mi nie mówi, że jestem beznadziejna, nikt nie wyśmiewa się na widok moich zbędnych kilogramów i nikt nie szydzi ze mnie pod nosem. Dla nikogo nie stanowi problemu, że jestem zwykłą gospodynią domową i nie pracuję, podczas gdy w kraju z powodu statusu bezrobotnej byłam nazywana (delikatnie rzecz ujmując) pasożytką. Słowa innych skutecznie zaburzały te maleńkie okruchy szczęścia, którymi się wówczas żywiłam. Byłam swoistą panną nikt z prowincji- bez pracy, bez perspektyw i bez miłości, a im gorzej mi się wiodło, tym większą satysfakcję mieli niektórzy. I do tej pory jest mi żal, że na własnej skórze poznałam, jak na wskroś zła może być ludzka wola. Wolałabym tkwić w przekonaniu, że człowiek z natury jest dobry, albo chociaż próbuje nim być.

Fajnie jest wreszcie czuć się wygodnie w swoim ciele. Kompleksy nadal we mnie tkwią, temu nie zaprzeczam i zapewne nie znikną, ale dzisiaj potrafię je już ujarzmić. Mam silną broń- kochającego męża i dwie śliczne córeczki, które są światłem mojego istnienia. Dla męża jestem najpiękniejsza na świecie i kiedy tylko mogę, przeglądam się w jego zwierciadle. Cienie z przeszłości, jeszcze do niedawna uparcie tkwiące gdzieś w mojej głowie, zwyczajnie odeszły, gdyż dojrzałam do tego, by się na nie wypiąć i, mówiąc brutalnie, pokazać im środkowy palec. Nie myślę więcej o tym, co ludzie powiedzą, ponieważ i tak ciągle będą gadać, zresztą pod byle jakim pretekstem. Tym razem jednak mam to gdzieś, ponieważ tego nauczył mnie pobyt w Italii. I jeśli 99 osób na sto powie mi, że jestem brzydka, a tylko jedna, że jestem piękna, to będę ufała właśnie tej jednej. Każdemu polecam taką terapię!

Obsługiwane przez usługę Blogger.