Laba po włosku i powrót do normalności

  Jak leniuchować, to tylko we Włoszech! 15-ty sierpień, zwany potocznie Ferragosto, to dzień kiedy życie na Półwyspie Apenińskim praktycznie zamiera. Drobni przedsiębiorcy zamykają sklepy i jadą wypoczywać nad morze, emeryci przesiadujący namiętnie na ławkach również się ulatniają, pod oknem nie słychać ryków szalejących małolatów i jest tak cicho, że aż dziwnie. To nie ta Italia, do której się przyzwyczaiłam i której gwar uwielbiam, bo chyba nikt oprócz Włochów nie umie tak uroczo krzyczeć. Taki już ten ich południowy czar.

  Ferragosto postanowiliśmy wykorzystać na maksa także i my, ku wielkiej uciesze Gai. Przeważnie wypoczywamy w domu, ale tym razem byłam zdeterminowana, by gdzieś pojechać, przede wszystkim ze względu na dzieci. Zapakowaliśmy więc torby, wzięliśmy potrzebne graty (niepotrzebne zresztą też) i ruszyliśmy na podbój Genui i okolic, a właściwie jednej okolicy- Nervi, czyli najpiękniejszej części miasta. Przedtem zahaczyliśmy o centrum, aby skosztować pyszne lody, pochodziliśmy trochę po Porto Antico i pojechaliśmy do słynnego parku w Nervi. Gaja przez cały czas biegała jak szalona, mąż miał ją ciągle na oku, a ja z wózkiem latałam za nimi jak wariatka (podejrzewam, że po tym rajdzie ubyło mi parę kilogramów). Najważniejsze jest jednak to, że po raz kolejny odkryłam na nowo, jak niesamowitym krajem jest Italia, gdyż często o tym zapominam.

  Włochy mają ostatnio masę problemów. Kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie (zwłaszcza wśród młodych ludzi), kwestia imigrantów, niski przyrost naturalny (ponoć najniższy w Europie) to tylko niektóre sprawy przytłaczające Belpaese. Radość życia, tak typowa dla Włochów, została wyparta przez desperację i brak nadziei na lepsze jutro. Niełatwo się tu mieszka, nieczęsto jest okazja do zabawy, a gdy zdarza mi się rozmawiać z krajanami męża, temat zawsze schodzi na politykę. Dlatego właśnie wielokrotnie mam dość i marzę o tym, żeby wrócić do Polski. Dobrze wiedziałam, że pobyt w Italii nie będzie usłany różami, lecz nie przypuszczałam, że może tu być naprawdę ciężko. Z tego powodu cieszę się, że przychodzą takie dni jak Ferragosto. Wtedy na moment Italia znowu jest dla mnie rajem na ziemi i czuję się jak turystka, która zna jedynie pozytywne strony Włoch. Tymczasem wróciłam z hukiem na ziemię, jako że jeden z naszych (już na szczęście byłych) sąsiadów nieźle splądrował klatkę schodową. I tyle nam zostało ze świętowania.

  A na deser kilka zdjęć:

Włoskie lody to niebo w gębie!












Serce miasta, Port Antyczny w Genui.


Jestem i ja, czyli blade nogi w natarciu!




Park w Nervi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wejdzie mi w kadr i popsuje zdjęcie...


Obsługiwane przez usługę Blogger.