O czym piszczy na moim blogu?

by 17:32
  Odkąd prowadzę bloga, czyli cztery lata z hakiem, wszędzie noszę ze sobą notatnik. Opisuję zdarzenia, których jestem świadkiem, bo nie chcę, żeby zaginęły gdzieś w zakamarkach mej pamięci, wpisuję wyrazy pomagające mi później stworzyć nowe wpisy, lub usłyszane przypadkiem dialogi. Pozwala mi to się rozwijać i obserwować świat jeszcze wyraźniej, a poza tym dzięki temu nieustannie ćwiczę. Kiedy wychodzimy z domu, zawsze sprawdzam, czy włożyłam notatnik do torebki, z czego śmieje się mąż, gdyż jego zdaniem to już zakrawa na obsesję. Tymczasem nie tylko ja podglądam, ale robią to też odwiedzający moją stronę. Szukają tu różnych rzeczy i czasem włosy stają mi dęba na głowie, gdy czytam, po co przyszli. Słowa kluczowe w moim notatniku zajmują kilka kartek i chciałabym w końcu przedstawić te, które najbardziej mi się spodobały (a naprawdę było w czym wybierać). Oto czym żyje mój "rodzicielski" blog:

-Włoskie krocza. No i mamy problem, bo przyznam szczerze, że nie za bardzo im się przyglądam. Tak samo zresztą nie przyglądałam się polskim kroczom, ani żadnym innym, więc w tym temacie jestem zupełnie zielona. Krocza to krocza i jakiejkolwiek narodowości by nie były, trzeba o nie dbać, jak o własne. Albo nawet i lepiej, a wtedy do zakochania jeden krocz, wróć, krok.

-Ona na mnie leci. Jesteś tego pewien, a może po prostu Ci się wydaje, bądź nadinterpretujesz jej gesty? To, że dziewczyna się do Ciebie uśmiechnie, albo z Tobą porozmawia, nie oznacza od razu, że ma na Ciebie ochotę. Kobiety jedno mówią, drugie myślą, a trzecie robią, pamiętaj o tym. A skoro jesteś przekonany, że jednak na Ciebie leci, to nie pozostaje Ci nic innego, jak przejąć inicjatywę (dziewczyny za tym przepadają, uwierz mi). Moja rada dotyczy jedynie facetów, którzy wyglądają jak Brad Pitt, a reszcie mogę powiedzieć tyle: Nie, ona na Ciebie nie leci!

-Grube baby są namientne, czy to sztereo typ. Temperament kobiety nie ma nic wspólnego z ilością posiadanych kilogramów. Jeśli wybranka ma wyobraźnię, to na pewno będzie namiętna i nieważne, ile waży (i tak się do tego nie przyzna). Nie zwracaj się do niej jednak "gruba babo", bo przywali Ci z liścia i ukażą Ci się gwiazdki, które być może Cię oświecą i naprowadzą na właściwą drogę poprawnej polszczyzny.

-Curwa po włosku jest ta sama. Domyślam się, że chodzi o odmianę naszego narodowego przekleństwa i muszę zmartwić autora frazy. Nie, po włosku "curva" oznacza po prostu zakręt. Jeżeli będziesz kiedyś we Włoszech i powiesz "curva", nikt na to nie zwróci uwagi, a w kraju to chyba nikogo już nie szokuje. Tak czy siak, proponuję zacząć naukę języka włoskiego od podstaw, a nie od wulgaryzmów.

-Majtki w 3d. I chyba tutaj spasuję, jako że nie mam pojęcia o istnieniu tychże. Jak niby miałyby wyglądać takie majtki, i przede wszystkim, jakie efekty specjalne miałby prezentować nasz tyłek po ich założeniu? W tym wypadku zostanę konserwatystką, więc zaproponuję zwykłe figi, ewentualnie stringi, natomiast na długie, jesiennie wieczory najlepsze będą reformy. Możesz położyć się w nich spać i ładnie Cię ogrzeją przy oglądaniu filmu. Oczywiście w 3d, co do tego nie ma wątpliwości.

-Ten gnid mnie zdradza. No to daj sobie z nim spokój, cholera jasna! Tego kwiatu pół światu, nie ma co się przejmować jednym "gnidem". A skoro zdradził Cię raz, to zrobi to drugi, trzeci i setny i będzie coraz większym "gnidem", a Ty niepotrzebnie się będziesz dołować.

-Blog dla normalnych. I tu mnie masz, bo nie wiem, co odpowiedzieć. Znaczy, mój blog jest najormalniejszy z możliwych, lecz nie ma znaczenia, czy czytają mnie normalne osoby, ważne jest to, że w ogóle ktoś czyta te moje wypociny. Blogerzy niby często prawią, że na statystyki mają wyjechane, ale to kokieteria. A bloga dla normalnych Ci nie polecę, ponieważ ostatnio odnoszę wrażenie, że blogerzy są nienormalni (na czele ze mną, zatem bez urazy, drodzy koledzy po fachu).

-Domowa kura aktorów zna. Zna, zna i swoich ulubieńców ma! Jako kura domowa z pięcioletnim stażem mogę pochwalić się całkiem niezłą znajomością aktorów polskich, włoskich, zagranicznych i amerykańskich! Siedzenie w domu nie powoduje, że biedne kury domowe kretynieją, bo zdarza się, że oglądają filmy i nawet do ludzi wychodzą, takie z nich burżujki. Gdyby ktoś był ciekawy, jakiego aktora ceni najbardziej autorka bloga, może do mnie napisać w tej sprawie maila. Z wielką przyjemnością odpowiem, że jest nim Kevin Spacey.

-Beznadziejna matka. Mleko się wylało i wreszcie się wydało. Próbowałam to ukryć, lecz najwyraźniej nie robiłam tego zbyt dobrze. Do tego stopnia jest ze mnie beznadziejna matka, że zastanawiam się nad zmianą nazwy bloga, a "Matka bezNadziejna" byłoby idealne. Na czasie i w ogóle, także spodziewajcie się drastycznych zmian na blogu. Kiedy to piszę, moja młodsza córeczka posyła mi uśmiechy, starsza zaś szaleje po domu. Nie wierzcie więc w teorie o tych wszystkich beznadziejnych mamuśkach, bo są one stworzone na potrzeby rynku.

 Czego to ludzie nie wymyślą! Do tej pory mi się zdawało, że prowadzę bloga parentingowego, ale powoli zaczynam w to wątpić. Setnie się uśmiałam, tworząc ten wpis i mam nadzieję, że i na Waszych ustach zagości uśmiech. Nie samą matką matka żyje i nie samym macierzyństwem blog oddycha.

Zdjęcie nijak się ma do tekstu, ale dzisiaj pierwszy dzień jesieni, więc musi być odrobinę sentymentalnie.

Stał się cud, matka przechodzi na głód

by 13:26
  Minęły już prawie cztery miesiące od urodzenia Sary, a ja... nadal nie mogę schudnąć. Jako karmiąca matka odczuwam nieustający głód i nic na to nie umiem poradzić. Wiecznie ssie mnie w żołądku i bywają dni, kiedy nie mogę oprzeć się pokusie, więc jem do upadłego, albo i gorzej. A to upiekę ciasto, a to usmażę racuchy, a później kajam się i obiecuję solidną poprawę. Ostatnio jednak wszystko mi obrzydło, ponieważ spojrzałam na siebie w lustrze i dosłownie oniemiałam. Nie spodobało mi się to, co zobaczyłam i chyba wreszcie doszło do mnie, że takie usprawiedliwianie się przed sobą nie przyniesie mi nic dobrego. Postanowiłam zatem ponownie zacząć walkę i zgubić nadprogramowe kilogramy, w końcu to dla mnie nie pierwszyzna. Pierwszą poważną próbę charakteru przetrwałam wczoraj, gdy mąż podał na kolację smażone bakłażany, które wprost uwielbiam. Nie było łatwo, lecz udało mi się odmówić i zadowoliłam się tuńczykiem z groszkiem.

  Bycie kurą domową nie pomaga w procesie odchudzania, jako że siedzący tryb życia nie jest moim sprzymierzeńcem. Fakt, że więcej się ruszam niż siedzę, ale kiedy nie mam nic do roboty, niestety trochę podjadam ("trochę" to w tym wypadku eufemizm). Sięgam po łakocie z nudów, o wyrzutach sumienia przypominam sobie poniewczasie i nękam nimi męża, jakby był temu winien. Spoglądam przy tym na te boskie, wyglądające jak z obrazka fit mamy i moja irytacja sięga zenitu. Dlaczego one potrafią, a ja nie- to pytanie zadawałam sobie tysiące razy, chociaż dobrze znam odpowiedź. Brak mi samozaparcia i przede wszystkim konsekwencji, która pomogłaby mi dojść do celu. Wmawiam sobie poza tym, że mąż mnie akceptuje taką, jaka jestem, co naturalnie jest zgodne z prawdą, lecz powinnam odchudzać się dla siebie, a nie dla innych. Muszę przestawić proces myślenia, a wtedy być może osiągnę upragniony sukces. Nie będzie z górki i czeka mnie kręta droga, niemniej fałdki na brzuchu błagają o chwilę uwagi. 

  Dieta zaczyna się w głowie, nie mogę o tym zapomnieć. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce i pracowałam jako listonoszka, w przeciągu roku przybyły mi dwa rozmiary (z 4o przeszłam na 44). Wracałam do domu wieczorami, zjadałam późne obiady, do tego dochodziły słodycze i po kilku miesiącach efekt stał się aż nadto widoczny. Nic mi nie dało to, iż chodziłam z ciężką torbą, bo popełniłam ten błąd, że się nie kontrolowałam. Moja waga dochodziła do siedemdziesiątki, więc z bólem serca powiedziałam "stop" i zmieniłam nawyki żywieniowe. Pomogły mi również ćwiczenia, żelazny upór i po pół roku wytężonej pracy ubyło mi dwanaście kilogramów. Gdy przyjechałam do Włoch, mąż nie mógł uwierzyć, jaka jest ze mnie szczupła laska. Pierwsza ciąża nie spowodowała napływu masy ciała i po urodzeniu Gai nadal byłam w wyśmienitej formie. A miesięczny pobyt z córeczką na oddziale ortopedii miał ten skutek, że ubrania na mnie wisiały, jakkolwiek w szpitalu jadłam niemało (i pysznie). Druga zaś ciąża wydobyła moje największe słabości. 

  Nie ma zmiłuj, trzeba wziąć się w garść. Ten wpis ma być dla mnie przypomnieniem, że nie mogę po raz kolejny dać ciała. Zdjęcie, które wrzuciłam pod notką (nie śmiejcie się za bardzo) ma dać mi kopa do wielkich życiowych zmian. I chociaż nie lubię tego typu fotek, to jednak zaryzykuję i zostawię je tutaj. Nic mnie tak nie zmotywuje do działania, jak publiczny widok mojego ogromnego brzucha (i całej reszty).


Wrzesień 2016- 12 kg na plus (wybaczcie jakość zdjęcia, chyba nigdy się nie nauczę robić je porządnie)
  

Koleżanko hejterko

by 12:44
To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych. Dawno nie miałyśmy ze sobą kontaktu, więc trochę pogadałyśmy, a to o dzieciach, a to o mężach, a to bzdurach. I kiedy sądziłam, że tematy nam się już na dobre wyczerpały, koleżanka zaskoczyła mnie przemyśleniami dotyczącymi mojego bloga:

-Nie chcę cię martwić- powiedziała- ale mogłabyś się bardziej postarać. Pisanie średnio ci wychodzi, a stronę masz kiepską.

  I zaczęła porównywać mój blog do tych najpopularniejszych, wytykając mi wszystko, co jej się nie podoba (a było tego sporo). Czytałam to z uśmiechem na ustach, bo czasy, gdy przejmowałam się krytyką mojego stylu pisania, minęły bezpowrotnie. Jestem świadoma błędów, które popełniam i staram się je niwelować, zdaję sobie również sprawę z tego, że jeszcze dużo nauki przede mną. Słowa koleżanki nie obeszły mnie dlatego, ponieważ wiem, że nawet gdybym stworzyła arcydzieło, ona i tak znalazłaby dziurę w całym. Dla zasady.

  Zrobiło mi się jednak trochę przykro, temu nie zaprzeczam. Skonstatowałam bowiem, że to już któryś raz z kolei w moim życiu, kiedy ktoś próbuje podciąć mi skrzydła i czerpać z tego chorą satysfakcję. Czemu znajomym tak łatwo przychodzi dokuczanie i to niby w dobrej wierze? Nie zmuszam nikogo do czytania, komentowania, ani zajmowania się moją osobą. Blog to mój mały świat i byłoby mi miło, gdyby tak zwana "przyjaciółka" cieszyłaby się nim wraz ze mną. Najwidoczniej tego nie potrafi, więc postanowiła mi dokopać.

  Zawsze była ze mnie taka pierdoła życiowa, która tylko przyjmowała ciosy "na klatę". Nigdy nie umiałam się odgrywać, nie miałam siły walczyć i iść po trupach do celu, więc inni skrzętnie to wykorzystywali. Być może z tego powodu nie osiągnęłam nic wielkiego i nie mogę się pochwalić żadnymi spektakularnymi osiągnięciami. Wiele lat tkwiłam w psychicznym maraźmie i czułam się beznadziejna, jak chcieli tego "życzliwi". Dopiero gdy poznałam mojego męża, doszło do mnie, że nie mogę być aż tak nieudana. Wtedy to rozpoczęła się moja metamorfoza i po trzydziestu kilku latach istnienia wyłączyłam tryb dołowania się. Zrozumiałam, że ja też jestem wartościowa, co bez wątpienia dodało mi skrzydeł. Nareszcie!

  Nie otaczam się już hejterami z reala, chcącymi mi pomóc, niby dla mojego własnego pożytku. Nie jestem ideałem i raczej nie zanosi się na to, że nim zostanę, niemniej skończyłam się biczować. Nie pozwolę zniszczyć tego, co udało mi się odbudować, bo zbyt wiele pracy w to włożyłam. Leczenie kompleksów i podnoszenie swojego niskiego ego kosztem mojej osoby przestało wywierać na mnie oczekiwane wrażenie. Możesz zatem mi wmawiać do upadłego, szanowna koleżanko, jakie to jest ze mnie jest wirtualne i życiowe zero, lecz tym razem Cię nie posłucham. Lubię i umiem pisać, poza tym mam dwie śliczne córeczki i całkiem przystojnego męża, który akceptuje mnie bez zastrzeżeń. Czego mi więcej potrzeba? Bynajmniej Twoich złośliwych rad. A blog nadal będę prowadzić, czy Ci się to podoba, czy nie!

To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych:

-Fajnie, że masz pasję- powiedziała- kibicuję twoim dokonaniom.

Marzenia ściętej głowy? Na szczęście nie!




zdjęcie- www.unadonna.it
  

Ciekawostki z ziemi włoskiej

by 12:45
  Wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego pobytu we Włoszech. Nie zamierzam specjalnie świętować tego dnia, chociaż na mały prezent ze strony męża liczę, w końcu jestem kobietą, a to przecież zobowiązuje do roszczeniowej postawy. Znając jednak pragmatyczne podejście do życia Mystera Pi, podaruje mi on kilka zdrapek "Wieczny turysta", które będą miały wartość zero. No nic, liczą się intencje, zresztą najważniejsze dla mnie będzie to, że mąż nie zapomni (jakby mógł, skoro od miesięca mu o tym truję).

  Tymczasem wspominam sobie te pięć niezwykłych lat. Na początku Italia jawiła mi się jako kraj wspaniałych perspektyw, niespotykanego piękna i wiecznej radości. Dzisiaj z tych optymistycznych wizji pozostało niewiele, niemniej nie wyobrażam już sobie mieszkania poza granicami Włoch. Odkryłam tu rzeczy, o których nie wiedziałam i właśnie o nich chciałabym Wam opowiedzieć. Nie będą to suche fakty typu, że w Italii jest niski przyrost naturalny, albo politycy doprowadzają kraj do ruiny (o tym może powstanie osobny wpis), lecz parę mniej lub bardziej śmiesznych ciekawostek na temat mieszkańców Półwyspu Apenińskiego. Nie przedłużając, czy wiecie, że:

-mężczyźni we Włoszech też farbują sobie włosy? Tak, tak i nie dotyczy to młodzieniaszków, lecz emerytów, którzy chyba chcą być wiecznie młodzi. Na początku obserwowałam to zjawisko jedynie w telewizji, gdzie kilka znanych panów chwaliło się bujną i kolorową czupryną. Po jakimś czasie i na ulicy zauważyłam facetów z zafarbowanymi włosami, a największy szok przeżyłam, gdy poznałam jednego z wujków męża. "Berlusconi rodziny" (tak go nazywają, choć do tej pory głowię się czemu- nie ten styl i przede wszystkim nie ta kasa) poszedł na całość i oprócz włosów farbuje również wąsy, co rzec jasna nie dodaje mu uroku. Mężowi przezornie zapowiedziałam, że jeśli na starość wywinie mi taki numer, to znajdę sobie Toy Boya!

Znany "ambasador" farbowania włosów- Al Bano


-telewizja wykreowała nowe zawody, takie jak "tronista" i "opinionista"? To ci dopiero historia! Od kilkunastu sezonów we Włoszech nadawany jest program "Uomini e donne" (Mężczyźni i kobiety), który cieszy się niesłabnącą popularnością. W show spotykają się single chcący znaleźć drugą połówkę, a wybrani bohaterowie programu siedzą na krześle podobnym do tronu, stąd nazwa "tronista". Kiedy już zakochują się w wybrance (bądź wybranku), opuszczają gmach telewizji, ale ich kariera wcale się na tym nie kończy. Wręcz przeciwnie, zaczynają się rozkręcać- są zapraszani do dyskotek w całym kraju, udzielają wywiadów, są śledzeni przez paparazzi, a wszystko to zapewnia im popularność i niezłą kasę. Natomiast opinioniści to znane osoby, które odwiedzają telewizję po to, by wygłosić opinie na dany temat (najczęściej nie mają nic ciekawego do powiedzenia, lecz to nieistotne). Niektórzy celebryci żyją od programu do programu, aczkolwiek ostatnio narzekają, że nie płaci się im tyle, co kiedyś. Na ich miejscu bym się nie martwiła, wszak nie każdy może sobie wpisać do CV zawód "opinionista"!

Słynny telewizyjny tron, a nawet trzy trony


-Włosi uwielbiają latynoski? Dziewczyny z Ameryki Południowej wyróżnia wyzywający styl- obcisłe ubrania, spódniczki mini, mocny makijaż, co bardzo podoba się Włochom. Niektóre latynoski oprócz tego mają nieprzeciętną urodę i epatują seksapilem, czego przykładem jest niejaka Belen Rodriquez. Jej perypetie to materiał na telenowelę z prawdziwego zdarzenia. Najpierw była związana z urodziwym piłkarzem Marco Boriello, którego zdradziła w programie telewizyjnym "Isola dei famosi" (Wyspa celebrytów") z byłym mężem byłej żony (nadążacie?) Donalda Trumpa, Ivany- Rossano Rubicondim. Później zaczęła się spotykać z królem paparazzi- Fabrizio Coroną, następnie zaś odbiła chłopaka piosenkarce Emmie Marrone. Przy Stefano De Martino trochę się uspokoiła, wyszła za niego za mąż i urodziła mu syna Santiago, lecz małżeństwo nie przetrwało (pomyślałby kto, że może być inaczej). Teraz Belen ponoć znowu jest widywana w towarzystwie seksownego Boriello, czyli wróciła do korzeni (a raczej korzenia). Przygody miłosne Argentynki obrosły legendą, a dzień bez niej w mediach to dzień stracony. Będzie jeszcze gorzej, bo za niedługo Belen poprowadzi satyryczny program "Striscia la notizia" ("Wiadomości na pasku"). Znam kilka osób, które z tego powodu zgrzytają zębami ze złości. Tak czy siak Belen wie, jak podkręcić zainteresowanie wokół jej osoby!

Diva z Argentyny- Belen


-po ślubie żony zostają przy swoich nazwiskach? We Włoszech nie ma tradycji, aby po zmianie stanu cywilnego przyjąć nazwisko męża, a jeśli któraś mężatka się uprze, musi z tym iść do sądu. Na początku mnie to dziwiło, ale teraz przyzwyczaiłam się do myśli, że nie będę nazywać się tak jak mój ślubny. Czasami w urzędach mówią do mnie "Signora Pinna", co dosyć mnie śmieszy, bo żadną "signorą" się nie czuję. Kiedy w Polsce załatwiałam formalności związane ze zmianą mojego statusu cywilnego, musiałam wiecznie tłumaczyć urzędniczkom, dlaczego w dokumentach nadal widnieję jako panna. Posiadanie swojego nazwiska jest dobre przy rozwodzie, chociaż oczywiście nie zamierzam rozstawać się z Mysterem Pi. Skoro już wziął mnie za żonę, to musi się ze mną pomęczyć, obojętnie jak mi tam na nazwisko (na imię zresztą też, gdyż Włosi z uporem maniaka wołają na mnie "Sabrina", czego wprost nie znoszę)!

Każdy pozostaje przy swoim, i bardzo dobrze



-we Włoszech nie jest ciepło przez cały rok? A na koniec mój ulubiony stereotyp dotyczący Włoch. Nie wiem, skąd przekonanie, że w Italii jest ciągle ciepło, ponieważ wcale tak nie jest. Zgoda, temperatury są tu wyższe niż w Polsce, zwłaszcza latem, ale zimą jest tu po prostu... zimno. Wielu moich znajomych zazdrościło mi Włoch z powodu pogody, a ja ich zapewniałam, że naprawdę nie ma czego. Przeżyłam tutaj dwie ogromne powodzie, które zdewastowały pół miasta, marzłam niejeden raz na (skądinąd) gorącej Sardynii, a jesienią w Genui czułam się jak w kraju. Jedynie lato tutaj jest naprawdę gorące i wybuchowe, a reszta pór roku jest taka sobie. Reasumując- cudze chwalicie, swego nie znacie!

To we Włoszech też pada deszcz?


zdjęcia:
Al Bano- www.huffingtonpost.it
Tron- www.newsly.it
Belen- www.blitzquotidiano.it
Mąż i żona- www.laleggepertutti.it
Pogoda- www.campanianotizie.it

Bądźmy dla siebie mili

by 09:43
  Często robię zakupy w Mydlu. Lubię ten sklep, bo jest tani i mogę w nim znaleźć produkty, których nigdzie indziej nie ma. Ostatnio jednak bardzo źle mi się tam kupuje, ponieważ za każdym razem, kiedy odwiedzam Mydel, trafiam na awanturujących się klientów. Ludzie krzyczą na siebie, grożą sobie nawzajem sądami, a biedne kasjerki stają się ofiarami zniecierpliwionych emerytów, nie mających ochoty stać w kolejce do kasy.

  Niedawno byłam świadkiem absurdalnej sytuacji, w którą bym zapewne nie uwierzyła, gdyby nie to, że było mi ją dane widzieć na własne oczy. Starsza klientka pomyliła wózki sklepowe i zamiast wziąć swój, odjechała z wózkiem innej klientki. Gdy ta to zobaczyła, zaczęła się wydzierać na cały sklep i pobiegła do kobiety, aby oddała jej wózek. No i panie zaczęły się kłócić na całego, a kulminacją ich konfliktu była scena rodem z "Trudnych spraw". "Poszkodowana" (czyli pozbawiona wózka) rąbnęła torebką "złodziejkę" i gdyby nie interwencja ochroniarza, skończyłoby się o wiele gorzej. I wszystko przez zwykły wózek, jakby nie było większych problemów w życiu. Czy ludzie tak po prostu nie mogą być dla siebie mili? 

  W tym samym Mydlu (ale innego dnia) pewien krzepki emeryt zmieszał z błotem kasjerkę tylko dlatego, że doliczyła mu towar innej klientki (nie był oddzielony na taśmie). Facet zaczął krzyczeć na Bogu ducha winną kasjerkę, zarzucił jej brak profesjonalizmu, a na końcu wydyszał, że wyśle na nią skargę i to do samych Niemiec. "A niech pan wysyła"- odpowiedziała dziewczyna, na co mężczyzna omal nie dostał palpitacji. Wziął zakupy, odwrócił się na pięcie i powiedział, że jego noga więcej w Mydlu nie postanie, na co kasjerka (bardzo słusznie zresztą) obojętnie wzruszyła ramionami. Tyle hałasu o kilka produktów, za które emeryt przecież nie zapłacił, bo zostały odliczone z rachunku. Czy ludzie tak po prostu nie mogą być dla siebie mili?

  I kiedy myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, wydarzyło się coś, co spowodowało, że musiałam zmienić zdanie. Tym razem bohaterką zdarzenia była moja skromna osoba, aczkolwiek wcale się o to nie prosiłam. Wybraliśmy się do Mydla w sobotę, ludzi, jak to w weekend, było tam na pęczki, więc poruszanie się z Sarą w wózeczku do łatwych nie należało. W pewnym momencie dosłownie stanęłam, gdyż zostałam zablokowana i siłą rzeczy usłyszałam rozmowę dwóch kobiet, oburzonych obecnością matki z dzieckiem w sklepie:

-Bokami mi wychodzą te mamuśki z wózkami- "zaszczebiotała" klientka- nie można kupować w spokoju, bo wszędzie ich pełno i trzeba się przez nie przedzierać.

-Zgadzam się- odpowiedziała druga- do autobusów się pchają, w kawiarniach siedzą, po sklepach łażą i zakłócają przestrzeń porządnym klientom, a powinny dziećmi się zająć i nie wychodzić do ludzi!

  Co to ja pisałam? O byciu dla siebie miłym? Przesadziłam, absolutnie!





zdjęcie- www.aforisticamente.com

  
Obsługiwane przez usługę Blogger.