Koleżanko hejterko

To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych. Dawno nie miałyśmy ze sobą kontaktu, więc trochę pogadałyśmy, a to o dzieciach, a to o mężach, a to bzdurach. I kiedy sądziłam, że tematy nam się już na dobre wyczerpały, koleżanka zaskoczyła mnie przemyśleniami dotyczącymi mojego bloga:

-Nie chcę cię martwić- powiedziała- ale mogłabyś się bardziej postarać. Pisanie średnio ci wychodzi, a stronę masz kiepską.

  I zaczęła porównywać mój blog do tych najpopularniejszych, wytykając mi wszystko, co jej się nie podoba (a było tego sporo). Czytałam to z uśmiechem na ustach, bo czasy, gdy przejmowałam się krytyką mojego stylu pisania, minęły bezpowrotnie. Jestem świadoma błędów, które popełniam i staram się je niwelować, zdaję sobie również sprawę z tego, że jeszcze dużo nauki przede mną. Słowa koleżanki nie obeszły mnie dlatego, ponieważ wiem, że nawet gdybym stworzyła arcydzieło, ona i tak znalazłaby dziurę w całym. Dla zasady.

  Zrobiło mi się jednak trochę przykro, temu nie zaprzeczam. Skonstatowałam bowiem, że to już któryś raz z kolei w moim życiu, kiedy ktoś próbuje podciąć mi skrzydła i czerpać z tego chorą satysfakcję. Czemu znajomym tak łatwo przychodzi dokuczanie i to niby w dobrej wierze? Nie zmuszam nikogo do czytania, komentowania, ani zajmowania się moją osobą. Blog to mój mały świat i byłoby mi miło, gdyby tak zwana "przyjaciółka" cieszyłaby się nim wraz ze mną. Najwidoczniej tego nie potrafi, więc postanowiła mi dokopać.

  Zawsze była ze mnie taka pierdoła życiowa, która tylko przyjmowała ciosy "na klatę". Nigdy nie umiałam się odgrywać, nie miałam siły walczyć i iść po trupach do celu, więc inni skrzętnie to wykorzystywali. Być może z tego powodu nie osiągnęłam nic wielkiego i nie mogę się pochwalić żadnymi spektakularnymi osiągnięciami. Wiele lat tkwiłam w psychicznym maraźmie i czułam się beznadziejna, jak chcieli tego "życzliwi". Dopiero gdy poznałam mojego męża, doszło do mnie, że nie mogę być aż tak nieudana. Wtedy to rozpoczęła się moja metamorfoza i po trzydziestu kilku latach istnienia wyłączyłam tryb dołowania się. Zrozumiałam, że ja też jestem wartościowa, co bez wątpienia dodało mi skrzydeł. Nareszcie!

  Nie otaczam się już hejterami z reala, chcącymi mi pomóc, niby dla mojego własnego pożytku. Nie jestem ideałem i raczej nie zanosi się na to, że nim zostanę, niemniej skończyłam się biczować. Nie pozwolę zniszczyć tego, co udało mi się odbudować, bo zbyt wiele pracy w to włożyłam. Leczenie kompleksów i podnoszenie swojego niskiego ego kosztem mojej osoby przestało wywierać na mnie oczekiwane wrażenie. Możesz zatem mi wmawiać do upadłego, szanowna koleżanko, jakie to jest ze mnie jest wirtualne i życiowe zero, lecz tym razem Cię nie posłucham. Lubię i umiem pisać, poza tym mam dwie śliczne córeczki i całkiem przystojnego męża, który akceptuje mnie bez zastrzeżeń. Czego mi więcej potrzeba? Bynajmniej Twoich złośliwych rad. A blog nadal będę prowadzić, czy Ci się to podoba, czy nie!

To było tak:

  Siedziałam przed komputerem i przeglądałam fejsa, gdy nagle zagadała mnie jedna ze znajomych:

-Fajnie, że masz pasję- powiedziała- kibicuję twoim dokonaniom.

Marzenia ściętej głowy? Na szczęście nie!




zdjęcie- www.unadonna.it
  
Obsługiwane przez usługę Blogger.