Stał się cud, matka przechodzi na głód

  Minęły już prawie cztery miesiące od urodzenia Sary, a ja... nadal nie mogę schudnąć. Jako karmiąca matka odczuwam nieustający głód i nic na to nie umiem poradzić. Wiecznie ssie mnie w żołądku i bywają dni, kiedy nie mogę oprzeć się pokusie, więc jem do upadłego, albo i gorzej. A to upiekę ciasto, a to usmażę racuchy, a później kajam się i obiecuję solidną poprawę. Ostatnio jednak wszystko mi obrzydło, ponieważ spojrzałam na siebie w lustrze i dosłownie oniemiałam. Nie spodobało mi się to, co zobaczyłam i chyba wreszcie doszło do mnie, że takie usprawiedliwianie się przed sobą nie przyniesie mi nic dobrego. Postanowiłam zatem ponownie zacząć walkę i zgubić nadprogramowe kilogramy, w końcu to dla mnie nie pierwszyzna. Pierwszą poważną próbę charakteru przetrwałam wczoraj, gdy mąż podał na kolację smażone bakłażany, które wprost uwielbiam. Nie było łatwo, lecz udało mi się odmówić i zadowoliłam się tuńczykiem z groszkiem.

  Bycie kurą domową nie pomaga w procesie odchudzania, jako że siedzący tryb życia nie jest moim sprzymierzeńcem. Fakt, że więcej się ruszam niż siedzę, ale kiedy nie mam nic do roboty, niestety trochę podjadam ("trochę" to w tym wypadku eufemizm). Sięgam po łakocie z nudów, o wyrzutach sumienia przypominam sobie poniewczasie i nękam nimi męża, jakby był temu winien. Spoglądam przy tym na te boskie, wyglądające jak z obrazka fit mamy i moja irytacja sięga zenitu. Dlaczego one potrafią, a ja nie- to pytanie zadawałam sobie tysiące razy, chociaż dobrze znam odpowiedź. Brak mi samozaparcia i przede wszystkim konsekwencji, która pomogłaby mi dojść do celu. Wmawiam sobie poza tym, że mąż mnie akceptuje taką, jaka jestem, co naturalnie jest zgodne z prawdą, lecz powinnam odchudzać się dla siebie, a nie dla innych. Muszę przestawić proces myślenia, a wtedy być może osiągnę upragniony sukces. Nie będzie z górki i czeka mnie kręta droga, niemniej fałdki na brzuchu błagają o chwilę uwagi. 

  Dieta zaczyna się w głowie, nie mogę o tym zapomnieć. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce i pracowałam jako listonoszka, w przeciągu roku przybyły mi dwa rozmiary (z 4o przeszłam na 44). Wracałam do domu wieczorami, zjadałam późne obiady, do tego dochodziły słodycze i po kilku miesiącach efekt stał się aż nadto widoczny. Nic mi nie dało to, iż chodziłam z ciężką torbą, bo popełniłam ten błąd, że się nie kontrolowałam. Moja waga dochodziła do siedemdziesiątki, więc z bólem serca powiedziałam "stop" i zmieniłam nawyki żywieniowe. Pomogły mi również ćwiczenia, żelazny upór i po pół roku wytężonej pracy ubyło mi dwanaście kilogramów. Gdy przyjechałam do Włoch, mąż nie mógł uwierzyć, jaka jest ze mnie szczupła laska. Pierwsza ciąża nie spowodowała napływu masy ciała i po urodzeniu Gai nadal byłam w wyśmienitej formie. A miesięczny pobyt z córeczką na oddziale ortopedii miał ten skutek, że ubrania na mnie wisiały, jakkolwiek w szpitalu jadłam niemało (i pysznie). Druga zaś ciąża wydobyła moje największe słabości. 

  Nie ma zmiłuj, trzeba wziąć się w garść. Ten wpis ma być dla mnie przypomnieniem, że nie mogę po raz kolejny dać ciała. Zdjęcie, które wrzuciłam pod notką (nie śmiejcie się za bardzo) ma dać mi kopa do wielkich życiowych zmian. I chociaż nie lubię tego typu fotek, to jednak zaryzykuję i zostawię je tutaj. Nic mnie tak nie zmotywuje do działania, jak publiczny widok mojego ogromnego brzucha (i całej reszty).


Wrzesień 2016- 12 kg na plus (wybaczcie jakość zdjęcia, chyba nigdy się nie nauczę robić je porządnie)
  
Obsługiwane przez usługę Blogger.