Bój się bloga!

by 13:42
  W pewnych kręgach twierdzą, że blogowanie stało się modne. Jeszcze inne środowiska trąbią, że to całe blogowanie to obciach, bo teraz każdy głupi może założyć bloga. Podobno pisanie bloga odmóżdża, ponieważ ludzie zamiast udać się z problemami do specjalisty, powołują się na znanych blogerów, będących dla nich wielkimi autorytetami. Według mnie nie ma się o co burzyć i przeżywać, jako że każdy z nas ma swój rozum. Mogę czytać milion blogów, lecz nie znaczy to, że będę ślepo wierzyć w to, o czym traktują. Blogowanie poprawia mi humor, blogosfera zaś jest dla mnie wspaniałą rozrywką, a poza tym socjologicznym fenomenem. Nigdy nie kieruję się wskazówkami i poradami dotyczącymi wychowywania dzieci, aczkolwiek wiele z nich trafia w sedno, tak samo jak nie lecę do sklepu kupić rzeczy proponowanych przez blogujące mamy. Lista moich ulubionych blogów jest spora, niemniej coraz bardziej się zawęża. I nie dlatego, że mam wysokie blogowe wymagania, po prostu zauważyłam, iż wiele wartościowych blogów znika.

  Sama nie jestem już tą blogerką, którą byłam cztery lata temu. Nie piszę regularnie, nie planuję postów z dwumiesięcznym wyprzedzeniem i nie oczekuję pochwalnych hymnów. Piszę, kiedy mam ochotę i o czym mi się akurat podoba, a podążanie za trendami zostawiam ambitniejszym blogerom. Mój blog jest wytarty i często zarasta kurzem, nie znajdziecie w nim cukrowych opowieści i nie pokażę Wam moich wnętrz, nawet jeśli byłyby z marmuru. Niedawno zadałam sobie pytanie, czy to, co robię ma jeszcze sens. Przeanalizowałam jednak wszystko i doszłam do wniosku, że w tym szaleństwie jest metoda. Blog jest moją faktyczną wizytówką i jest dla mnie szalenie ważny. To tutaj opowiadam o moich emigracyjnych bolączkach i tutaj mogę się słownie wyszaleć. Nie muszę stroić słodkich minek i nie muszę być kimś, istotne jest to, że zawsze jestem sobą. Ta moja mała internetowa przystań daje mi naprawdę wiele, bo pozwala wykrzyczeć siebie. A że i wirtualny papier bywa cierpliwy, testuję jego wytrzymałość z prawdziwą rozkoszą.

  Nie mam blogowych autorytetów i dobrze mi się wiedzie z tą moją niewedzą. Nie próbuję być wszędzie i wdzięczyć się do influencerów, gdyż takie zachowanie zwyczajnie mnie razi. Gdyby bloga prowadził Tołstoj bądź inny klasyk, najpewniej byłabym ich psychofanką, a tak jestem tylko bierną obserwatorką. Jest masa blogerów umiejących pisać tak, że przechodzą mnie ciarki, gdy czytam, jak wspaniale potrafią żonglować językiem polskim. Nie będę ukrywać, że zdarzało mi się zazdrościć, lecz i z tym dałam sobie jakoś radę. Nie planowałam być niczyją kopią, albo złodziejką cudzego stylu pisania, ponieważ nie o to mi chodziło, kiedy zajęłam się blogowaniem. A to, że drażniło mnie, iż pewne osoby osiągnęły blogowy sukces, jest absolutnie wytłumaczalne. Blogosfera jest bowiem w jakimś tam minimalnym stopniu odzwierciedleniem naszego życia. Tu też mamy swoje sympatie i antypatie, jednych kochamy, drugich nienawidzimy, niektórych podziwiamy, kilku zawiścimy. Często psioczyłam na podziały blogowe, z czego dzisiaj się śmieję, bo przecież to nie mój interes. Nie sprawia mi już zatem przykrości bycie blogową outsiderką, co więcej, jest mi z tym bardzo dobrze.

Bój się bloga? Ależ skąd!



zdjęcie- www.webna.ir

Kura domowa przebojowa

by 08:26
 Nadeszła jesień, a wraz z nią zapukała do domu melancholia. Zastanawiam się, kim jestem i co ja tu robię, a potem patrzę na moje dwa małe szczęścia i wiem, że życie ma sens. Jestem ubrana w płaszcz kury domowej i coraz mocniej mnie on uwiera. Byłam ostatnio coś załatwić w urzędzie i na pytanie, czym się zajmuję, odpowiedziałam, że wychowuję dzieci. "A więc casalinga" ("pani domu" po włosku), uśmiechnęła się urzędniczka i wpisała to do akt. Casalinga... bywa, że nie znoszę tego słowa, bo kojarzy mi się ono ze stagnacją. Chciałabym zrobić krok do przodu i być nie tylko matką, ale nie wiem, jak się za to zabrać. Stanęłam w miejscu i nie za bardzo mi się to podoba.

  Z niecierpliwością wypatruję wiosny. Po prawie sześciu latach oczekiwana i próby okiełznania przeze mnie Genui, w końcu mogę być pewna, że nastąpi przełom i się wyprowadzimy. Jeszcze nie wiem dokąd i nie mam pojęcia, jak daleko będziemy musieli się udać, ale jedno jest pewne- to są nasze ostatnie miesiące na ulicy Burlando. Być może zostaniemy w Ligurii (choć wierzę, że tak się nie stanie), a być może poniesie nas w siną dal, kto wie. Czekam na zmiany pełna nadziei i gorąco pragnę zamieszkać bliżej rodziny (obojętnie jakiej). Bo człowiek oderwany od korzeni już zawsze będzie tęsknił. Za krajem, za bliskimi, czy nawet za zapachem ulubionej potrawy, chociaż wydaje się to trywialne. A mąż i ja jesteśmy tacy trochę dzicy tutaj- niby nas zaakceptowano, a jednak mamy wrażenie, że nie pasujemy do większości. Takie dwie poszukujące dusze z nas.

  Chciałabym wrócić do Polski, lecz jednocześnie zadaję sobie pytanie, jak dałby sobie radę w moim kraju Myster Pi. Nie zna języka, nie jest przyzwyczajony do minusowych temperatur, poza tym musielibyśmy zacząć wszystko od zera. W Italii mamy fundamenty, na których możemy się oprzeć, aczkolwiek nie są one zbyt stabilne. Dzieci szybko przyzwyczajają się do nowości i o córeczki jestem spokojna, ale jak my to sobie poukładamy, tego nie umiem przewidzieć. Genua jest przystankiem w naszej życiowej wędrówce i czas wreszcie gdzieś zapuścić korzenie na dobre. A zapuścimy tam, gdzie będzie praca, nawet gdyby miało to być na drugim końcu ziemi. Ufam przy tym, że nie wypadłam całkowicie z rynku, choć jestem świadoma, iż ponad pięć lat spędzonych w domu nie dodają atrakcji mojemu (i tak już skromnemu) CV. Zbliżam się do czterdziestki i co mogę zaoferować potencjalnemu pracodawcy? Doprawdy nie mam pojęcia!

  Jednakowoż uważam (tak trochę paradoksalnie), że bycie kurą domową z prawdziwego zdarzenia coś tam mi dało. Przedtem byłam nierozgarnięta (no dobra, nadal jestem) i na większość rzeczy miałam, kolokwialnie mówiąc, wyjechane, a teraz zwyczajnie nie mogę. Mam dzieci i muszę być dla nich podporą. Aby udowodnić, że bycie opiekunką (lub jak kto woli, boginią) domowego ogniska to nie jest bułka z masłem, przygotowałam listę na ten temat. Kura domowa bez wątpienia brzmi dumnie i niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest inaczej. Przeczytajcie zresztą sami, jak dużo mi dało siedzenie w domu:

1. Nauczyłam się planować i organizować. Odkąd pamiętam, zawsze szłam na żywioł i wolałam spontan, niż misternie przygotowany plan dnia. Wszystko to wzięło w łeb, kiedy zajęłam się domem i zostałam matką. Teraz jestem samozwańczą mistrzynią programowania, planuję rzeczy z miesięcznym wyprzedzeniem i z dumą mogę powiedzieć, że nadawałabym się do roboty w korpo, a co (znaczy a kysz, bo tam mnie nie ciągnie).

2. Coraz bliżej mi do tytułu mistrzyni patelni. Pięć lat temu miałam nikłe pojęcie o gotowaniu, natomiast dzisiaj nawet zaczęłam to lubić. Nie, żebym nagle się zakochała w garach, gdyż to chyba nigdy nie nastąpi, niemniej potrafię nie tylko zaparzyć wodę na herbatę. Udaje mi się przyrządzić jakieś potrawy i do tej pory nikogo nie otrułam, a domu nie puściłam z dymem, więc będą ze mnie ludzie. Na prestiżowe stanowisko "chefa" póki co nie mam żadnych szans, za to na pomoc kuchenną bądź pomywaczkę jak najbardziej.

3. Ujarzmiłam potwora, czyli polubiłam sprzątanie. No, powiedzmy, że prawie polubiłam, ponieważ nie miałam innego wyjścia. Moje mieszkanie nie lśni nieskazitelną czystością, ale jest posprzątane i bałagan w nim umiarkowany. Rano ogarniam dom i przez pół dnia jakoś się trzyma, a później Gaja wraca z przedszkola i zaczyna się na nowo. Chaos znowu króluje, ze wszech stron otaczają mnie zabawki, które Gaja roznosi po wszystkich kątach, a ja zanoszę je  powrotem na miejsce. Nie wiem, po co to robię, jako że nie ma to sensu, lecz przynajmniej się ruszam. Na pielęgniarkę środowiskową nadawałabym się idelanie.

4. Odkryłam w sobie zdolności aktorskie. Tak, tak i to niemałe. Ostatnio zauważyłam, że zaczęłam przemieniać się w czarownicę. Torebkę zamieniłam na miotłę, na głowie coraz częściej układa mi się mop (i tylko pryszcza na nosie brakuje), a nad markowe ubrania preferuję domowe wyciory. Słowem, niezła ze mnie wiedźma, która nie tyle straszy, co bawi, zwłaszcza starszą córeczkę. Gdy wymyślam jej bajkę i przekonuję, że jestem Babą Jagą zaklętą w skórze matki, śmieje się do rozpuku i natychmiast zasypia. Spokojnie odlatuję do swojej dziupli (czytaj odpocząć na kanapie) i zastanawiam się, jak wystraszyć męża.

5. Przekonałam się, że mam w sobie niezmierzone pokłady cierpliwości. Przedtem nie byłam tego pewna, bo jestem z gatunku pospolitych wiercipiętek. Nie potrafię usiedzieć na miejscu, czekanie mnie dołuje i szybko się nudzę. Status kury domowej spowodował, że zmieniło się moje podejście i dzisiaj cierpliwość jest moją mocną stroną. Przeistoczyłam się w ostoję spokoju, mogę godzinami nic nie robić, a córeczki spowodowały, że spokorniałam. Nie gryzę się niepotrzebnie i mam dystans do świata, a to dla mnie powód do radości. Mogłabym pracować w dziale obsługi klienta i odniosłabym niewątpliwy sukces.

  Nie jest tragicznie, prawda? Bycie prostą casalingą udowodniło mi, że mogę robić mnóstwo rzeczy i mam spore predyspozycje w każdej dziedzinie. Nie załamujcie się więc, drogie niepracujące mamy, bo każda z nas jest wyjątkowa i potrafi zdziałać cuda. Będzie dobrze!

Uwielbiam jesień! (zdj.MeteoWeb)

Kup lajki, zrób karierę

by 13:35
  Dostałam ofertę i to nie byle jaką! To jedna z tych propozycji, której nie powinnam odrzucić, bo druga taka okazja może już mi się nie przytrafić. Nie wiem dlaczego ten ktoś pomyślał akurat o mnie, ale jeśli sądził, że będę wdzięczna za troskę, to się pomylił. Krótko mówiąc, nie skorzystam z sugestii, za co podobno będę się jeszcze pluła w brodę. Zostałam zapytana drogą mailową, czy nie interesuje mnie kupno lajków na fejsie, jako że, cytuję, "powiększając liczbę fanów na portalu społecznościowym mogę zostać kimś". Dawno się tak nie uśmiałam.

  Czuję się kimś bez względu na to, co się dzieje ze mną w wirtualnym świecie. Nie gryzę się tym, że nie mam za sobą hordy fejsbukowych fanów, idę powoli, lecz do przodu i niepotrzebne mi są martwe internetowe dusze. Fajnie jest, kiedy ludzie polubiają mój profil sami z siebie, po co więc miałabym kupować lajki? Niedawno zaprosiłam kilku znajomych do mej strony i nie zobaczyłam żadnej reakcji, co trochę mnie zdołowało. Dopiero kiedy ochłonęłam, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam się czym przejmować. Nie każdy przecież musi doceniać mój minimalny wkład w blogosferę, zresztą większość znajomych się nią nie interesuje. Na darmo zatem te moje lamenty.

  Wiem, że na blogerki nadal patrzy się przez pryzmat lajków na fejsie. "Małe" kolegują się z innymi "małymi", "wielkie" trzymają sztamę i biada "małym" spróbować wejść w ich grono. Odrzucając proponowaną mi ofertę, odrzuciłam tym samym możliwość zrobienia fejsbukowej kariery. Jak nic ciapa ze mnie i to dokładna, bo za niedużą kwotę pieniędzy mogłam się nieźle ustawić. Oczywiście nikomu nie przyszłoby do głowy, że te kilka tysięcy lajków więcej w jeden dzień to nieuczciwa gra, tylko sympatia do mojej strony. No ba!

  Jakoś tak mam ostatnio, że spędzam coraz mniej czasu w internecie i odcięłam się od niektórych środowisk. Może to zmęczenie tematem, może znudzenie, a może to już nie to samo, co kiedyś. Nie chcę przestać blogować, ponieważ zwyczajnie to lubię, niemniej słabi mnie czasem ta cała internetowa otoczka. Jasne, zamiast biadolić, mogłabym usunąć fanpejdż i byłoby po sprawie, ale problem w tym, że traktuję go jako życiowy notatnik. Wpisuję tam dialogi z mężem i różne perypetie życiowe, z których nie ma co tworzyć osobnych wpisów na blogu. Sama sobie zawiesiłam stryczek na szyi, toteż muszę ciągnąć ten fejsowy wózek. Jednakowoż robię to bez presji i nie mam zamiaru nikogo chwytać za serce. Wystarczy mi uśmiech.

  Za niedługo moje urodziny i z tej okazji mąż zastanawia się nad prezentem dla żony. Wolał mnie wszakże zapytać, co mi się marzy, żeby nie dać plamy, jak mu się kilka razy zdarzyło. Myślałam o tych pragnieniach i byłam już prawie zdecydowana na wirtualny podarunek. Chciałam zainwestować w blog- dokładnie go odpicować, przejść na własną domenę i oddać go w ręce profesjonalistów, a przy okazji zmienić jego nazwę. Niestety, poszłam z mężem do centrum handlowego i zobaczyłam nowo otwarty butik z torebkami O bag. Wizja odświeżonego bloga odpłynęła w siną dal i wybrałam spersonalizowaną torbę, na którą miałam chęć od dawien dawna. Jak bardzo będzie spersonalizowana, tego jeszcze nie wiem, gdyż zdałam się na gust męża i mam nadzieję, że stanie na wysokości zadania. Realny świat zawsze będzie wiódł prym nad tym internetowym, więc na nową stronę będę musiała nieco poczekać. Albo i dłużej, ale to nieważne.

I jak, kupować te lajki :)?




zdjęcie- www.3dpretige.com

Obsługiwane przez usługę Blogger.