Kup lajki, zrób karierę

  Dostałam ofertę i to nie byle jaką! To jedna z tych propozycji, której nie powinnam odrzucić, bo druga taka okazja może już mi się nie przytrafić. Nie wiem dlaczego ten ktoś pomyślał akurat o mnie, ale jeśli sądził, że będę wdzięczna za troskę, to się pomylił. Krótko mówiąc, nie skorzystam z sugestii, za co podobno będę się jeszcze pluła w brodę. Zostałam zapytana drogą mailową, czy nie interesuje mnie kupno lajków na fejsie, jako że, cytuję, "powiększając liczbę fanów na portalu społecznościowym mogę zostać kimś". Dawno się tak nie uśmiałam.

  Czuję się kimś bez względu na to, co się dzieje ze mną w wirtualnym świecie. Nie gryzę się tym, że nie mam za sobą hordy fejsbukowych fanów, idę powoli, lecz do przodu i niepotrzebne mi są martwe internetowe dusze. Fajnie jest, kiedy ludzie polubiają mój profil sami z siebie, po co więc miałabym kupować lajki? Niedawno zaprosiłam kilku znajomych do mej strony i nie zobaczyłam żadnej reakcji, co trochę mnie zdołowało. Dopiero kiedy ochłonęłam, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam się czym przejmować. Nie każdy przecież musi doceniać mój minimalny wkład w blogosferę, zresztą większość znajomych się nią nie interesuje. Na darmo zatem te moje lamenty.

  Wiem, że na blogerki nadal patrzy się przez pryzmat lajków na fejsie. "Małe" kolegują się z innymi "małymi", "wielkie" trzymają sztamę i biada "małym" spróbować wejść w ich grono. Odrzucając proponowaną mi ofertę, odrzuciłam tym samym możliwość zrobienia fejsbukowej kariery. Jak nic ciapa ze mnie i to dokładna, bo za niedużą kwotę pieniędzy mogłam się nieźle ustawić. Oczywiście nikomu nie przyszłoby do głowy, że te kilka tysięcy lajków więcej w jeden dzień to nieuczciwa gra, tylko sympatia do mojej strony. No ba!

  Jakoś tak mam ostatnio, że spędzam coraz mniej czasu w internecie i odcięłam się od niektórych środowisk. Może to zmęczenie tematem, może znudzenie, a może to już nie to samo, co kiedyś. Nie chcę przestać blogować, ponieważ zwyczajnie to lubię, niemniej słabi mnie czasem ta cała internetowa otoczka. Jasne, zamiast biadolić, mogłabym usunąć fanpejdż i byłoby po sprawie, ale problem w tym, że traktuję go jako życiowy notatnik. Wpisuję tam dialogi z mężem i różne perypetie życiowe, z których nie ma co tworzyć osobnych wpisów na blogu. Sama sobie zawiesiłam stryczek na szyi, toteż muszę ciągnąć ten fejsowy wózek. Jednakowoż robię to bez presji i nie mam zamiaru nikogo chwytać za serce. Wystarczy mi uśmiech.

  Za niedługo moje urodziny i z tej okazji mąż zastanawia się nad prezentem dla żony. Wolał mnie wszakże zapytać, co mi się marzy, żeby nie dać plamy, jak mu się kilka razy zdarzyło. Myślałam o tych pragnieniach i byłam już prawie zdecydowana na wirtualny podarunek. Chciałam zainwestować w blog- dokładnie go odpicować, przejść na własną domenę i oddać go w ręce profesjonalistów, a przy okazji zmienić jego nazwę. Niestety, poszłam z mężem do centrum handlowego i zobaczyłam nowo otwarty butik z torebkami O bag. Wizja odświeżonego bloga odpłynęła w siną dal i wybrałam spersonalizowaną torbę, na którą miałam chęć od dawien dawna. Jak bardzo będzie spersonalizowana, tego jeszcze nie wiem, gdyż zdałam się na gust męża i mam nadzieję, że stanie na wysokości zadania. Realny świat zawsze będzie wiódł prym nad tym internetowym, więc na nową stronę będę musiała nieco poczekać. Albo i dłużej, ale to nieważne.

I jak, kupować te lajki :)?




zdjęcie- www.3dpretige.com

Obsługiwane przez usługę Blogger.