Kura domowa przebojowa

 Nadeszła jesień, a wraz z nią zapukała do domu melancholia. Zastanawiam się, kim jestem i co ja tu robię, a potem patrzę na moje dwa małe szczęścia i wiem, że życie ma sens. Jestem ubrana w płaszcz kury domowej i coraz mocniej mnie on uwiera. Byłam ostatnio coś załatwić w urzędzie i na pytanie, czym się zajmuję, odpowiedziałam, że wychowuję dzieci. "A więc casalinga" ("pani domu" po włosku), uśmiechnęła się urzędniczka i wpisała to do akt. Casalinga... bywa, że nie znoszę tego słowa, bo kojarzy mi się ono ze stagnacją. Chciałabym zrobić krok do przodu i być nie tylko matką, ale nie wiem, jak się za to zabrać. Stanęłam w miejscu i nie za bardzo mi się to podoba.

  Z niecierpliwością wypatruję wiosny. Po prawie sześciu latach oczekiwana i próby okiełznania przeze mnie Genui, w końcu mogę być pewna, że nastąpi przełom i się wyprowadzimy. Jeszcze nie wiem dokąd i nie mam pojęcia, jak daleko będziemy musieli się udać, ale jedno jest pewne- to są nasze ostatnie miesiące na ulicy Burlando. Być może zostaniemy w Ligurii (choć wierzę, że tak się nie stanie), a być może poniesie nas w siną dal, kto wie. Czekam na zmiany pełna nadziei i gorąco pragnę zamieszkać bliżej rodziny (obojętnie jakiej). Bo człowiek oderwany od korzeni już zawsze będzie tęsknił. Za krajem, za bliskimi, czy nawet za zapachem ulubionej potrawy, chociaż wydaje się to trywialne. A mąż i ja jesteśmy tacy trochę dzicy tutaj- niby nas zaakceptowano, a jednak mamy wrażenie, że nie pasujemy do większości. Takie dwie poszukujące dusze z nas.

  Chciałabym wrócić do Polski, lecz jednocześnie zadaję sobie pytanie, jak dałby sobie radę w moim kraju Myster Pi. Nie zna języka, nie jest przyzwyczajony do minusowych temperatur, poza tym musielibyśmy zacząć wszystko od zera. W Italii mamy fundamenty, na których możemy się oprzeć, aczkolwiek nie są one zbyt stabilne. Dzieci szybko przyzwyczajają się do nowości i o córeczki jestem spokojna, ale jak my to sobie poukładamy, tego nie umiem przewidzieć. Genua jest przystankiem w naszej życiowej wędrówce i czas wreszcie gdzieś zapuścić korzenie na dobre. A zapuścimy tam, gdzie będzie praca, nawet gdyby miało to być na drugim końcu ziemi. Ufam przy tym, że nie wypadłam całkowicie z rynku, choć jestem świadoma, iż ponad pięć lat spędzonych w domu nie dodają atrakcji mojemu (i tak już skromnemu) CV. Zbliżam się do czterdziestki i co mogę zaoferować potencjalnemu pracodawcy? Doprawdy nie mam pojęcia!

  Jednakowoż uważam (tak trochę paradoksalnie), że bycie kurą domową z prawdziwego zdarzenia coś tam mi dało. Przedtem byłam nierozgarnięta (no dobra, nadal jestem) i na większość rzeczy miałam, kolokwialnie mówiąc, wyjechane, a teraz zwyczajnie nie mogę. Mam dzieci i muszę być dla nich podporą. Aby udowodnić, że bycie opiekunką (lub jak kto woli, boginią) domowego ogniska to nie jest bułka z masłem, przygotowałam listę na ten temat. Kura domowa bez wątpienia brzmi dumnie i niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest inaczej. Przeczytajcie zresztą sami, jak dużo mi dało siedzenie w domu:

1. Nauczyłam się planować i organizować. Odkąd pamiętam, zawsze szłam na żywioł i wolałam spontan, niż misternie przygotowany plan dnia. Wszystko to wzięło w łeb, kiedy zajęłam się domem i zostałam matką. Teraz jestem samozwańczą mistrzynią programowania, planuję rzeczy z miesięcznym wyprzedzeniem i z dumą mogę powiedzieć, że nadawałabym się do roboty w korpo, a co (znaczy a kysz, bo tam mnie nie ciągnie).

2. Coraz bliżej mi do tytułu mistrzyni patelni. Pięć lat temu miałam nikłe pojęcie o gotowaniu, natomiast dzisiaj nawet zaczęłam to lubić. Nie, żebym nagle się zakochała w garach, gdyż to chyba nigdy nie nastąpi, niemniej potrafię nie tylko zaparzyć wodę na herbatę. Udaje mi się przyrządzić jakieś potrawy i do tej pory nikogo nie otrułam, a domu nie puściłam z dymem, więc będą ze mnie ludzie. Na prestiżowe stanowisko "chefa" póki co nie mam żadnych szans, za to na pomoc kuchenną bądź pomywaczkę jak najbardziej.

3. Ujarzmiłam potwora, czyli polubiłam sprzątanie. No, powiedzmy, że prawie polubiłam, ponieważ nie miałam innego wyjścia. Moje mieszkanie nie lśni nieskazitelną czystością, ale jest posprzątane i bałagan w nim umiarkowany. Rano ogarniam dom i przez pół dnia jakoś się trzyma, a później Gaja wraca z przedszkola i zaczyna się na nowo. Chaos znowu króluje, ze wszech stron otaczają mnie zabawki, które Gaja roznosi po wszystkich kątach, a ja zanoszę je  powrotem na miejsce. Nie wiem, po co to robię, jako że nie ma to sensu, lecz przynajmniej się ruszam. Na pielęgniarkę środowiskową nadawałabym się idelanie.

4. Odkryłam w sobie zdolności aktorskie. Tak, tak i to niemałe. Ostatnio zauważyłam, że zaczęłam przemieniać się w czarownicę. Torebkę zamieniłam na miotłę, na głowie coraz częściej układa mi się mop (i tylko pryszcza na nosie brakuje), a nad markowe ubrania preferuję domowe wyciory. Słowem, niezła ze mnie wiedźma, która nie tyle straszy, co bawi, zwłaszcza starszą córeczkę. Gdy wymyślam jej bajkę i przekonuję, że jestem Babą Jagą zaklętą w skórze matki, śmieje się do rozpuku i natychmiast zasypia. Spokojnie odlatuję do swojej dziupli (czytaj odpocząć na kanapie) i zastanawiam się, jak wystraszyć męża.

5. Przekonałam się, że mam w sobie niezmierzone pokłady cierpliwości. Przedtem nie byłam tego pewna, bo jestem z gatunku pospolitych wiercipiętek. Nie potrafię usiedzieć na miejscu, czekanie mnie dołuje i szybko się nudzę. Status kury domowej spowodował, że zmieniło się moje podejście i dzisiaj cierpliwość jest moją mocną stroną. Przeistoczyłam się w ostoję spokoju, mogę godzinami nic nie robić, a córeczki spowodowały, że spokorniałam. Nie gryzę się niepotrzebnie i mam dystans do świata, a to dla mnie powód do radości. Mogłabym pracować w dziale obsługi klienta i odniosłabym niewątpliwy sukces.

  Nie jest tragicznie, prawda? Bycie prostą casalingą udowodniło mi, że mogę robić mnóstwo rzeczy i mam spore predyspozycje w każdej dziedzinie. Nie załamujcie się więc, drogie niepracujące mamy, bo każda z nas jest wyjątkowa i potrafi zdziałać cuda. Będzie dobrze!

Uwielbiam jesień! (zdj.MeteoWeb)

Obsługiwane przez usługę Blogger.