25-ty listopad, gdy niebo płacze...

by 25 listopada
  Jest taki Dzień, który nie powinien być obchodzony. Jest taki Dzień, który osobom go "świętującym" przysparza jedynie cierpień. Jest taki Dzień, kiedy zastanawiam się, jak to jest z tym rodzajem męskim i dochodzę do wniosku, że nie każdy mężczyzna zasługuje na to miano. To Międzynarodowy Dzień Przemocy Wobec Kobiet, jeden z najsmutniejszych dni w roku. We Włoszech problem przemocy jest naprawdę poważny i tylko w 2016 roku odnotowano 107 przypadków zabójstw kobiet, a rok jeszcze się nie skończył. Zjawisko to nazywa się "femminicidio" (kobietobójstwo) i nie zanosi się na to, by mogło być powstrzymane. Mężczyźni, uważający kobiety za swoją własność, nie mogą się pogodzić z ich odejściem, więc je mordują. Bez krzty litości i z zimną krwią, w myśl zasady- nie jesteś już moja, ale nikt inny też cię nie dotknie.

  22-letnia Sara została spalona żywcem przez byłego chłopaka. Zatrzymał ją, kiedy wracała autem do domu, przywiązał do siedzenia, a następnie oblał denaturatem i podpalił. Później wrócił jak gdyby nigdy nic do pracy, gdzie próbował stworzyć sobie alibi. Kiedy go złapano, opowiedział z przerażającą wręcz obojętnością, jak zamordował Sarę i przyznał, że motywem zbrodni była zazdrość. Nie potrafił znieść, że Sara z nim zerwała i związała się z kimś innym. Dlatego właśnie ją zabił. 

  24-letnia stewardessa Mariana padła ofiarą byłego męża, który zamordował ją, strzelając do niej z bliskiej odległości. Mariana poznała męża w Niemczech, gdzie pracowała i po trzech latach związku postanowiła od niego odejść. Wróciła do Włoch, zamieszkała z rodzicami i pragnęła ułożyć sobie życie na nowo, lecz eks mąż jej na to nie pozwolił. Powodem zabójstwa również była chorobliwa i obsesyjna zazdrość mężczyzny. 

  38-letnią Carlę zaatakował po kłótni narzeczony. Wyjął zapalniczkę, podpalił Carlę na ulicy i uciekł z miejsca zdarzenia. Dziewczynę znalazł sąsiad, który zadzwonił po pomoc i dzięki szybkiej interwencji lekarzy udało się uratować Carlę wraz z jej córeczką. Carla była bowiem w ósmym miesiącu ciąży, lecz nie przeszkodziło to jej oprawcy, nota bene ojcu dziecka, w dokonaniu zbrodni. Carla została matką w dramatycznych okolicznościach, a córeczkę mogła zobaczyć dopiero kilka miesięcy po porodzie. Partner Carli nie poczuwał się absolutnie do winy, a nawet przyznał się do tego, że planował ją zabić wcześniej, potrącając autem na pasach. Rozmyślił się jednak i "zafundował" jej "tylko" podpalenie, nie miało ono wszakże na celu morderstwa, a zastraszenie. Cóż za szlachetna postawa! Mężczyzna został skazany na 18 lat więzienia. Jedynie 18 lat. Carla, przepiękna dziewczyna, do końca życia będzie już okaleczona. 


  Takich przykładów są tysiące. Każda z ofiar zostawiła niezapisane stronice w swej życiowej książce, każda z ofiar opuściła osoby, które kochała, każda z ofiar nie miała możliwości obrony. Każda z ofiar została zamordowana w imię chorej miłości...

  Femminicidio się nie skończy, gdyż kary dla oprawców są tak niskie, że aż śmieszne. Przemoc wobec kobiet będzie się rozszerzać, ponieważ istnieją osoby rozgrzeszające katów. "Mój syn zabił, ale nie jest potworem, nie oceniajcie go tak łatwo"- te słowa słyszy się niejednokrotnie i tym bardziej one bolą, bo padają z ust innych kobiet. Matczyna miłość bywa bardzo ślepa, niemniej usprawiedliwianie zabójstwa jest niewybaczalne i jest policzkiem dla rodzin ofiar. 

  Przemoc ma różne oblicza. Drogie kobiety, nie wierzcie mężczyznom, którzy Was biją, a potem mówią, że to był ostatni raz, po czym błagają o wybaczenie. Miłość nie stosuje pięści, pamiętajcie o tym. Nie słuchajcie ich, gdy zabraniają Wam założyć mini, nie gódźcie się na zamykanie w domu. Nie dajcie się zastraszyć, nie bądźcie bierne i odważcie się uciec od domowych tyranów. Oni się nie zmienią, a jeśli tak, to tylko na gorsze. Oni nie pozwolą Wam odejść, nie łudźcie się. To Wasze życie i jest ono wyłącznie w Waszych rękach, partnerstwo zaś oznacza równość, a nie dominację agresywnych maczo. Wiedzcie o tym, że żaden mężczyzna nie jest wart tego, aby przez niego cierpieć, zwłaszcza wtedy, gdy się kocha. Nie bójcie się zgłosić dzisiaj po pomoc, bo jutra może już nie być...
  

czerwone szpilki, symbolizujące ofiary femminicidia

To nie jest kraj dla zwykłych Włochów

by 22 listopada
  Kwestia uchodźców budzi skrajne emocje nie tylko w Polsce. W Italii też, chociaż Włosi mają podstawy do tego, aby mieć pretensje do rządu. U nas się tylko mówi, u nich natomiast się dzieje i to dzieje się na całego. Włosi nigdy nie byli rasistami i nazywanie ich tak jest zwyczajnym przegięciem, niemniej stało się- mają oni dość nielegalnych imigrantów. I jeśli coś się w tej sprawie nie zmieni, za niedługo będziemy świadkami rewolucji. A nastroje są jakie są, gdyż rząd leci w kulki i zmusza ludzi do przyjmowania coraz większej ilości uchodźców. Problem w tym, że tacy z nich uchodźcy jak ze mnie diva. To imigranci ekonomiczni, którzy przypływają tutaj, bo szerzy im się propagandę, że w Italii dostaną wszystko gratis. No i dostają, a Włosi zostają- na lodzie.

  W tym roku do Włoch przybyło drogą morską około 175 tysięcy osób i tylko 10 procent z nich to uchodźcy. Reszta to imigranci ekonomiczni, a kraje ich pochodzenia nie toczą żadnych wojen, nie ma w nich nawet skrajnej biedy. Młodzi mężczyźni (kobiet i dzieci jest niewiele) żeby wejść na pokład barki, która zawiezie ich do Italii, muszą zapłacić niemałą kwotę (waha się ona od 10-ciu do 15 tysięcy euro). Ktoś więc na tym interesie nieźle zarabia, a rząd wspiera ten przestępczy proceder. Wiecie, że kobiety przyjeżdżające do Włoch, żeby spłacić dług, lądują później na ulicy (dla mniej kumatych- zmuszane są do prostytucji)? Na pewno nie wiecie, bo nikt o tym głośno nie mówi, tak samo jak o tym, że nielegalna imigracja to niebotyczny, liczony w miliardach euro, biznes.

  Włosi to naród opuszczony przez własny rząd. Drobni przedsiębiorcy, którzy są przecież siłą napędową Italii, zostają obłożeni coraz większymi podatkami i w związku z tym muszą zamykać interesy, a niektórzy z nich lądują na ulicy. Mieszkają w samochodach, ich domy idą pod młotek za śmieszne pieniądze i nikt nie pochyla się nad ich cierpieniem (odnotowano już kilka przypadków samobójstw). Nielegalnych zaś imigrantów kwateruje się w hotelach lub ośrodkach, gdzie zbijają bąki, lecz według nich to i tak za mało. Protestują, wyzywają Włochów od najgorszych, domagają się smartfonów oraz afrykańskiego jedzenia, ponieważ włoski makaron jest niedobry. Czy tak zachowują się ludzie uciekający przed wojną i głodem? Ich roszczeniowa postawa razi zwykłych obywateli, zmagających się na co dzień z biedą i bezrobociem. Włochom w potrzebie nikt nie daje nic za darmo, ani nie umieszcza w hotelach. Muszą sobie radzić sami.

  Tak, wiem, biedniejszym trzeba pomagać, jednak w sytuacji, gdy rząd przestał się przejmować społeczeństwem i zamiast tego zajął się fałszywymi uchodźcami, ta pomoc powoli odbija się czkawką. Imigranci są transportowani na półwysep, a potem rozrzucani po całym kraju, oczywiście z daleka od willi włoskich notabli. Kiedy padł pomysł, by około 30 imigrantów zasiedlić obok nadmorskich daczy polityków, od razu padł on śmiercią naturalną, bowiem w okolicy nie było godnych warunków do przystosowania gości (akurat). Tymczasem gdy rzecz dotyczy normalnych Włochów, nikt nie ma skrupułów i umieszcza imigrantów w ich sąsiedztwie, rzecz jasna bez pytania. Wyobraźcie sobie, że do bloku, w którym mieszkacie nagle przybywa 50 młodych mężczyzn. Wyobraźcie sobie, że ceny Waszych mieszkań spadają przez to na łeb na szyję. Wyobraźcie sobie, że nie macie nic do gadania i nikogo nie obchodzi, że w kamienicy mieszka więcej imigrantów niż Was samych. Wyobraźcie sobie, że ludzie, których zaprosiliście do domu, zaczynają w nim rządzić, a Wy musicie siedzieć cicho. A teraz postawcie się na miejscu Włochów. Nadal się dziwicie, że się wkurzają? Gdyby w moim sąsiedztwie znienacka zamieszkałoby kilkadziesiąt młodych facetów, o których nic nie wiadomo, również nie skakałybym z radości. I gdzie w tym rasizm?

  Właśnie, rasizm... Trochę zapędziliśmy się w kozi róg z tym rasizmem. To słowo jest nadużywane i nadinterpretowane, jako że niechęć do imigrantów nie jest spodowodowana ich kolorem skóry, czy wyznaniem. Łatwo jednak oskarżyć człowieka o poglądy rasistowskie, zwłaszcza gdy na problem imigrantów spogląda się z Polski, gdzie uchodźców jest niewiele. Włosi mają po dziurki w nosie tłumaczenia wszem wobec, że nie są wielbłądami, bo nimi nie są, tak samo ja nie jestem, ani mój mąż, sąsiedzi, rodzina męża, pani w mięsnym i mogłabym tak wyliczać do znudzenia. Uważam, że należy pomagać, ale trzeba to robić z głową, a nie tracić nad tym kontroli. Prawdziwe ofiary głodu i wojny nigdy tu nie przyjadą, gdyż są na to za słabe, a przypływają tu najsprytniejsi. Na dobrą sprawę nie wiemy, kim są, ponieważ nie mają przy sobie żadnych dokumentów. Może to groźni przestępcy uciekający przed wyrokiem sprawiedliwości? A może niektórzy z nich to potencjalni terroryści chcący zrobić wielkie kuku (potwierdził to zresztą włoski Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano)? Odnoszę wrażenie, że Italia to trochę taki Koń Trojański dzisiejszej Europy. Oby rząd się przebudził, zanim będzie za późno.













Dlaczego "Harry Potter i przeklęte dziecko" mnie rozczarował?

by 12 listopada
  Dawno temu, kiedy mieszkałam w Polsce i była ze mnie pospolita mugolka, wpadła mi do ręki pierwsza część książki o małym czarodzieju. Właściwie nie tyle wpadła, co przyszła pocztą, jako że wygrałam ją w konkursie Gazety Wyborczej, którą wtedy jeszcze prenumerowałam. A skoro ją dostałam, nie wypadało jej nie przeczytać, mimo że wcale nie miałam na to chęci. Tak jednak mam, że czytam wszystko, więc i Harry'ego Pottera postanowiłam przetrawić. Byłam pewna, że książka mi się nie spodoba, bo wyrobiłam sobie o niej zdanie na podstawie relacji krytyków literackich, twierdzących z absolutnym przekonaniem, że to chłam.

  Jak się okazało, nie mieli oni racji, przynajmniej w mojej opinii, ponieważ książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Szybko też sięgnęłam po następną część i tak do ostatniej, a gdy skończyłam- ogarnęła mnie pustka. Zagadka się wyjaśniła i nic nie zapowiadało na to, że dalsze losy Pottera i spółki ujrzą kiedyś światło dziennie. A jednak! Minęło trochę czasu i na rynku pojawiła się książka, na którą fani serii (w tym i ja) czekali z wielką niecierpliwością. "Harry Potter i przeklęte dziecko" ukazuje nam magiczny świat kilkanaście lat po obaleniu Lorda Voldemorta i ma się niestety nijak do finezji i wyobraźni dzieł J.K. Rowling. Nowe przygody czarodziejów bardzo mnie rozczarowały i to nie ze względu na fakt, że są napisane w formie sztuki teatralnej. Nie umiem się pogodzić z tym, że z kapitalnych dzieciaków wyrośli beznadziejni dorośli i (jak w przypadku wybrańca Harry'ego) niefajni rodzice. 

(UWAGA! SPOILERY!)

  Bohaterem książki wcale nie jest Harry Potter, lecz jego najmłodszy syn- Albus Severus, dla którego sławny ojciec nie jest żadnym oparciem. Harry nie próbuje nawet zrozumieć, co czuje mały Albus, osamotniony w swej szkolnej wędrówce (trafił do Slytherinu) i żyjący z piętnem bycia synem tego Pottera. Harry ma gdzieś Albusa i jest po prostu- chociaż trudno to zaakceptować- złym ojcem. Ten sam Harry, mający za sobą ciężkie doświadczenia i okrutne dzieciństwo, dał ciała jako rodzic. Prawdą jest, że Potter nigdy nie był przesadnie wrażliwy, niemniej nie chce mi się wierzyć, że mógł olewać swego syna. Zrobił się z niego nudny, niezłomny, ważny i wiecznie zapracowany urzędnik Ministerstwa Magii. A skoro wspominam Ministerstwo, to muszę nadmienić, że na jego czele stanęła Hermiona Granger. Tak, tak, Hermiona, która niegdyś miała w pogardzie cały urząd i nie planowała w nim pracować. Tak się dziwnie złożyło, że została jego szefową.

  Z trójki bohaterów cyklu broni się jedynie Ron Weasley, zawsze tak samo dowcipny i sympatyczny. Tylko on zachował dawnego "potterowskiego" ducha i nie zawiódł moich oczekiwań, chociaż rzadko się pojawia na kartach książki. Między Ronem a jego ambitną żoną istnieje zawodowa przepaść- podczas gdy Hermiona pchnie się po szczeblach kariery, Ron pracuje w sklepie z Magicznymi Dowcipami, ale jak to on, raczej się nie przejmuje, że stoi w cieniu ukochanej żony. Hermiona stworzona przez Rowling to inteligentna i ambitna czarownica, nie brakuje jej jednak uroku osobistego, natomiast Hermiona z "Przeklętego dziecka" to irytująca ze wszech miar oraz nudna jak flaki z olejem pani minister. Nie tak ją sobie wyobrażałam.

  Fabuła powieści jest nieco zawiła, a to z racji licznych podróży w czasie małych bohaterów książki, dlatego trzeba czytać ją uważnie. Dzięki zmieniaczowi czasu, który Albus zdobył wraz ze swym najlepszym przyjacielem- Scorpiusem Malfoyem (synem Draco) przenosimy się do wydarzeń z Turnieju Trójmagicznego, poznajemy też alternatywną rzeczywistość, gdzie rządzi nie kto inny, jak sam Lord Voldemort, a Cedrik Diggory jest śmierciożercą. Jakby tego było mało, odkrywamy nieznane oblicze Severusa Snape'a- okazuje się, że mistrz eliksirów potrafi się uśmiechać, być miły i prawie wzruszony tym, że Harry nazwał syna na jego cześć. Spłaszczenie zawiłej i fascynującej osobowości Snape'a mocno mnie dotknęło, bo to moja ulubiona postać serii i nie widzę go w roli dobrego wujaszka. Prawdziwy Snape byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że syn Pottera nosi jego imię i nawet jeśliby jakimś cudem odczuwał z tego powodu odrobinę dumy, nigdy by tego po sobie nie dał poznać.

  Autorzy "Przeklętego dziecka" zapomnieli o paru kluczowych postaciach. Nie ma Hagrida, a każdy miłośnik Pottera wie, że bez Hagrida to nie to samo. Brak Luny Lovegood, którą zawsze widziałam u boku Harry'ego zamiast tej jędzy Ginny (według mnie to najgorsza postać cyklu ever- wredna, niemiła, próżna, opryskliwa, złośliwa, mściwa- jak przyznał Ron, charakterem pasowała do Slytherinu). Nie pojawia się Neville Longbotton ani tak lubiani przeze mnie bracia Rona, nie wiemy również, co słychać u Teddy'ego Lupina. W zamian dostajemy Draco Malfoya po liftingu duszy- onegdaj największa szumowina Howgartu przeszła metamorfozę i dzięki niej Malfoy jest o wiele ciekawszy i godny uwagi od wkurzającego Harry'ego Pottera. Syn Malfoya Scorpius to całkiem fajny gość i szybko zaskarbił sobie moją sympatię. Zaprzyjaźnił się z Albusem w pociągu wiozącym ich do szkoły (historia zatoczyła swe koło) i stali się nierozłączni, ku utrapieniu Harry'ego. A potem zachciało im się pomóc odzyskać syna cierpiącemu ojcu i postanowili zacząć działać. Czy im się udało? O tym przekonacie się, czytając "Przeklęte dziecko".


  

Drżący&Kabanos na tropie pewnej blogerki

by 02 listopada
Słynny projektant Dobrosław Drżący nie miał zbyt dobrego humoru, a właściwie mówiąc to nie miał go wcale. Jego ostatnia kolekcja okazała się klapą i zalegała sklepowe półki, gdyż nawet pies z kulawą nogą się nią nie interesował. Szefowa "Woka" Anna Wilczur ostentacyjnie olewała Drżącego i nie odbierała od niego telefonów, muza stylisty Heidi Plum Plum nie zamierzała z nim więcej współpracować, a jego wspólnik i były życiowy partner Szczepan Kabanos bardziej zajmował się nowym kochankiem, niż upadkiem firmy. Nic więc dziwnego, że Drżący z coraz większą grozą spoglądał w przyszłość i desperacko szukał rozwiązania, które pomogłoby mu wyjść z impasu i być znowu na topie. Na domiar złego długi rosły, a projektant, przyzwyczajony przecież do wygód wszelakich, nie mógł tak po prostu z nich zrezygnować. "Luksusowe życie to ogromny stres"- wspominał w myślach święte słowa kultowej modelki Renulki. "Muszę coś zrobić z tym fantem, inaczej czekają mnie autobusy i bratanie się z plebsem, a to poniżej mojej godności".

Tak rozważając, Drżący postanowił zacząć działać. Włączył przeglądarkę, wpisał hasło "moda na szczycie", poczekał na rezultaty i... aż otworzył usta ze zdziwienia. Na ekranie bowiem pojawiła się kolekcja-marzenie, dopracowana w każdym szczególe i stary wyjadacz Drżący od razu poznał, że ma ona wielki potencjał. "To niesamowite"- dumał- "właśnie coś takiego jest mi teraz potrzebne"! Spojrzał przy tym na adres strony, przeczytał słowo "blog" i zadumał się po raz kolejny. Nic mu nie przychodziło do głowy, jako że blogosfera była dla niego czymś nieznanym, tak samo jak autorka tej wspaniałej kolekcji. "Katarzyna Targosz, Matka na Szczycie"- mruczał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany- "Nie wiem, kim jesteś, ale masz kobieto talent, choć tego akurat mówić ci nie zamierzam". Szybko zadzwonił do Kabanosa, ściągnął go do siebie i obaj powzięli niecny plan przywłaszczenia sobie ubrań wykonanych przez Katarzynę Targosz. "Jestem przekonany, że się nie pokapuje"- drwił cynicznie Drżący- "mieszka na prowincji, tworzy jakieś blagi i nie ma pojęcia, czym jest wielki świat. Nie dowie się o naszej pożyczce, bo i tak na pewno nie czyta prasy" I Drżący wraz z Kabanosem bez skrupułów splagiatowali kolekcję Matki na Szczycie, nie spodziewając się nawet, komu tak naprawdę się narazili. 

Tymczasem autorka, która wiodła spokojny żywot w polskich górach, faktycznie nie była świadoma kradzieży, jakiej dopuściła się para projektantów. Pisała swoją następną powieść i nie śledziła ostatnich trendów w modzie, a duet Drżący&Kabanos nigdy nie należał do jej ulubieńców. Tak się jednak złożyło, że dostała zaproszenie na najnowszy pokaz projektantów, ponieważ jej dobra znajoma, dziennikarka Katarzyna Przemyt, podarowała jej wejściówki na to wydarzenie. Matka na Szczycie wybrała się więc na rewię mody razem z przyjaciółką- Gosią Jurną, znaną w internetach jako Antyglobalistka i obie doznały niemałego wstrząsu, gdy zobaczyły "metody" pracy Drżącego i Kabanosa. "Nie ujdzie im to na sucho"- zagrzmiała Antyglobalistka- "Nie wiedzą, dranie, komu podpadli"! Katarzyna Targosz, zszokowana zaistniałą sytuacją, przysięgła zemstę złodziejom jej kolekcji. "Już mnie popamięta ta para pseudo- stylistów"- wkurzała się utalentowana autorka. I jak pomyślała, tak zrobiła.

Na początku Matka na Szczycie chciała rozwiązać sprawę polubownie, czyli zmusić stylistów do przeprosin i rekompensaty za poniesione straty, lecz Drżący i Kabanos mieli gdzieś jej prośby. Nie odpowiadali na jej wiadomości, nie odbierali telefonów i żeby ją przestraszyć, próbowali włamać się na jej fejsbukowe konto. Skradziona kolekcja cieszyła się niesamowitym powodzeniem, a jej kulminacją miał być pokaz w stolycy, gdzie zdesperowana Katarzyna zamierzała się udać. Znowu miała jej towarzyszyć Antyglobalistka, która wspierała Matkę na Szczycie z całych sił, a w dodatku okazała się kopalnią pomysłów. Przygotowała transparent szykanujący projektantów i gdy Katarzyna Targosz zobaczyła Gosię wymachującą flagą, wpadła w doskonały humor.

Lepsze pączki i precelki
Niż śmierdzące frankfuterki!

"Nie znalazłam rymu do kabanosa"- tłumaczyła Antyglobalistka, po czym niechcący rąbnęła transparentem przechodzącego obok Dobrosława Drżącego. Projektant nie zdążył zaprotestować, bo właśnie ujrzał Katarzynę Przemyt wraz z grupką kobiet wykrzykujących:

Zamiast wcinać kabanosy
Wolę iść na sianokosy!

Szczepanowi Kabanosowi nie udało się uciszyć wrzeszczącego tłumu, a Drżący w myślach poprzysiągł zemstę "roszczeniowym babskom". Nie mógł jednak wyprosić ich z pokazu i robił dobrą minę do złej gry, widząc Matkę na Szczycie siedzącą w pierwszym rzędzie i oklaskującą "jego" wybitne dzieła. Kiedy zaś zobaczył, że przysiadł się do niej sam Don Koralone, natychmiast do niego podszedł i zaprosił go na scenę. 

-Drodzy państwo- przemówił- mam zaszczyt przedstawić naszego honorowego gościa, wielkiego znawcę mody i konesera piękna, niepospolitego człowieka i mojego osobistego przyjaciela"'! Wprost z Neapolu, specjalnie na nasz pokaz, przyjechał nie kto inny, jak Don Koralone!

W tym momencie Don Koralone szepnął coś do ucha styliście. Drżący, gdy usłyszał, co groźny mafioso miał mu do przekazania, przełknął ze strachu ślinę i zadrżał z przerażenia. Szczepan Kabanos też miał nietęgą minę, a publiczność obecna na pokazie domagała się powtórzenia słów Koralone. Projektanci nie mieli wyjścia i musieli oznajmić wszem wobec, iż zapożyczyli sobie projekty od obecnej na widowni Matki na Szczycie, która błyskawicznie została otoczona wianuszkiem fanów. 

-Nasze rachunki zostały wyrównane- uśmiechnął się do niej Don Koralone- znowu możemy walczyć po dwóch stronach barykady.

I wyszedł z pokazu, a Matka na Szczycie zastanawiała się, co takiego kombinuje Ojciec Chrzestny włoskiego podziemia. Antyglobalistka i Katarzyna Przemyt natomiast zostały wyróżnione prestiżowym tytułem Weganek Roku, mimo że wcale wegankami nie były. Ich hasła tak podziałały na wyobraźnię wegańskiego jury, że zdecydowano się je nagrodzić. 


Ciąg dalszy być może kiedyś nastąpi. Wszelkie podobieństwa nieprzypadkowe i zamierzone. 

Wpis dedykuję dzisiejszej solenizantce, dzięki której czasem dopada mnie natchnienie. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, droga Kasiu!

Takich pięknych zdjęć to ja nie robię, autorka www.matkanaszczycie.pl








Obsługiwane przez usługę Blogger.