Dlaczego "Harry Potter i przeklęte dziecko" mnie rozczarował?

  Dawno temu, kiedy mieszkałam w Polsce i była ze mnie pospolita mugolka, wpadła mi do ręki pierwsza część książki o małym czarodzieju. Właściwie nie tyle wpadła, co przyszła pocztą, jako że wygrałam ją w konkursie Gazety Wyborczej, którą wtedy jeszcze prenumerowałam. A skoro ją dostałam, nie wypadało jej nie przeczytać, mimo że wcale nie miałam na to chęci. Tak jednak mam, że czytam wszystko, więc i Harry'ego Pottera postanowiłam przetrawić. Byłam pewna, że książka mi się nie spodoba, bo wyrobiłam sobie o niej zdanie na podstawie relacji krytyków literackich, twierdzących z absolutnym przekonaniem, że to chłam.

  Jak się okazało, nie mieli oni racji, przynajmniej w mojej opinii, ponieważ książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Szybko też sięgnęłam po następną część i tak do ostatniej, a gdy skończyłam- ogarnęła mnie pustka. Zagadka się wyjaśniła i nic nie zapowiadało na to, że dalsze losy Pottera i spółki ujrzą kiedyś światło dziennie. A jednak! Minęło trochę czasu i na rynku pojawiła się książka, na którą fani serii (w tym i ja) czekali z wielką niecierpliwością. "Harry Potter i przeklęte dziecko" ukazuje nam magiczny świat kilkanaście lat po obaleniu Lorda Voldemorta i ma się niestety nijak do finezji i wyobraźni dzieł J.K. Rowling. Nowe przygody czarodziejów bardzo mnie rozczarowały i to nie ze względu na fakt, że są napisane w formie sztuki teatralnej. Nie umiem się pogodzić z tym, że z kapitalnych dzieciaków wyrośli beznadziejni dorośli i (jak w przypadku wybrańca Harry'ego) niefajni rodzice. 

(UWAGA! SPOILERY!)

  Bohaterem książki wcale nie jest Harry Potter, lecz jego najmłodszy syn- Albus Severus, dla którego sławny ojciec nie jest żadnym oparciem. Harry nie próbuje nawet zrozumieć, co czuje mały Albus, osamotniony w swej szkolnej wędrówce (trafił do Slytherinu) i żyjący z piętnem bycia synem tego Pottera. Harry ma gdzieś Albusa i jest po prostu- chociaż trudno to zaakceptować- złym ojcem. Ten sam Harry, mający za sobą ciężkie doświadczenia i okrutne dzieciństwo, dał ciała jako rodzic. Prawdą jest, że Potter nigdy nie był przesadnie wrażliwy, niemniej nie chce mi się wierzyć, że mógł olewać swego syna. Zrobił się z niego nudny, niezłomny, ważny i wiecznie zapracowany urzędnik Ministerstwa Magii. A skoro wspominam Ministerstwo, to muszę nadmienić, że na jego czele stanęła Hermiona Granger. Tak, tak, Hermiona, która niegdyś miała w pogardzie cały urząd i nie planowała w nim pracować. Tak się dziwnie złożyło, że została jego szefową.

  Z trójki bohaterów cyklu broni się jedynie Ron Weasley, zawsze tak samo dowcipny i sympatyczny. Tylko on zachował dawnego "potterowskiego" ducha i nie zawiódł moich oczekiwań, chociaż rzadko się pojawia na kartach książki. Między Ronem a jego ambitną żoną istnieje zawodowa przepaść- podczas gdy Hermiona pchnie się po szczeblach kariery, Ron pracuje w sklepie z Magicznymi Dowcipami, ale jak to on, raczej się nie przejmuje, że stoi w cieniu ukochanej żony. Hermiona stworzona przez Rowling to inteligentna i ambitna czarownica, nie brakuje jej jednak uroku osobistego, natomiast Hermiona z "Przeklętego dziecka" to irytująca ze wszech miar oraz nudna jak flaki z olejem pani minister. Nie tak ją sobie wyobrażałam.

  Fabuła powieści jest nieco zawiła, a to z racji licznych podróży w czasie małych bohaterów książki, dlatego trzeba czytać ją uważnie. Dzięki zmieniaczowi czasu, który Albus zdobył wraz ze swym najlepszym przyjacielem- Scorpiusem Malfoyem (synem Draco) przenosimy się do wydarzeń z Turnieju Trójmagicznego, poznajemy też alternatywną rzeczywistość, gdzie rządzi nie kto inny, jak sam Lord Voldemort, a Cedrik Diggory jest śmierciożercą. Jakby tego było mało, odkrywamy nieznane oblicze Severusa Snape'a- okazuje się, że mistrz eliksirów potrafi się uśmiechać, być miły i prawie wzruszony tym, że Harry nazwał syna na jego cześć. Spłaszczenie zawiłej i fascynującej osobowości Snape'a mocno mnie dotknęło, bo to moja ulubiona postać serii i nie widzę go w roli dobrego wujaszka. Prawdziwy Snape byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że syn Pottera nosi jego imię i nawet jeśliby jakimś cudem odczuwał z tego powodu odrobinę dumy, nigdy by tego po sobie nie dał poznać.

  Autorzy "Przeklętego dziecka" zapomnieli o paru kluczowych postaciach. Nie ma Hagrida, a każdy miłośnik Pottera wie, że bez Hagrida to nie to samo. Brak Luny Lovegood, którą zawsze widziałam u boku Harry'ego zamiast tej jędzy Ginny (według mnie to najgorsza postać cyklu ever- wredna, niemiła, próżna, opryskliwa, złośliwa, mściwa- jak przyznał Ron, charakterem pasowała do Slytherinu). Nie pojawia się Neville Longbotton ani tak lubiani przeze mnie bracia Rona, nie wiemy również, co słychać u Teddy'ego Lupina. W zamian dostajemy Draco Malfoya po liftingu duszy- onegdaj największa szumowina Howgartu przeszła metamorfozę i dzięki niej Malfoy jest o wiele ciekawszy i godny uwagi od wkurzającego Harry'ego Pottera. Syn Malfoya Scorpius to całkiem fajny gość i szybko zaskarbił sobie moją sympatię. Zaprzyjaźnił się z Albusem w pociągu wiozącym ich do szkoły (historia zatoczyła swe koło) i stali się nierozłączni, ku utrapieniu Harry'ego. A potem zachciało im się pomóc odzyskać syna cierpiącemu ojcu i postanowili zacząć działać. Czy im się udało? O tym przekonacie się, czytając "Przeklęte dziecko".


  
Obsługiwane przez usługę Blogger.