Jak trwoga (majtkowa) to...na bloga!

by 29 grudnia
  Koniec roku to taki fajny czas, kiedy nie trzeba się blogowo spinać. Ot, człowiek wrzuci kilka statystyk, coś tam podsumuje, podlinkuje stare wpisy i gotowe. U mnie też mogłoby tak być, ale pomyślałam trochę i doszłam do wniosku, że nikogo nie będzie obchodzić, ile ludzi czytało te moje wypociny i jaki jest najpopularniejszy wpis na blogu. Z tego powodu postanowiłam po raz drugi w tym roku (obiecuję, że ostatni) wgłębić się w słowa kluczowe, które z nieznanych mi przyczyn, nie mają nic wspólnego z rodzicielstwem, ani choćby życiem we Włoszech. Przekonajcie się sami, czego szuka u mnie szanowna internetowa brać. No ręce majtki opadają:

-Marka od czapy blog- zawsze wiedziałam, że mój blog jest do kitu, a teraz nawet mam to na piśmie.

-Jak zadowolić grubaskę?- wypraszam sobie!

-Czy ona na mnie leci?- znowu? Ty to masz fantazję, chłopie!

-Krulikowska mini uda widać- a to wyzwolona kobita! Do tego szuka jej ortograficzny orzeł.

-Blog Ojciec klapsy- komuś się nieźle popieprzyło. Chciał znaleźć znanego blogującego tatę, a wlazł do mnie- matki, która żadnych klapsów nie stosuje. Nie widzę powiązań.

-Co oznacza Czikaleta- fajna dziunia, no przecież.

-Mini maitki- mini jest w modzie nieprzerwanie, a maitki to chyba dopiero wchodzą.

-Na dyskotece bez majtek- to świadome zagranie, zapewniam Cię!

-Kura domowa- rysopis- wzrost średni, oczy zielone, długie włosy, "mężne serce w kształtnej piersi" (trzeba się jakoś zareklamować).

-Bez majtek pod kiecką-  to istna plaga ostatnio. Może nie stać było na majtki?

-Cesarka boli- nie, bo nie tną na żywca, za to po cesarce boli.

-Ile twarzy ma Grey?- jedną i do tego nieciekawą.

-Jak skutecznie blogować?- mnie się pytasz?

-Uwielbiam kobiece kobiety- a ja męskich mężczyzn!

-Seksownie bez majtek- a idź w cholerę!

  Nieźle, prawda? Zastanawiam się, po co ja się produkuję, poruszam poważne tematy, wymyślam opowiadania, skoro ludzi interesują jedynie majtki i ich pochodne? Może w przyszłym roku coś się w tej kwestii zmieni, bo ten stał pod znakiem bielizny i to do tego nie mojej. Sporo można się dowiedzieć o użytkownikach buszujących w necie, niemniej nie spodziewałam się, że największym problemem anno domini 2016 będą pospolite majtki. Takie rzeczy tylko u mnie. 

  Do Siego Roku 2017! Wracam za niedługo z nową blogową energią, pomysłami i świeżością, jaką zawsze zapewnia nadejście kolejnego roku. Przejdzie mi po kilku miesiącach, ale póki co czuję, że mogę góry przenosić, taka tkwi we mnie moc. I tym optymistycznym (oraz przesadzonym) akcentem zamykam te 365 niezwykłych dni. Do zobaczenia w styczniu!




zdjęcie- www.pozzodisanvito.it

Jak Bello Figo wkurzył Włochów

by 19 grudnia
  Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, lecz są wyjątki od tej szlachetnej reguły. Jednym z nich jest pochodzący z Ghany, a zamieszkujący Włochy od kilkunastu lat, młody raper działający pod artystycznym pseudonimem Bello Figo. Jego piosenki nie są ani odkrywcze, ani za bardzo ambitne, za to wpadają szybko w ucho i powodują, że człowiek dostaje gęsiej skórki, słuchając ich. Bello Figo, jak na rasowego rapera przystało, jest niezłym prowokatorem, a teksty wykonawcy przekraczają granicę dobrego smaku. Do niedawna znało go wąskie grono małoletnich odbiorców, jednak po wystąpieniu w programie publicystycznym Dalla Vostra Parte (Po Waszej Stronie) wszystko się zmieniło. Bello Figo stał się sławny, ale zamiast wiernej grupy fanów przybyło mu stado krytyków, oburzonych jego nowatorską twórczością. Bo raper śpiewa o nielegalnych imigrantach i śmieje się Włochom w twarz, a tego dla nich stanowczo za wiele.

  Nawet najgłupsza prowokacja nie może przekraczać pewnych granic przyzwoitości i Bello Figo tak trochę na własne życzenie został wrogiem publicznym numer jeden. Zaczął dostawać pogróżki od zniesmaczonych Włochów, którzy są bardzo wyczuleni na punkcie żartowania sobie z ich sytuacji społecznej, a teksty rapera z Ghany przelały czarę goryczy. Bello Figo w swych utworach wychwala eks premiera Matteo Renzi i prezydenta Sergio Matarellę, a włoskie kobiety nazywa "białymi ci&&mi" i śpiewa o tym, że imigranci chcieliby je do łóżka (oszczędzę Wam szczegółów). Jedną z piosenek natomiast poświęcił referendum i niektórzy uważają, że był on główną przyczyną porażki, bowiem namawiał do poparcia zmiany konstytucji (to akurat gruba przesada). Głosujemy na tak, bo dostaniemy 35 euro dziennie i nadal będziemy mogli imprezować za darmo w hotelach- rapował Bello Figo i te kontrowersyjne argumenty raczej nie podziałały na wyobraźnię zmęczonych Włochów.
  
  Bello Figo przekonuje, że utwory, o których śpiewa, są wyrazem solidaryzowania się z imigrantami przybywającymi do Włoch z Afryki, lecz problem w tym, że kiepsko mu to wychodzi. Rapuje z dużą dozą bezczelności, jak to chłopcy nie płacą za wynajem, potrzebują białych kobiet, nie uciekają przed wojną i żyją tutaj jak u pana Boga za piecem, bo zapewniają im to wybitni włoscy politycy. A politykom słowa piosenek Bello Figo też za bardzo nie są na rękę, gdyż nie odbiegają zbytnio od prawdy. Bello Figo to młody człowiek, pojęcie o dyplomacji ma nikłe, intencje być może i dobre, więc nie ma co brać na poważnie jego kiepskich kawałków, a mimo to naród włoski poczuł się urażony. Gdyby raper udzielił wywiadu w stacji muzycznej, rzecz rozeszłaby się o kościach, tymczasem wygłaszał swe mądrości w popularnym kanale Rete 4 i to w godzinie największej oglądalności. Oprócz poglądów rapera niemałe zamieszanie wywołała również jego wystrzałowa fryzura i Włosi do dzisiaj kłócą się o to, czy bardziej przypomina ona polentę, czy risotto allo zafferano. Na to pytanie musicie jednak odpowiedzieć sobie sami. Ja wysiadam!




zdjęcie- parmaquotidiano.net

Ozdobić życie, oswoić siebie, obudzić zapał

by 15 grudnia
  Kończy się stary rok, za chwilę do drzwi zapuka nowy i w związku z tym w mojej głowie rodzą się plany i postanowienia dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy. W zasadzie to za bardzo nie lubię planować, gdyż jestem osobą wybitnie niepoukładaną i nic mi nie wychodzi z kartką w ręku, ale zbliżają się decydujące dla nas chwile, więc tym razem zaryzykuję. Jest masa rzeczy, które chciałabym ogarnąć, na wiele nie mam wpływu, a jeszcze inne są poza moim zasięgiem. Trzeba jednak mierzyć siły na zamiary i w końcu przekroczyć pewną granicę, a nie kryć się za maską ciągłej niepewności. Mogę dużo, bo przecież mam dzieci, a człowiek zwany matką to takie żeńskie wydanie Supermana jest, chociaż latać nie potrafi. Reszta zaś jest w zasięgu możliwości każdej z nas, wystarczą dobre chęci i będziemy mogły przenosić góry. Jestem przekonana, że w 2017 roku uda mi się:

-schudnąć! Stosuję dietę od dłuższego czasu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale małe efekty widać, z czego bardzo się cieszę. Od stycznia mam zamiar całkowicie poświęcić się ćwiczeniom i porzucić niektóre nawyki żywieniowe. Batalia toczy się o 10 nadprogramowych kilogramów, które przybrałam podczas ciąży z Sarą i teraz nie mam już wymówek. Nie czuję się dobrze we własnej skórze, a pozbycie się wagi zdecydowanie doda mi skrzydeł.

-nie patrzeć na siebie tak krytycznie! I nie chodzi mi tutaj o figurę, lecz ogólnie o moją, jakże niską, samoocenę. Zawsze uważałam, że jestem najgorsza, najbrzydsza, najmniej warta ze wszystkich ludzi, a na dobrą sprawę tak się nie da. Nie można tak żyć i zadręczać się bez specjalnego powodu, jako że to w niczym nie pomaga. Poza tym mój mąż ma dosyć postawy "wiecznie na nie" i próbuje mnie przekonać, że beznadziejną kobietę za żonę by nie wziął. Muszę mu uwierzyć, bo za niedługo oszaleję od tego poczucia bycia nikim. 

-napisać coś więcej, niż blogowe wpisy! Minął rok, a ja nadal jestem w powijakach i nie widać nawet zarysu mojej debiutanckiej powieści. Pomysły się we mnie kłębią, podobno umiem nieźle opowiadać, a książki jak nie było, tak nie ma. To frustrujące, biorąc pod uwagę fakt, ilu blogerom udało się ostatnio podbić wydawniczy rynek. Oni pracowali, a ja tylko "bla, bla, bla", więc teraz mogę im zazdrościć. Może czas najwyższy wziąć się do pracy, a nie patrzeć na sukcesy innych? Potencjał ponoć jest, zatem nie ma co go marnować.

-odwiedzić Polskę! Oj tak, marzę o tym. Dawno nie było mnie w kraju i trochę tęsknię za jedyną w swoim rodzaju śląską szarzyzną. Myślimy nad tym, aby osiedlić się w Polsce na stałe, aczkolwiek będzie z tym trudno. Sytuacja we Włoszech nie skłania do optymizmu, u nas również nie za fajnie się dzieje, toteż jesteśmy między młotem, a kowadłem. Jedno jest pewne- w Genui nasze miesiące są podzielone, przynajmniej taką mam szaloną nadzieję.

-nie kończyć z blogowaniem! Wiosną minie 5 lat, odkąd zaczęłam prowadzić bloga (jeszcze na starej platformie) i coraz częściej zadaję sobie pytanie- co dalej? Ileż można pisać internetowy pamiętniczek, z którego, oprócz satysfakcji, tak naprawdę nic nie mam? Córeczki rosną, mam kupę rzeczy do ogarnięcia, a pisanie bloga wymaga (wbrew temu, co się potocznie uważa) sporo pracy i jeszcze więcej pokory. Założyłam sobie (dosyć optymistycznie), że przyszły rok ma być przełomem w moim procesie blogowania, a jeśli się tak nie stanie, najpewniej pożegnam się z wirtualnym światem. Mówi się trudno, pisze się dalej, choćby i do szuflady.

-kupić szpilki Louboutin'a! Nie mogłam się powstrzymać na koniec. Uwielbiam buty na obcasach i jakże mi przykro, że nie mogę w nich tutaj chodzić (kto był w moich okolicach, ten rozumie). Kiedyś jednak sobie odbiję i to w dwójnasób, a szpilki Louboutin'a będą wyrazem mojej cierpliwości i ucieleśnieniem moich kobiecych pragnień. A co!

  Będzie się działo, oj będzie!



zdjęcie-In-Formazione.net
  

Kiedy matka przestaje nią być

by 09 grudnia
  Poznałam kiedyś Alę. To fajna dziewczyna była, ale kompletnie nie miała szczęścia do mężczyzn. Pierwszy jej poważny facet okazał się nieodpowiedzialnym dziwkarzem. Zrobił jej dziecko i wyparował, a o płaceniu alimentów ani mu się śniło. Ala po urodzeniu syna została na lodzie, bo rodzice, którzy mieszkali w wiosce, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzieli, wstydzili się mieć za córkę pannę z dzieckiem. Cóż było robić, Ala zakasała rękawy, znalazła kawalerkę w mieście i zaczęła sobie radzić sama.

  Nie myślcie, że było jej łatwo, co to, to nie! Przepłakała wiele nocy, zaciskała zęby ze złości, lecz się nie poddawała. Dla dobra syna, którego kochała ponad życie, chociaż wiele razy ogarniały ją wyrzuty sumienia, że robi dla niego za mało, że często traci cierpliwość, że zdarza jej się nie słyszeć krzyczącego niemowlaka. To wyidealizowane i cukierkowe macierzyństwo, o którym tak wiele słyszała, runęło jak domek z kart i Ala na własnej skórze przekonała się, co to znaczy mieć dziecko. Nikt jej przedtem nie powiedział, że matka często ma przechlapane.

  Bo kto pomoże matce, kiedy nie ma na kogo liczyć? Kto przewinie dziecko, kto da mu jeść, kto je będzie tulił? Kto pozwoli matce odpocząć, gdy synek domaga się jej obecności? Ala padała ze zmęczenia, a przecież musiała pracować, by zapewnić małemu jako taki byt. Ile razy przeklinała na ten swój ciężki żywot, ile razy żałowała, że dała się omamić idiocie. A potem spoglądała do łóżeczka, gdzie spokojnie spał jej syneczek i cała złość z niej uchodziła. Tylko dzięki matczynej miłości nie udało jej się oszaleć i uciec nie wiadomo dokąd.

  Mały rósł, miał już prawie trzy lata, a Ali, mimo że była szczęśliwa, bardzo dokuczała samotność. Po pracy biegła do przedszkola i spędzała czas z synkiem, lecz brakowało jej męskiego wsparcia. I kiedy straciła nadzieję na lepsze jutro, wydarzyło się coś cudownego. Do pracy przyjął się nowy kolega, dla którego Ala zapałała gorącym uczuciem. Na jej szczęście, z wzajemnością.

  Jacek dowiedział się o tym, że Ala ma dziecko, ale mu to nie przeszkadzało. Poznał jej syna, chłopczyk go zaakceptował i polubił, więc Jacek spędzał w domu Ali coraz więcej czasu. Zakochana do szaleństwa Ala szybko zgodziła się na to, aby Jacek z nimi zamieszkał. Może zbyt pochopnie podjęła tę decyzję, lecz tłumaczyła sobie, że mały rośnie i potrzebuje ojca. A Jacek na tatusia nadawał się znakomicie, o tym Ala była święcie przekonana.

  Któregoś dnia Jacek został z synkiem Ali sam w domu. Pobiegła do fryzjera i Jacek ją zapewnił, że nie musi się niczym martwić. Gdy wyszła z domu, wyjął piwo z lodówki i poszedł oglądać telewizję. Mały zaś się nudził, zaczął więc marudzić i przekonywać Jacka, żeby się z nim pobawił. Jacek słuchał cierpliwie, a kiedy dzieciak nie przestawał dokazywać, ukochany mamy stracił cierpliwość. Mocno potrząsnął chłopcem i odpiął pasek ze spodni, po czym silnie nim wymachnął. W tym samym momencie poczuł silny ból i osunął się na ziemię. To Ala, która wróciła do domu, bo zapomniała portfela, rozbiła mu na głowie butelkę z piwem. Gdy się otrząsnął, stało nad nim dwóch policjantów. Wszystkie jego rzeczy Ala wyrzuciła za drzwi wraz z nim. Jacek nie zdążył uderzyć jej synka i więcej nie miał już do tego okazji.

  Nigdy nie poznałam Ali. Opowieść o niej wymyśliłam na poczekaniu. Po ostatniej historii, która wstrząsnęła Polską, chciałabym bowiem wierzyć, że w sytuacjach podobnych, gdy krzywdzi się najmłodszych, istnieją jeszcze takie matki jak ona. Matki broniące dzieci przed katami. Matki reagujące na najmniejszy gest przemocy. Matki nie przyglądające się biernie cierpieniu niewinnych. Matki nie ukrywające agresywnych partnerów. Matki nie zacierające śladów bicia. Matki umiejące kopnąć w tyłki oprawców. Matki potrafiące wybrać. Matki stojące zawsze i tylko za dziećmi. Matki nie mające wątpliwości. Matki nie wybaczające okrucieństwa.  Matki kochające ponad wszystko.

  I proszę, nie nazywajcie osoby, która przymknęła oko na bestialstwo zwyrodnialca, matką. Nie nazywajcie jej tak...




  zdjęcie-LiberoBlog

Lapo, Lapo, co z Ciebie wyrosło!

by 01 grudnia
  Od kilku dni Włosi żyją nową aferą. Słynny potomek rodu Agnelli (to ci od Fiata i klubu piłkarskiego Juventus)- Lapo Elkann, po raz kolejny wystawił swoich bliskich na pośmiewisko. W swoim stylu (czyli na ostro) zabalował w Nowym Yorku, a że jakimś cudem skończyły mu się pieniądze, postanowił upozorować własne porwanie. Zadzwonił do rodziny i oznajmił, że potrzebuje do okupu 10 tysięcy euro, inaczej będzie z nim kiepsko. Plan być może by się i powiódł, ale roztropna rodzina imprezowicza poinformowała o zdarzeniu amerykańską policję, która szybko wykryła, iż żadnego porwania nie było. Sprawa się rypła i włoskie media oszalały, a Elkann, chociaż opuścił już więzienie za odpowiednią kaucją, tym razem tak łatwo się nie wywinie. Stany to nie Włochy, o czym odurzony kokainą Lapo chyba zapomniał.

  
  To nie pierwsze tego rodzaju kłopoty w życiu Elkanna. W 2005 roku, po narkotywej libacji u zaprzyjaźnionej trans, Lapo zapadł w śpiączkę i gdyby nie natychmiastowa pomoc lekarzy, nie umknąłby szponom śmierci. Opinia publiczna była zszokowana tym, że członek rodziny Agnelli okazał się zwykłym ćpunem, a oliwy do ognia dodały preferencje seksualne Lapo. No bo żeby przedstawiciel elity spotykał się z transeksualistą, tego nawet dla liberalnych Włochów było za wiele. Mogli oni wybaczyć Berlusconiemu aferę bunga-bunga, lecz dla Elkmanna społeczeństwo nie miało litości. Po tym zdarzeniu Lapo nieco się uspokoił, zaczął brać czynny udział w rodzinnym interesie i promować włoską markę na światowych salonach. Z dużym sukcesem, gdyż wokół jego osoby nie można przejść obojętnie. 

  
  Tak naprawdę Elkann to ciekawa postać. Ekscentryczny, kontrowersyjny, charyzmatyczny, słynący z niepowtarzalnego gustu, zamiłowania do drogich aut i pięknych kobiet (w tej właśnie kolejności), Lapo Elkann to taki kolorowy ptak na mapie nudnego włoskiego bogactwa. Kilkakrotnie został wybrany jako najlepiej ubrany mężczyzna świata i ci wszyscy blogerzy modowi to przy nim cieńkie bolki. Chyba żaden szafiarz nie może sobie pozwolić na to, by dobierać outfit pod ferrari, dla Lapo zaś to pestka. Fakt, że pomaga mu w tym status miliardera, niemniej jednak trzeba mieć wyobraźnię, aby tak się wyróżniać. Co zatem strzeliło do głowy Elkannowi i znowu popadł w tarapaty? Są tacy, którzy próbują w nim widzieć jakiegoś tragicznego bohatera zamkniętego w złotej klatce. Jeszcze inni uważają, że od zwykłego żula różni go tylko dobrze skrojony garnitur. Moim zdaniem Lapo zwyczajnie lubi ćpać i imprezować. Kto bogatemu zabroni?


  Znamiennie jest to, jak łatwo rozgrzeszyć miliardera. Ci sami celebryci, którzy od czci i wiary osądzają innego włoskiego skandalistę, Fabrizio Coronę, Lapo traktują niemalże jak świętą krowę. Dla mnie sprawa jest jasna- popełnił przestępstwo i powinien za nie odpowiedzieć, wbrew temu, co ględzą włoscy opinioniści. Ale tak dziwnie się złożyło, że jeśli ktoś ma miliardy, od razu na jego obronę wynajduje się dziesiątki usprawiedliwień. Elkann to niebanalny gość i jeszcze niejeden raz o nim usłyszymy, lecz nie ma co robić z niego ofiary. Wiedział, na co się pisze i jakie poruszenie nastąpi, gdy rzecz z okupem nie wypali. Wspomniałam, że znowu złapano go z trans? Jak to jest, że facet na czerwonym dywanie pojawiający się u boku najpiękniejszych kobiet świata, w domowym zaciszu woli nie za ładne panie (panów) do towarzystwa? Absolutnie mnie to nie razi, a wręcz bawi i sądzę, że nieźle to definiuje Lapo Elkanna. Co by nie powiedzieć, nasz rodzimy miliarder Woźniak- Starak to przy nim pipa jest. Mam nieodparte wrażenie, że to nie koniec ekscesów włoskiego "złotego chłopca".

Mamo, znów biorę, porwali mnie w NY

Zdjęcia pochodzą z : gazzetta.it, ilfattoquotidiano.it., repubblica.it

Obsługiwane przez usługę Blogger.