Ozdobić życie, oswoić siebie, obudzić zapał

  Kończy się stary rok, za chwilę do drzwi zapuka nowy i w związku z tym w mojej głowie rodzą się plany i postanowienia dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy. W zasadzie to za bardzo nie lubię planować, gdyż jestem osobą wybitnie niepoukładaną i nic mi nie wychodzi z kartką w ręku, ale zbliżają się decydujące dla nas chwile, więc tym razem zaryzykuję. Jest masa rzeczy, które chciałabym ogarnąć, na wiele nie mam wpływu, a jeszcze inne są poza moim zasięgiem. Trzeba jednak mierzyć siły na zamiary i w końcu przekroczyć pewną granicę, a nie kryć się za maską ciągłej niepewności. Mogę dużo, bo przecież mam dzieci, a człowiek zwany matką to takie żeńskie wydanie Supermana jest, chociaż latać nie potrafi. Reszta zaś jest w zasięgu możliwości każdej z nas, wystarczą dobre chęci i będziemy mogły przenosić góry. Jestem przekonana, że w 2017 roku uda mi się:

-schudnąć! Stosuję dietę od dłuższego czasu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale małe efekty widać, z czego bardzo się cieszę. Od stycznia mam zamiar całkowicie poświęcić się ćwiczeniom i porzucić niektóre nawyki żywieniowe. Batalia toczy się o 10 nadprogramowych kilogramów, które przybrałam podczas ciąży z Sarą i teraz nie mam już wymówek. Nie czuję się dobrze we własnej skórze, a pozbycie się wagi zdecydowanie doda mi skrzydeł.

-nie patrzeć na siebie tak krytycznie! I nie chodzi mi tutaj o figurę, lecz ogólnie o moją, jakże niską, samoocenę. Zawsze uważałam, że jestem najgorsza, najbrzydsza, najmniej warta ze wszystkich ludzi, a na dobrą sprawę tak się nie da. Nie można tak żyć i zadręczać się bez specjalnego powodu, jako że to w niczym nie pomaga. Poza tym mój mąż ma dosyć postawy "wiecznie na nie" i próbuje mnie przekonać, że beznadziejną kobietę za żonę by nie wziął. Muszę mu uwierzyć, bo za niedługo oszaleję od tego poczucia bycia nikim. 

-napisać coś więcej, niż blogowe wpisy! Minął rok, a ja nadal jestem w powijakach i nie widać nawet zarysu mojej debiutanckiej powieści. Pomysły się we mnie kłębią, podobno umiem nieźle opowiadać, a książki jak nie było, tak nie ma. To frustrujące, biorąc pod uwagę fakt, ilu blogerom udało się ostatnio podbić wydawniczy rynek. Oni pracowali, a ja tylko "bla, bla, bla", więc teraz mogę im zazdrościć. Może czas najwyższy wziąć się do pracy, a nie patrzeć na sukcesy innych? Potencjał ponoć jest, zatem nie ma co go marnować.

-odwiedzić Polskę! Oj tak, marzę o tym. Dawno nie było mnie w kraju i trochę tęsknię za jedyną w swoim rodzaju śląską szarzyzną. Myślimy nad tym, aby osiedlić się w Polsce na stałe, aczkolwiek będzie z tym trudno. Sytuacja we Włoszech nie skłania do optymizmu, u nas również nie za fajnie się dzieje, toteż jesteśmy między młotem, a kowadłem. Jedno jest pewne- w Genui nasze miesiące są podzielone, przynajmniej taką mam szaloną nadzieję.

-nie kończyć z blogowaniem! Wiosną minie 5 lat, odkąd zaczęłam prowadzić bloga (jeszcze na starej platformie) i coraz częściej zadaję sobie pytanie- co dalej? Ileż można pisać internetowy pamiętniczek, z którego, oprócz satysfakcji, tak naprawdę nic nie mam? Córeczki rosną, mam kupę rzeczy do ogarnięcia, a pisanie bloga wymaga (wbrew temu, co się potocznie uważa) sporo pracy i jeszcze więcej pokory. Założyłam sobie (dosyć optymistycznie), że przyszły rok ma być przełomem w moim procesie blogowania, a jeśli się tak nie stanie, najpewniej pożegnam się z wirtualnym światem. Mówi się trudno, pisze się dalej, choćby i do szuflady.

-kupić szpilki Louboutin'a! Nie mogłam się powstrzymać na koniec. Uwielbiam buty na obcasach i jakże mi przykro, że nie mogę w nich tutaj chodzić (kto był w moich okolicach, ten rozumie). Kiedyś jednak sobie odbiję i to w dwójnasób, a szpilki Louboutin'a będą wyrazem mojej cierpliwości i ucieleśnieniem moich kobiecych pragnień. A co!

  Będzie się działo, oj będzie!



zdjęcie-In-Formazione.net
  
Obsługiwane przez usługę Blogger.