O jeden wpis za daleko, czyli włoski blog pod lupą prokuratury

by 29 listopada

Nie wolno igrać ze zdrowiem, zwłaszcza cudzym, o czym przekonała się jedna z włoskich blogerek, której blog został właśnie zamknięty z powodu nakłaniania użytkowniczek do anoreksji. Autorka, 19-letnia dziewczyna, propagowała bardzo niebezpieczny styl odżywiania się, polegający na przekonywaniu fanek, iż prawie nie powinny jeść, a idealna dla nich waga to 35 kilogramów (jej wspólniczka układała nawet specjalne diety). Blog odwiedzały nastolatki, ślepo wierzące w to, o czym blogerka pisała i stosowały się do jej rad, głodząc się i dbając o to, aby tylko nie przytyć. Sprawa pewnie nie wyszłaby na jaw, gdyby nie matka jednej z dziewczyn, która zaniepokoiła się tym, iż jej córka przestała jeść. Gdy odkryła, skąd nastolatka czerpała wzorce, nie wahała się ani chwili i zgłosiła sprawę na policję. Po roku śledztwa blog został zamknięty, a nad autorką ciążą teraz poważne zarzuty.  

Uważam, że bardzo dobrze się stało. Anoreksja to groźna choroba, a jej skutki mogą być i śmiertelne, szczególnie gdy zaczynają w nią popadać nastolatki. Blog odwiedzały przede wszystkim dziewczyny w wieku 14-tu i 15-tu lat, dla których autorka była autorytetem. Wpisy blogerki traktowały jak świętość i podążały za każdą jej sugestią, taką jak nie przekraczanie pięciuset kalorii dziennie lub picie wody dla zabicia głodu. W komentarzach pytały, czy dobrze robią, wymiotując jedzenie i wcielały w życie jej zalecenia, nie bacząc na to, że nie nie posiadała wykwalifikowanej wiedzy w dziedzinie odżywiania. Na szczęście czujność jednej z matek pomogła zapobiec pojawieniu się kolejnych ofiar nierozważnej blogerki. Nie należy wmawiać młodym dziewczynom, tak podatnym na manipulacje, że idealna figura mieści się w granicach 35-ciu kilogramów. Autorka posunęła się za daleko i odpowie w sądzie za podżeganie do samobójstwa.

Zamknięcie bloga to kolejny dowód na to, że nie jest się bezkarnym w sieci. Kontrowersyjne, wręcz ektremalne metody odżywania blogerki i namawianie nastolatek do jedynej właściwej diety nie mogły ujść jej na sucho, ponieważ swoimi wpisami ryzykowała życie czytelniczek bloga. "Razem nam się uda"- motywowała nastolatki i zachęcała je do radykalnych zmian w jadłospisie. To nie była Chodakowska, mobilizująca do ćwiczeń, tylko skrajnie nieodpowiedzialna osoba, chcąca zrobić widma ze swoich wyznawczyń. Sprawa z zamknięciem bloga jest szeroko komentowana we włoskich mediach, gdyż rzecz dotyczy tak ciężkiej choroby, jaką jest anoreksja. Nastoletnie dziewczyny łatwo podlegają złym wpływom, a gdy rzecz rozchodzi się o idealną figurę, tym bardziej dają się omamić. Autorka bloga ma 19 lat, więc w świetle prawa jest dorosła, ale też jest jeszcze jest nastolatką. Na pewno nie ma merytorycznej wiedzy, bo do tego potrzeba studiów, a żaden lekarz nigdy nie uzna diety 500 kalorii za bezpieczną. Blogerzy w dzisiejszych czasach mają wielką moc i czasem zastępują specjalistów, lecz trzeba być czujnym, kiedy obiera się ich za autorytet. Niech włoskie nastolatki lepiej wzorują się na Chiarze Ferragni, influencerce numer jeden w Italii. Zarobią miliony, może zwiążą się ze znanym raperem i będą zdrowe jak dzwon (chyba że zmęczą je wieczne wyjazdy). Anoreksji i blogerkom zachęcającym do fanatycznych sposobów na bycie szczupłą trzeba powiedzieć stanowcze "nie". 


zdjęcie- RomaFanpage

Jutro to możesz być Ty

by 25 listopada

Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

Moje życie składa się z takich właśnie trzasków. Precyzyjnych, systematycznych, okrutnych. Trzaski te wywołane są ciężką ręką mojego męża. Bije mnie od początku małżeństwa, a ja się na to godzę. Bo się go boję, bo nie umiem się przeciwstawić- i wreszcie- bo nie potrafię odejść. Przybrałam więc maskę i pokazuję ją światu. Gram na tyle dobrze swą rolę, że nikt się jeszcze nie domyślił, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem bita, zastraszana, poniżana, a wszystko to serwuje człowiek, który codziennie wyznaje mi miłość. Przemoc wobec mnie jest w jego odczuciu wyrazem tego, jak bardzo mnie kocha. Nie dostaję po twarzy bez przyczyny i moją winą jest agresja męża. Gdybym zachowywała się poprawnie, nie tknąłby mnie nawet palcem. Bije mnie, ponieważ sobie na to zasłużyłam.

Długo w to wierzyłam. Za długo.

W trakcie naszego narzeczeństwa wykazywał władcze odruchy, lecz nie wzięłam tego za ostrzeżenie. Gdy nie pozwolił mi ubrać krótkiej spódniczki, unosiłam się z zachwytu nad jego zazdrością. Gdy podniósł brew, kiedy rozmawiałam z kolegami, kończyłam posłusznie rozmowę i wracałam do ukochanego. Gdy narzekał, że za dużo czasu spędzam z przyjaciółkami, zerwałam z nimi kontakty. Po naszym ślubie od razu wyłożył kawę na ławę- jesteś moja i ani mi się waż robić coś poza moimi plecami, bowiem marnie skończysz. Zamknął mnie w domu, nigdzie nie wychodziłam i niemal przestałam oddychać. Pozbawił mnie woli, zrobił ze mnie swoją niewolnicę, podczas gdy sam żył jak król. Kochałam go nadal, ale coraz bardziej się go bałam.

Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Pamiętam, jak na wieść o tym szalał z radości, a we mnie obudziła się nadzieja, że może się zmieni i znowu będzie czuły i kochający. Przez okres ciąży mnie nie bił (to znaczy bił mnie rzadko i tak, by nie było śladów), lecz po narodzinach córki zrobił się jeszcze bardziej agresywny. Kiedy płakała w nocy, wyżywał się na mnie, gdyż nie mógł spać. Kiedy padałam ze zmęczenia, śmiał się ze mnie i mówił, że z niczym sobie nie potrafię dać rady. Nie pomagał mi przy córce i nie okazywał wobec niej szczególnych uczuć. Ją też chciał zbić, ale się postawiłam. Ten jeden raz powiedziałam wyraźnie, że jeśli dotknie nasze dziecko, ucieknę od niego. Oszczędził ją więc, lecz od tego czasu dostawałam w twarz podwójnie. Za siebie i za córkę.

Rzadko spoglądałam w lustro. Raz się do tego zmusiłam i przeraziłam się na widok swojej zatroskanej twarzy. Gdzie się podziała ta wesoła dziewczyna, ta dusza towarzystwa, którą każdy lubił? Zobaczyłam przestraszoną kobietę, z podkrążonymi oczami, nieumiejącą się uśmiechnąć i zobojętniałą na to, co się wokół niej działo. Nie interesowało mnie nic, wszystko robiłam machinalnie i tylko córka potrafiła obudzić we mnie jakieś doznania. A ona rosła, rozumiała coraz więcej i widziała, co się dzieje. Pytała mamę, dlaczego tata jest zły, a mama musiała kłamać, by dziecko nie cierpiało. Tatuś nie jest zły- odpowiadałam- dużo pracuje i jest zwyczajnie zestresowany. Kocha nas jednak ponad życie. Wierzyłam w to nadal, po pięciu latach gehenny, regularnego bicia i poniżania cały czas byłam przekonana, że agresja męża jest wywołana miłością. Taka byłam naiwna.

Na potrzeby usprawiedliwienia działań męża wymyśliłam sobie definicję małżeństwa. Mąż ma prawo mnie bić, jest moim panem i władcą, to jego święty obowiązek. Wczoraj przypaliłam kotlety, więc to normalne, że się wkurzył. Niedawno zapomniałam umyć naczynia i uderzył mnie, aby przypomnieć, że obowiązki domowe to moja praca. A w zeszłą niedzielę skopał mnie jak psa, gdy jego ulubiony klub piłkarki przegrał z kretesem. Musiał się wyżyć, a że miał mnie pod ręką, to trochę go poniosło, każdy głupi to zrozumie. Przyjmowałam jego ciosy bez słowa sprzeciwu, jako że protesty jeszcze bardziej go podkręcały. A gdy leżałam bezbronna na ziemi, dawał mi święty spokój. Ten „dodatek do małżeństwa”, jak nazywałam bicie, stał się dla mnie czymś tak powszednim, że zapomniałam o bólu. I nawet łzy zostawiłam gdzieś w poczekalni duszy, bo nie potrafiłam już płakać. Przywykłam do przemocy.

Swoją rolę szczęśliwej żony grałam znakomicie. Sińce zakrywałam makijażem, przerażenie uśmiechem, a mąż w oczach innych kobiet jawił się jako ideał. Przystojny, szarmancki, kulturalny, ile dziewczyn mi go zazdrościło. Nie wiedziały, że to domowy tyran, który urządził z mojego życia piekło. Nie miały pojęcia, iż zrobił ze mnie worek treningowy i okładał go rytmicznie, jak bokser na ringu. Nie domyślały się, że zabijał również słowem i spowodował, że znienawidziłam siebie. Czułam się nikim i byłam nikim dzięki zagrywkom mojego męża.

Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

I tak dzień po dniu, aż do...

Siedziałam na kanapie i oglądałam stare zdjęcia. Na jednym z nich był chłopak, którego rzuciłam dla męża. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, jakby to było, gdybym z nim została. Może byłabym szczęśliwsza? Może by mnie szanował? Zamyśliłam się i nie zauważyłam męża stojącego nade mną. Gdy tylko na niego spojrzałam, doszło do mnie, że przesadziłam i że tym razem nie będzie miał dla mnie litości. Nie tolerował mojej przeszłości, a byłego narzeczonego nienawidził. Chciałam uciec, ale zostałam na kanapie, bo strach wrył mnie w siedzenie. Mąż wyszedł do kuchni.

Wrócił po chwili. W ręku trzymał nóż. Jego spojrzenie zwiastowało coś strasznego.

Jeden cios.

Drugi.

Szósty. 

Piętnasty.

Trzydziesty.


Moje ciało znalazła córka, kiedy wróciła ze szkoły.

Mąż za morderstwo dostał dwadzieścia lat. Sędzia orzekł, że zabójstwo nie miało w sobie elementów okrucieństwa, stąd tak niski wyrok. Wyjdzie o wiele szybciej z racji dobrego zachowania i ułoży swoje życie na nowo.

Ja już nie będę miała tej szansy.

Córką zajmuje się babcia. Codziennie chodzą na mój grób, zapalają znicze, rozmawiają.

I płaczą, płaczą bez ustanku.

A ja płaczę wraz z nimi. To nie powinno było się stać. Jestem ofiarą, lecz jestem też własnym katem. Przez lata znosiłam agresję męża, łudziłam się, że się zmieni, poddałam się terrorowi domowemu. Mogłam odejść po pierwszym sygnale przemocy, zgłosić się na policję i szukać pomocy wszędzie. Miałam tą możliwość i z niej nie skorzystałam. Moja córka przeszła piekło razem ze mną. Nie byłam dobrą matką.

Miałabym teraz 35 lat.

Czy Ty również chcesz skończyć jak ja? Nie pozwól na to. Nie łudź się, że facet, który bije, kocha. Nie łudź się, że przestanie. Ja przekonałam się o tym za późno, ale dla Ciebie jest jeszcze nadzieja.

Ty kochasz, a on nie wie, co to miłość.

Zabij ją więc, zdepcz, odsuń od siebie, uciekaj.

Przeżyjesz.



Dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Przemocy Wobec Kobiet. 

Dzień Wstydu Dla Mężczyzn.


Wpis jest dedykowany wszystkim ofiarom kobietobójstwa (femminicida), które w Italii nie ustępuje. Do tej pory odnotowano 114 zabójstw na kobietach, a rok jeszcze się nie skończył. 

Czerwone szpilki, symbol kobietobójstwa

Matki na Szczycie jesień w Neapolu

by 02 listopada

To był bardzo intensywny dzień, więc pisarka Katarzyna Targosz (znana również jako Matka na Szczycie), która wróciła właśnie z przemiłej, acz wyczerpującej promocji swojej najnowszej powieści „Szlak Kingi”, nie myślała o niczym innym, jak o drzemce. Przedtem jednak starym zwyczajem sprawdziła skrzynkę pocztową i zdumiała się mocno, przeczytawszy jedną z wiadomości.

-To niemożliwe- szepnęła sama do siebie- nie wierzę w to, co czytam.

Maila do Matki Na Szczycie wysłał słynny włoski reżyser, laureat Oscara za „Wielkie sprzęgło”- Paolo Szurnientino. Reżyser, zachwycony powieścią „Jesień w Brukseli”, chciał ją przenieść na ekran i zaoferował autorce niebagatelną sumę za prawa do scenariusza, w zamian jednak chciał dokonać kilka poprawek, które nie spodobały się Matce Na Szczycie. Już sam fakt, że film miałby się nazywać „Jesień w Neapolu”, a jego akcja przeniosłaby się z Krakowa do stolicy Kampanii, nie podziałał na fantazję naszej pisarki, a wręcz przeciwnie, gotowa była odmówić Szurnientino, zwłaszcza że nie przepadała za jego twórczością („Wielkie sprzęgło” znudziło ją po 10-ciu minutach). Lecz mąż Katarzyny, Ojciec na Szczycie, gdy tylko zobaczył, za ile Szurnientino chciał wykupić scenariusz, od razu stanął po stronie reżysera. Oczami wyobraźni widział pensjonat, o którego postawieniu marzył już od dawna i zrozumiał, że żona nie może zaprzepaścić takiej szansy.

-Dla takiej kwoty, to znaczy chciałem powiedzieć dla sztuki, warto pójść na ustępstwa- zauważył roztropnie Ojciec na Szczycie- Szurnientino zaprasza cię do Włoch, abyś przekonała się, jak to wszystko ma wyglądać. Co ci szkodzi, jedź na te dwa tygodnie, a ja zajmę się synem. Możesz wziąć ze sobą dwie osoby, więc skorzystaj z tego i dopiero potem zdecydujesz, czy wizja reżysera pasuje do twojej książki.

Matka na Szczycie przyznała słuszność wywodom męża i zdecydowała się na podróż do słonecznej Italii. Towarzyszyć jej miały dwie przyjaciółki, z którymi przeżyła już niejedną przygodę i którym ufała najbardziej, zaraz po mężu. Gdy zaproponowała dziewczynom dwutygodniowy wypad do słonecznego Neapolu, Katarzyna Przesmyk i Gosia Juhas nie wahały się ani chwili. Redaktorka Przesmyk była zresztą agentką Matki na Szczycie i miała pomóc jej w rozmowach, a prawnicze wykształcenie Gosi Juhas pozwalało nie utonąć w rozmaitych kruczkach i być mocnym punktem w negocjacjach z reżyserem Szurnientino.

Kiedy dziewczyny spotkały się na lotnisku, nie mogły ukryć swojego podniecenia.

-Wreszcie cię doceniono- cieszyła się Gosia Juhas- ten cały Szpetnino to musi być naprawdę wybitny reżyser, skoro się na tobie poznał.

-Szurnientino- poprawiła ją Matka na Szczycie- pamiętajcie, że to on musi zacząć gadać o kasie i interesach, bo to mu ma na tym zależeć.

Gdy przyjaciółki rozsiadły się wygodnie w fotelach prywatnego dżeta Szurnientino, uznały, że życie jest naprawdę piękne i popijając wytrawne Chianti, oddały się rozmowie na temat twórczości włoskiego reżysera i ogólnie włoskiego życia, o którym niewiele wiedziały. Czas płynął im znakomicie, obsługa dżeta była na każde ich skinienie i kiedy szykowały się do lądowania, Gosia Juhas przypomniała sobie, że ma im coś ważnego do zakomunikowania:

-Słuchajcie, musicie mi pomóc. Jak wiecie, od lat jestem wierną fanką wielkiego włoskiego śpiewaka Albano Kryzysa i zrobię wszystko, żeby go poznać. Szepnij ode mnie Szurnientino parę słówek, co to dla niego zorganizować takie spotkanie, na bank wszyscy artyści się do niego przychlebiają, w końcu to laureat Oscara. Nawiasem mówiąc, nic nie skapowałam z tego jego "sprzęgła", ale o tym mu nie powiem i będę udawała jego najwierniejszą wielbicielkę.

-Dobra- zaśmiała się Matka na Szczycie- na pewno da się coś zrobić.  A co ty tak trzymasz ciągle w ręku, co to za notatnik?

-To nie żaden notatnik, tylko Planer Pełen Chaosu, który wygrałam w konkursie organizowanym przez blogerkę Pani Swojego Chaosu. Nie uwierzycie, jaki jest bajerancki, a trzymam go blisko, bo mam w nim zapisane włoskie słówka i parę nowinek o włoskim świecie. Trzeba będzie jakoś zagiąć tego Szpetnino czy jak mu tam. Oj, zapamięta on naszą trójkę, już ja to wam obiecuję.

Tymczasem dżet wylądował na lotnisku w Neapolu, a na dziewczyny czekał już osobisty sekretarz Szurnientino- Antonio Cincino, o którym wiadomo było, że jest bardzo skuteczny i trzeba się z nim liczyć. To on podsunął reżyserowi dzieło pisarki i namówił go do sprowadzenia jej do Włoch. Na pozór niczym się nie wyróżniał, lecz jego wpływy w filmowym świecie były niezmierzone, o czym nie wiedziały nasze bohaterki.

-Patrzcie, a co to za majonez- powiedziała Gosia, gdy zobaczyła Cincina z transparentem, na którym wypisane były trzy nazwiska (Juan, Pryk i Taro). Sekretarz podszedł do nich i czystą polszczyzną powitał je na włoskiej ziemi, czym zaskarbił sobie szacunek i sympatię dziewczyn.

-Reżyser Szurnientino niecierpliwi się, by was poznać, więc nie dajmy mu czekać i jedźmy wprost do niego- Cincino zaprosił miłych gości do auta- po drodze omówimy szczegóły wizyty, a kiedy formalności zostaną wypełnione, Neapol będzie do waszej dyspozycji.

-I oby to stało się jak najszybciej- podsumowała Katarzyna Przesmyk, której nieoczekiwanie zaświtał w głowie wspaniały pomysł. Jako wielbicielka książek zrozumiała, że dzięki Szurnientino i wpływom filmowców może wreszcie spełni swoje marzenie i zbierze materiał na drugi „Kod da Vinci”.

-Słuchajcie- szepnęła koleżankom- pomóżcie mi namówić Szurnientino, aby załatwił mi dostęp do Tajnych Ksiąg Watykanu, bo jeśli on tego nie zrobi, to nigdy więcej nie będę miała podobnej okazji. Marzę o napisaniu książki, ale bez wglądu do tajemnic watykańskich nie mam dostatecznego materiału. Gdyby w jakiś sposób Szurnientino załatwiłby mi tam dojście, mogłabym spłodzić powieść, o jakiej świat nie słyszał.

I tak planując, dojechały do  willi reżysera. Widok otoczenia i samego domu, bardziej przypominającego zamek niż podmiejską daczę, zapierał dech w piersiach. Rzekłbyś, że to nie krajobraz, lecz dzieło mistrza, który uchwycił każdy detal i unieśmiertelnił piękno wspaniałego Neapolu. Szurnientino wie, co robi- pomyślała Gosia Juhas- w takich okolicznościach przyrody ciężko będzie powiedzieć nie. Mnie już kupił.

-Widzę, że jesteście zachwycone- przywrócił dziewczyny do świadomości męski głos- witajcie w moich skromnych progach i czujcie się jak u siebie- powitał gości z Polski Paolo Szurnientino- odświeżcie się, a później zjemy obiad i pogadamy o biznesie.

Obiad upłynął pod znakiem zachwytu nad włoskimi potrawami i tak jak każe zwyczaj, nie rozmawiano o interesach podczas konsumpcji. Szurnientino pochłaniał ogromne ilości jedzenia i nie zwracał na dziewczyny żadnej uwagi, Cincino z prawdziwie włoską elegancją sączył wytrawne Prosecco, a kelnerzy co chwila przewijali się przez salon, by spełnić żądania wymagającego pana domu. Kiedy po trzech godzinach uczta dobiegła końca, Szurnientino szarmanckim gestem zaprosił panie do gabinetu, gdzie miał dokonać transakcji i pokazać dziewczynom statuetkę Oscara oraz kilka innych filmowych nagród.

-Oto kontrakt- Szurnientino wyjął z biurka świstek papieru i podał go pisarce, która przejrzała go, dała do przeczytania Katarzynie Przesmyk, po czym obie stwierdziły, że wszystko jest w porządku.

-Niemniej- powiedziała Matka na Szczycie- mam jeszcze kilka żądań, a ich wykonanie powinno być dla pana drobnostką. Proszę umożliwić Gosi Juhas spotkanie z Albano Kryzysem, a pani Przesmyk załatwić dojścia do Tajnych Ksiąg Watykanu.

-No proszę- zdziwił się reżyser- czy pani mnie nie przecenia?

-Bez realizacji marzeń moich towarzyszek nie dostanie pan prawa do ekranizacji mojej książki- odparła zdecydowanym tonem Katarzyna Targosz.

-Umie się pani targować- odpowiedział Szurnientino- zobaczmy więc, co da się zrobić. Cincino, dzwoń mi pierunem do projektanta Valnientino, on zdaje się ma jakieś znajomości w Watykanie. A Kryzys to pestka, zagra dla mnie nawet za darmo.

-W takiej sytuacji podpiszę kontrakt- uśmiechnęła się pisarka i na papierze pojawił się je zamaszysty podpis.

W tym momencie Szurnientino zaczął się śmiać.

-O co chodzi- wrzasnęła na niego Gosia Juhas- co się śmiejesz jak głupi do mozzarelli?

-Takie uważne jesteście, a nie przejrzałyście umowy po drugiej stronie kartki. Widzicie, co tam jest napisane? Owszem, pieniądze należą do pani, ale pod jednym warunkiem. Musicie odgadnąć, jakie jest hasło do konta w banku, inaczej nici z kilku milionów euro.

-To podłość- zauważyła nasza pisarka- taki uznany reżyser, a w takie dziecinady gra.

-Lubię komplikować ludziom życie- mruknął do niej Szurnientino- ale że jesteście pięknymi kobietami, to dam wam podpowiedź. Nazwiska pani Juhas i pani Przesmyk są wskazówką do hasła i jeśli skojarzycie fakty, na pewno je odgadniecie. A teraz żegnam.

Dziewczyny nie zdążyły jednak zrobić kroku, bo nagle do gabinetu wpadła wściekła kobieta ubrana w lateks i napadła na przerażonego jej widokiem reżysera.

-Jesteś mi winien przysługę- syknęła- ubieram aktorów do tych twoich pożal się Boże filmów, a ty nic sobie z tego nie robisz. Szukam asystentki i masz pomóc mi ją znaleźć. 

-O- spojrzała na trzy gracje z Polski. Ty to mi się podobasz- fachowym okiem ogarnęła Gosię Juhas- chcesz być moją asystentką? Płacę pięć tysięcy euro miesięcznie, zapewniam wikt i opierunek, a do tego parę niezłych modeli. No jak?

Gosia Juhas zaniemówiła. Spoglądała na kobietę, którą skądś kojarzyła, lecz nie umiała sobie przypomnieć, gdzie ją widziała.

-Kim pani jest?- zapytała buńczucznie.

-Mnie się pytasz, kto ja jestem? No jak świat światem, nikt nigdy nie zadał mi podobnego pytania. Znają mnie wszyscy, jestem Donatella Vversalce!

-W wersalce czy na kanapie, wszystko mi jedno. Przyjmuję pani ofertę, pięć tysięcy euro piechotą nie chodzi. Pod jednym wszakże warunkiem- pozna mnie pani ze śpiewakiem Albano Kryzysem.

-Jak ja ci zaśpiewam Felicita, to żaden kryzys straszny ci nie będzie- zaskrzeczała Donatella- bierzesz tą robotę, czy nie?

-Wybaczcie dziewczyny- powiedziała Gosia do koleżanek- kasa jest mi potrzebna, więc same rozumiecie.

-Pewnie- odpowiedziała Kasia Przesmyk- na twoim miejscu też byśmy tak zrobiły.

Tymczasem Matka na Szczycie podeszła do Szurnientino i zażądała od niego hasła do konta w banku. Reżyser nie miał najmniejszej ochoty jej go dać i jak mantra powtarzał, iż nazwiska koleżanek są kluczem do odgadnięcia hasła. Zrezygnowana Matka na Szczycie poczęła grozić Szurnientino, gdy nagłe regał biblioteki odsunął się i do gabinetu wszedł sam Don Koralone.

-Proszę, proszę- popatrzył na pisarkę- widzę, że trafiły do pani moje metody zastraszania. Taka delikatna kobieta, a takie słownictwo, jestem pełen podziwu.

-Co pan tu robi?- spytała wściekła autorka

-Przyszedłem po swoje. Nie zapomniałem zniewagi sprzed dwóch lat, gdy wystawiła mnie pani na publiczne  pośmiewisko. Mnie, przed którym drżą wszyscy włoscy politycy! Rok temu uśpiłem pani czujność i pomogłem pokonać tych dwóch projektancików, ale dzisiaj przyszła pora na zemstę. Odda mi pani kontrakt i te kilka milionów dolarów, które zarobiła na książce i będziemy kwita.

-Ani mi się śni- odpowiedziała Matka na Szczycie

-Cincino, proszę odebrać kontrakt pisarce- skinął na sekretarza Szurnientino Don Koralone (okazało się, że Cincino faktycznie był na usługach mafii, o czym jednak reżyser nie wiedział).

Subtelny Cincino zbliżył się do Katarzyny Targosz, spojrzał na nią groźnie i bez żadnych problemów odebrał jej podpisany kontrakt. Matka na Szczycie oniemiała i zrozumiała, że tym razem faktycznie przegrała. Szurnientino dał mafioso świstek papieru, na którym zapisane było hasło do konta w banku. Koralone wsadził papierek do kieszeni, lecz Gosia Juhas delikatnym ruchem błyskawicznie go wyjęła i schowała do Planeru Pełnego Chaosu, który położyła obok innych książek na jednym z regałów. Działo się to tak szybko, że nikt niczego nie zauważył.

-Słyszałem pani prośbę o Tajnych Księgach Watykanu- Don Koralone zwrócił się do Katarzyny Przesmyk- i żeby pokazać wam, iż nie żywię urazy, zawiozę tam panią i pokażę niektóre najgłębiej skrywane tajemnice Kościoła. Rachunki między nami zostają wyrównane i mam nadzieję, że już więcej nie będziemy wchodzić sobie w paradę.

Katarzyna Przesmyk skapitulowała i zgodziła się na propozycję Ojca Chrzestnego włoskiego podziemia. Gosia Juhas w znakomitym humorze wyszła z projektantką Vversalce, a w myślach liczyła, ile zarobi przez rok pracy we Włoszech. I tylko Katarzyna Targosz została na lodzie i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Doszło do niej, że przegrała, że wszystko zostało ukartowane i potężny Don Koralone nie jest w zasięgu jej możliwości. Nie wygram z tym mafioso- pomyślała rozsądnie- zmykam do kraju, jakem mi życie miłe.

I tak się stało. Matka na Szczycie powróciła do swoich gór i nie rościła już sobie żadnych pretensji do filmu Szurnientino. Trochę ją dręczyło, że została wykiwana, a jeszcze bardziej smuciło ją, że nie miała wiadomości od przyjaciółek. Była przekonana, iż dobrze się bawią w Italii i opanował ją smutek, który rozproszył Ojciec na Szczycie, przynosząc list polecony z Włoch zaadresowany właśnie do niej. Brzmiał on tak:

„Ratuj nas Kasiu, mamy przechlapane. Donatella Vversalce chce mnie przerobić na swoje podobieństwo i planuje cykl operacji plastycznych na moim ciele. Mam się stać jej wierną kopią i nie chce słuchać żadnych wyjaśnień. Jeszcze gorzej ma Kasia Przesmyk, która odkryła coś szalenie ważnego i siedzi teraz w Tajnych Lochach Watykanu wraz z grupą zbzikowanych mnichów. Musisz nam pomóc!

P.S. Planer Pełen Chaosu- hasło- bilbioteka- Szurnientino-albo skojarz nazwiska wiesz kogo”.

-Muszę ratować koleżanki i odzyskać hasło do konta w banku- powiedziała pisarka do męża- jest w gabinecie Szurnientino i zrobię wszystko, żeby się tam dostać. Przedtem jednak uratuję dziewczyny z rąk tych włoskich harpii.

-Czyli znowu jedziesz do Włoch?- podsumował Ojciec na Szczycie.

-Na to wygląda- jęknęła jego żona- ratunku, znowu ta Italia…


Czy Matce na Szczycie uda się uratować Gosię Juhas z rąk podstępnej Donatelli Vversalce? Czy Kasia Przemyk zdoła wyjść z watykańskich podziemi? Czy pisarka odzyska hasło do konta w banku i uczciwie zarobione miliony? A może dzięki wrodzonej przenikliwości skojarzy hasło za pomocą nazwisk przyjaciółek? Czy Don Koralone po raz kolejny przegra potyczkę z Katarzyną Targosz? Kto wie, czy o tym kiedyś się dowiemy.     



Stało się już tradycją, że 2-go listopada publikuję na blogu fikcyjne opowiadanie, którego bohaterka- Katarzyna Targosz obchodzi dzisiaj urodziny. W jej potyczkach z włoskim szefem podziemia zawsze towarzyszą jej dwie serdeczne blogowe koleżanki- Katarzyna Grzebyk i Gosia Jurasz. Mam nadzieję, że dziewczyny nie będą mi miały za złe ustawicznego zmieniania ich nazwisk, a solenizantce życzę wszystkiego, co najlepsze, zwłaszcza unikania takich ludzi, jak Don Koralone, czy cwany Szurnientino. Nie daj się, Kasiu!

Poprzednie historie:

1. Mafijna opowieść
2. Drżący&Kabanos na tropie pewnej blogerki


zdjęcie- telegraph.co.uk




Badante- jedno słowo, tyle ról

by 20 października

We Włoszech jest ich bardzo dużo. Są światłem w życiu starszych ludzi, potrzebujących towarzystwa i ochrony przed samotnością. Mieszkają z nimi, sprzątają, chodzą na zakupy, gotują, niejednokrotnie ich myją i przewijają, oglądają razem telewizję i stają się dla nich członkami rodziny. To opiekunki osób starszych, po włosku badante, których praca jest ciężka, często bywa niewdzięczna, a jeszcze częściej niedoceniona. Nie jest łatwo być badante  i trzeba mieć do tej pracy nie tylko mocny charakter, ale i wyjątkową krzepę. Bo podniesienie staruszki wymaga siły zarówno fizycznej, jak i psychicznej. To nie jest praca marzeń, lecz wszystko zależy od tego, na kogo się trafi.

Sama nie mam żadnych doświadczeń związanych z opiekowaniem się osobami starszymi we Włoszech, dlatego skontaktowałam się z kilkoma rodaczkami, które wykonują zawód badante. Drogą wirtualną opowiedziały mi o tym, czym dla nich jest ta praca, jakie mają wspomnienia i czy żałują, że w ogóle pojawiły się w Italii. Ich historie są dla mnie przykładem tego, że Polki zawsze dają radę, nawet wtedy, kiedy jest im naprawdę źle. Mieszkanie z dala od krewnych, na obcej ziemi, gdy jest się skazanym jedynie na starszą osobę, którą się opiekuje, nie należy do prostych zadań, zwłaszcza na początku. Potem jest już nieco lepiej i czasem pojawia się światełko w tunelu.

Teresa od piętnastu lat pracuje jako badante. Zna Włochy na wylot, bo tak się złożyło, że często się przenosiła. Na początku było jej ciężko, ponieważ nie znała języka, nie potrafiła odnaleźć się we włoskich realiach, a do tego musiała zajmować się kobietą przykutą do wózka, która mimo kalectwa umiejętnie posługiwała się laską i okładała nią Teresę z byle jakiego powodu. Po miesiącu gehenny Teresa uciekła z tego domu wariatów, jak sama go określiła i za pomocą znajomej Polki znalazła schronienie u miłej Włoszki z Turynu. Starsza pani nie wymagała wiele, oprócz towarzystwa, a jej rodzina płaciła niezłe pieniądze i nie wtrącała się w obowiązki opiekunki. Teresa uczyła się języka, zaczęła poznawać tutejsze zwyczaje i udawało się jej posyłać pieniądze zadłużonemu mężowi. Niestety, po dwóch latach starsza pani zmarła, a Teresa znowu została bez zajęcia. Szybko jednak trafiła na ciekawą ofertę i została opiekunką jurnego emeryta, który nie potrafił trzymać łap przy sobie.

-I tak już piętnasty rok się tułam- wyznaje Teresa- pół roku siedzę we Włoszech, a potem jadę na miesiąc do kraju, aby odpocząć i nabrać siły na kolejne miesiące. Opiekuję się emerytami, a przecież i ja jestem niemłoda. Nie chcę jeszcze z tym kończyć, bowiem czuję się potrzebna tym ludziom. W Polsce najpewniej tonęłabym w długach  i w desperacji. Mąż ma niską emeryturę i nie mielibyśmy z czego żyć, a tak spłaciłam nasze zobowiązania i mogę spać spokojnie. Ludzie mnie szanują i nazywają "wielką panią", choć dawniej nie poznawali mnie na ulicy. Dzisiaj zarabiam w euro, więc zyskałam dzięki temu szacunek otoczenia.   

Maria nie ma tak długiego stażu jak Teresa i nie ma tyle szczęścia, co ona, gdyż trafiają się jej osoby wymagające stałej opieki. Od ponad roku pracuje w Rzymie, a jej "babcia" bez jej pomocy nie zrobi niczego. Maria czasem wysiada psychicznie, ponieważ wydaje jej się, że starsza pani specjalnie ją dręczy i tylko udaje obłożnie chorą. A kiedy Maria ma wolny dzień, emerytka przeważnie dostaje gorączki, albo nagłych zawrotów głowy i Maria musi zrezygnować ze spotkania z koleżankami, mimo że cały tydzień na nie czeka. 

-To takie parszywe- czytam w mailu napisanym do mnie- mam ochotę ucieć z tej pracy i wrócić do kraju, lecz zatrzymuje mnie kasa. W Polsce w życiu bym tyle nie zarobiła, zresztą poznałam tu kogoś i oszalałam z miłości. Mam 45 lat, myślałam, że te sprawy już są poza mną, a tu proszę, zbajerował mnie Włoch. Widujemy się rzadko, lecz chwile skradzione w przelocie tej opiekuńczej gonitwy wynagradzają mi wszystko. Nie zostawiłam chłopa w Polsce, nikogo nie zdradzam, niemniej nie jest mi dobrze, bo mój Włoch nie traktuje mnie poważnie. Chciałabym, aby się zdeklarował i zabrał mnie od tej baby, ale on milczy, a ja cierpię i znoszę humory 80-letniej emerytki. 

Zupełnie innym przypadkiem badante jest Halina, która do pracy opiekunki podchodzi na luzie i nie przejmuje się zbytnio wymaganiami starszych pań. Zna tą robotę od podszewki i z niejednego pieca chleb już jadła, więc wiele rzeczy jej zwisa i powiewa. Nie stresuje się, nie przejmuje, a gdy zdarza jej się gorszy dzień, dzwoni do domu, by się wygadać. Najgorsze w byciu badante jest dla niej tęsknota i brak polskiego jedzenia (Halina nie znosi makaronu). Spotyka się z Polkami, wychodzi na tańce, flirtuje z mężczyznami i buja w obłokach. 

-Praca badante jest nudna- przyznaje Halina- a najbardziej potrzeba do niej cierpliwości. I żeby mi jej nie zabrakło, znajduję sobie przestrzeń i małe rytuały, które akceptuje moja staruszka. Rano idę na zakupy i zahaczam o bar, gdzie piję kawę i plotkuję z Włochami. Wieczorami wychodzę na godzinkę i pozwala mi to na zachowanie spokoju. Muszę się, jak ja to nazywam, odchamić, inaczej bym nie wytrzymała. To nie jest łatwa robota, jako że psychicznie daje w kość. Trzeba mieć do niej predyspozycje, inaczej się nie wytrzyma. Nigdy nie "nakurwowałam" się tyle w Polsce, co w pięknej Italii, lecz Włosi, na szczęście, biorą moje przeklinanie za dobrą monetę. Poza tym podobam im się i co tu dużo ukrywać, jestem z tego powodu mega zadowolona. Włosi to mistrzowie podrywu.

Bohaterki tego wpisu zgodnie przyznają, że bycie badante to coś więcej, niż opieka nad starszymi osobami. Słowo badante to zlepek wielu ról, a każda z nich jest tak samo ważna. Opiekunka musi być dobrą pielegniarką, jeszcze lepszym psychologiem, czasem złym policjantem, bywa ochroniarzem staruszki, a przede wszystkim jest światełkiem w tunelu, dającym seniorom nadzieję. Dzięki badante samotność starszych ludzi nie jest już taka straszna. I tylko one wiedzą, ile ta praca wymaga poświęceń.


Zdjęcie- Adnkronos

Imiona pań na ich prośbę zostały zmienione.

Smutna historia babci Peppiny

by 03 października

Nie lubimy myśleć o starości. Nie akceptujemy pojawiających się zmarszczek. Nie chcemy dać za wygraną i próbujemy walczyć z upływającym czasem. Dążymy do tego, aby pomagać seniorom, ponieważ starość to etap, który powinien być spokojny i niezmącony przez żadne urzędnicze widma. Niestety, nawet piękna włoska jesień życia może zamienić się w koszmar, gdy musi zmierzyć się z bezduszną biurokracją. Taką walkę od kilku tygodni prowadzi 95-cio letnia babcia Peppina, a jej historia poruszyła włoską opinię publiczną. Ktoś uparł się, by eksmitować staruszkę z drewnianej chatki, w której mieszkała, gdyż została ona wybudowana nielegalnie na terenie dwukrotnie odwiedzonym przez trzęsienie ziemi. Pierwszy dom Babci Peppiny zawalił się po przejściu kataklizmu, zatem córki zakupiły drewnianą chatkę (na jej własną prośbę), gdzie chciała dotrwać do końca swych dni. I chociaż staruszka wygrała z potężnym żywiołem, jakim jest trzęsienie ziemi, to nie zdołała pokonać bezlitosnych zasad biurokracji. Przegrała więc, a wraz z nią przegrało państwo włoskie.

Powiecie teraz, że przecież słusznie, skoro dom został wybudowany nielegalnie. To prawda, nie dopełniono formalności, co bardzo często się zdarza, a włoski system jeszcze częściej przymyka na to oko. Domy budowane bezprawnie to zjawisko powszechne, z którym da się dużo zrobić, lecz nikomu się nie chce. Istnieje również proceder okupowania pustych mieszkań i przybrał on już dosyć niebezpieczny obrót. Polega on na tym, że osoby włamują się do mieszkania, w którym nikt nie mieszka i stają się jego lokatorami. Jest to niezgodne z prawem nadużycie i szerzy się ono w zatraważającym tempie. Nikt jednak się nie kwapi, aby z tym coś zrobić i nie widać w przypadku okupowanych mieszkań nadgorliwości ze strony państwa, jak stało z domem babci Peppiny. Można śmiało wyrzucić staruszkę z jej drewnianej chatki, ale osób zajmujących mieszkania bez zgody prawowitych właścicieli już nie. Na to nie ma się siły i najmniejszej ochoty, bo to taka włoska walka z wiatrakami. Zbyt dużo jest takich sytuacji i trzeba wiele zachodu, by każdy rozpatrywać indywidualnie. A babcia Peppina nie dała rady sama się obronić, więc trzeba było zaburzyć jej spokój na stare lata. 

I właśnie to jest najgorsze w całej tej historii- sędziwy wiek babci Peppiny powinien być niejako gwarancją na jej nietykalność. Przerażająco smutny był widok kobiety w telewizji, gdzie ze łzami w oczach opowiadała o tym, że nie chce opuszczać miejsca, w którym przeżyła 60 lat. Starość trzeba chronić od podobnych emocji, trzeba zrozumieć potrzeby osoby i jej pragnienie pozostania na swojej ziemi. Włoska biurokracja wzięła pod lupę 95-cio letnią staruszkę i walczyła z nią do oporu, aż wygrała. Nie pomogli politycy, którzy zajęli się sprawą babci Peppiny, ani głos społeczeństwa, domagający się odrzucenia zakazu eksmisji. Prawo to prawo i należy je egzekwować, grzmiali urzędnicy wymachujący służbowymi papierkami. Ależ naturalnie i z tym nikt nie polemizował, a z faktem, iż wyrzucono z domu staruszkę. Dlaczego to samo prawo jest tak pobłażliwe w stosunku do tysięcy innych osób? Widok zrozpaczonej babci Peppiny opuszczającej swój dom poruszył niejedno serce, lecz sumienia niektórych osób pozostały niewzruszone. "Dzisiaj umarło dla mnie państwo, nie jestem więcej dumna z bycia Włoszką"- powiedziała jedna z córek Peppiny i nie wypada nie zrozumieć jej rozgoryczenia. Starych drzew się nie przesadza, zwłaszcza gdy są tak rozczulająco bezbronne.


zdjęcie- inews.it

Subtelni (albo i nie) mistrzowie dwuznaczności

by 27 września


Przed moim wyjazdem do Włoch dużo słyszałam nie tylko na temat "tych playboyów Makaroniarzy" (uwierzcie, że nie znoszę tego słowa, choć kiedyś sama go nadużywałam), ale również o tym, że Włochom wszystko kojarzy się z seksem. Jakkolwiek pierwsze stwierdzenie nie jest do końca zgodne z prawdą, bo znam wielu Włochów, którzy z pojęciem "amant" nie mają nic wspólnego, to drugie jest jak najbardziej słuszne. Włosi są słownymi mistrzami dwuznaczności, a odniesienia do seksu znajdują wszędzie, nawet w niewinnych bajkach dla dzieci. Ich zawadiacka natura już tak jest skonstruowana, że muszą dodać coś pikantnego do rozmowy, gdyż powoduje to salwy śmiechu. No i nadaje sens dialogowi, jako że konwersacja bez pieprznego elementu nie ma w sobie nic ciekawego.

Wiele aluzji do seksu można odnaleźć w kuchni i łatwo przejść od gastronomii do erotyki, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy. Biada temu, kto rozprawia o ziemniakach, ponieważ tym mianem określa się też waginę. Kiedy więc Włoch mówi "patata", ma na myśli oczywiście ziemniak, chyba że z kontekstu zdania wynika coś innego. Kilka lat temu we włoskiej telewizji królowała reklama z gwiazdorem porno- Rocco Siffredim, który zachęcał do jedzenia czipsów (po włosku patatine). Ikona fimów dla dorosłych mówiąca o czipsach nie dała zbytnio popisu do wyobraźni i każdy głupi się domyślał, o co naprawdę chodziło boskiemu Rocco. Tylko Włosi mogli wpaść na taki pomysł i nie oburzyć się z powodu (podobno) skandalicznego spotu. Rocco i patatine to przecież oczywista oczywistość, bo któż zjadł ich więcej od niego? 

Podobnie sprawa ma się z groszkiem (pisello) i jego wpływem na nasze samopoczucie. Jedni go lubią, inni za nim nie przepadają, a jeszcze innym poprawia humor. Trzeba jednak uważać, gdy wdaje się w dyskusję na temat groszku, bo może ona nas zaprowadzić krok po kroku do... męskiego krocza. Otóż swojska nazwa członka to właśnie "pisellino", który gdziekolwiek się pojawi, tam narobi sporo zamieszania. Widać to zwłaszcza w transmisjach kulinarnych i kilku znanych twarzy telewizyjnych nadziało się już na ów oryginalny groszek. Gafy te szybko rozeszły się po internecie i były szeroko komentowane, a ich autorzy zyskali jeszcze większą popularność. Musicie jednak być czujni, ponieważ groszek sieje zamęt również i poza kuchnią, a jego wpływy znajdują się też w bajkach. "Księżniczka na ziarnku grochu" w naszym języku nie wzbudza żadnych emocji, natomiast we włoskim jak najbardziej. "Principessa sul pisello" jest dla Włochów przykładem tego, iż dwuznaczność czasem bywa kłopotliwa. Krótko mówiąc, czytając ją dzieciom, mają przekichane, ale i tak uwielbiają tę opowieść. 

Kiepsko jest po włosku zamiatać (scopare). To zwykła czynność, którą pospolita gospodyni domowa (jak nie przymierzając ja), wykonuje codziennie i praca ta nie przynosi jej żadnych uniesień. Tymczasem wyraz scopare to wulgarny zwrot dotyczący uprawiania seksu i lepiej omijać go szerokim łukiem, bowiem nie wiadomo, do czego może nas doprowadzić. Zdarzyło mi się widzieć zakłopotanie na twarzy osób, które wymieniały to słowo, po czym konspiracyjne tłumaczyli, co ono znaczy. Dwuznaczności włoskie pomagają mi trochę w przyswajaniu nowych słówek, ponieważ szukam synonimów, aby nie wymówić niektórych haseł. Nie jestem osobą pruderyjną, lecz brakuje mi włoskiej swobody obyczajów i czasem robię słowne uniki. Zdarzają mi się i językowe wpadki, a największą z nich przeżyłam w piekarni na mojej ulicy, do której wybrałam się kupić chleb. Była to moja pierwsza wyprawa po pieczywo i choć dobrze wiedziałam, jak się mówi po włosku "chleb", to palnęłam takiego byka, iż do tej pory palę się ze wstydu:

-Poproszę pene- powiedziałam do sprzedawczyni

-Jesteś pewna?- spytała mnie.

-Jak najbardziej- odpowiedziałam oburzona.

-Przykro mi, ale w tej chwili nie mamy żadnego na stanie. Za chwilę wróci kolega i może on ci jakoś pomoże.

I już miałam zacząć się gniewać, gdy dotarło do mnie, że chciałam kupić penis (pene-penis, pane-chleb). Chcąc nie chcąc, znakomicie wpisałam się we włoski klimat.


zdjęcie- Pinterest

Emigracyjna analiza w kilku aktach

by 15 września


Zbliża się szósta rocznica mojego pobytu na włoskiej ziemi, więc wypadałoby podsumować te kilka lat przeżytych poza krajem. Emigracja, którą umyślnie wybrałam, przyniosła mi wiele radości, trochę smutków i łez, lecz najwięcej w niej miłości, bowiem to na obczyźnie dane mi było zostać matką, a moje córeczki są dla mnie całym światem. I kiedy przypominam sobie włoskie początki, to mam wrażenie, że przebywałam na zupełnie innej planecie i nawet nie wiedziałam, na co się piszę. Moja emigracja składa się z różnych etapów, a każdy z nich jest tak samo ważny, ponieważ dzięki nim dojrzałam i ujarzmiłam potwory drzemiące w tej pięknej, acz trudnej wędrówce, jaką jest mieszkanie z dala od ojczyzny:

1. Etap pierwszy- euforia.

Pierwsze tygodnie we Włoszech to była dla mnie niekończąca się euforia. Wszystko uważałam za ekscytujące, zachwycała mnie każda pierdoła i miałam się za wielką szczęściarę. Opuszczałam kraj, który mimo że ma swój urok, to jednak nie zachwyca tak jak Italia. Zdawało mi się, że przyjechałam tu na wakacje, już zawsze będzie wspaniale i nie opuści mnie entuzjazm, gdy niespodziewanie nastąpił:

2. Etap drugi- stagnacja.

Zrozumiałam, że nie jestem we Włoszech na urlopie, tylko zaplanowałam tu życie i nie ma mowy o powrocie do kraju, przynajmniej nie na takich warunkach, jakie sobie wymarzyłam. Italia przytłaczała mnie okrutnie i czułam się niemal jak w więzieniu, z którego nigdy nie wyjdę. Moje przygnębienie potęgowała świadomość, że Polskę zobaczę nieprędko i nagle ojczyzna zaczęła mi się jawić bardzo wzniośle, w związku z czym dopadł mnie:

3. Etap trzeci- gloryfikacja.

To uczucie jest nieobce żadnemu emigrantowi, zaś idealizowanie ojczyzny jest świętym prawem każdego tułacza. "W Polsce to by się nie zdarzyło", "W Polsce żyje się lepiej", "Polska jest bardziej cywillizowana od Włoch"- ile razy z moich ust padały podobne słowa, co ogromnie irytowało męża. W Italii większość rzeczy stała się dla mnie "be" i ciągle coś porównywałam z Polską. Brak rodzimych rarytasów również dał mi się we znaki, bo przecież pizza czy spaghetti nie mogą się równać z kapustą kiszoną. I tkwiłam w tej złości, wzdychałam niczym natchniony poeta do "kraju tego", po czym odnotowałam, że dalej tak nie da się żyć, więc weszłam w:

4. Etap czwarty- uspokojenie.

Znów pokochałam Italię i to pomogło mi pogodzić się z moim statusem emigrantki. Zapuściłam korzenie we Włoszech, odkryłam na nowo smak tutejszej kawy i zdjęłam z pleców niepotrzebny ciężar. Przypomniałam sobie, dlaczego jestem w Italii i w mojej duszy zapanował spokój. Nie jestem tu za karę i niejeden dałby się pokroić, żeby być na moim miejscu, a do Polski w końcu nie mam daleko. Byłam wzburzona, ale odzyskałam panowanie nad sobą, w czym duża zasługa mojej rodziny. 

Jest jeszcze jeden etap, który towarzyszy mi od początku emigracji i nie ma niego lekarstwa. To niepewność, że ktoś odejdzie bez pożegnania, że komuś stanie się krzywda, że nie zdąży się kogoś zobaczyć, że zadzwoni telefon, którego nie będę chciała odebrać, że jutro może być za późno...

Koszmar Polki w Rimini

by 30 sierpnia


Niedawno wróciłam z Polski, gdzie byłam tylko przez tydzień i przez ten krótki czas nie interesowałam się zbytnio tym, co dzieje się we Włoszech. Gdy przyjechałam do domu, nadrobiłam zaległości, a pierwszą wiadomością, na jaką się natknęłam, był brutalny gwałt na polskiej turystce w Rimini. Zszokowana, odpaliłam internet i kiedy poczytałam komentarze na temat tej sprawy, ręce mi opadły z bezsilności. Wydarzyła się tragedia, o której ciężko będzie zapomnieć tej biednej dziewczynie i na tym właśnie należy się skupić, a nie na oskarżaniu jej o to, że nie powinna chodzić nocą po plaży. Litości! Ofiara przemocy nigdy nie jest winna i nie ma w tej historii żadnych okoliczności łagodzących. Potępić i to zdecydowanie należy jej katów. A jeśli już o nich mowa, to najważniejszą rzeczą okazało się być ustalenie ich pochodzenia. 

Nie jestem, o czym wiedzą czytelnicy bloga, zwolenniczką polityki imigracyjnej prowadzonej przez włoski rząd i nie podoba mi się to, że do Włoch przybywają ludzie bez dokumentów, o których nic nie wiadomo. Niemniej, mieszkam w Italii i dobrze wiem, że przemoc wobec kobiet to również sprawa włoska, o czym świadczy niegasnące zjawisko kobietobójstwa. Zabójstwa na kobietach dokonywane są przez rodowitych Włochów, dlatego daleko mi do stwierdzenia, że tylko imigranci stanowią zagrożenie. Włosi też nie są święci, tak samo jak święci nie są Polacy i licytowanie się na forach, gdzie odbywa się więcej gwałtów, jest bez sensu. Nie ma kraju wolnego od przestępców i wszędzie trafiają się jednostki aspołeczne oraz bestie w ludzkiej skórze, jakie ujawniły się w Rimini. W Italii kary za gwałty i morderstwa na kobietach są bardzo niskie, więc kolesie za dużo sobie pozwalają, ponieważ wiedzą, że nic im się nie stanie. Zaostrzenie prawa pomogłoby uniknąć podobnych zdarzeń, albo chociaż je zmniejszyć.

Gwałt to nie jest przyjemność, jak próbował przekonywać niejaki Abid Jee- mediator kulturalny z Pakistanu, który (na szczęście) został wyrzucony ze stanowiska po opublikowaniu w internecie skandalicznego wpisu. Według gościa kobieta tylko na początku odczuwa ból, a potem jest już spokojna i dla niej to normalny akt miłosny. Powiesić go za jaja to za mało! Gwałt to przemoc, a nie zabawa, to trauma, która zostaje w kobiecie na całe życie. Wytłumaczenie i banalizowanie gwałtu to także jest forma agresji i z tej przyczyny odesłałabym mediatora do domu, bo w moim odczuciu facet jest niebezpieczny. Kto mu pozwolił wypowiadać się w imieniu zgwałconych kobiet? Brednie, że kobiety to lubią, są dla ofiar poniżające, zaś usprawiedliwienie gwałtu jest zaproszeniem do podobnych występków. Skoro kobietom się to podoba, można je brutalnie traktować, w końcu to sama rozkosz. Do diaska z takim mediatorem!

Mam nadzieję, że sprawcy zostaną szybko ujęci i dostaną takiego kopa w dupę, że już w życiu nie zbliżą się do żadnej kobiety. Gdyby okazało się, że gwałtu dokonali nielegalni imigranci (a wiele na to wskazuje), to może da to do myślenia włoskim politykom i zaczną wywalać z Włoch ludzi, którzy nie mają nic wspólnego ze słowem "uchodźca". W tej sprawie jest dużo emocji, co wcale mnie nie dziwi, gdyż stała się rzecz straszna, lecz powtarzam raz jeszcze, że oczernianie na forach dziewczynę o to, iż była nieostrożna, więc jest sama sobie winna, to świństwo. Romantyczne spacery nad brzegiem morza są wpisane w wakacje i zakochani mają do nich święte prawo. Nie mają natomiast prawa zostać zaatakowani, poniżeni i zgwałceni, nawet jeśli spacerują na plaży w środku nocy. Za to nie ponoszą winy, mimo że niektórzy zarzucają zgwałconej dziewczynie brak instynktu samozachowawczego. Takie zarzuty świadczą o tym, iż pojęcie przemocy nie dla wszystkich jest zrozumiałe. Smuci mnie to tym bardziej, że odpowiedzialność na polską turystkę przerzucają w głównej mierze mężczyźni. Dla niej już nic nie będzie takie same. Uszanujmy jej tragedię...

zdjęcie-The Social Post

Włosi starzeją się wolniej

by 13 sierpnia



Włoscy seniorzy są cool. Nie lubię wtrącać obcych wyrazów do moich wpisów, lecz właśnie to słowo idealnie oddaje charakter emerytów z Italii. Dla nich starość nie jest przeszkodą i potrafią cieszyć się chwilą nawet w podeszłym wieku.

-Mogłabym siedzieć, narzekać i czekać na śmierć, ale to nie ma sensu- powiedziała mi jedna z sardyńskich krewnych męża, krzepka 75-latka, która ma tyle energii, że mogłaby nią obdarzyć kilka osób- życie jest fajne w każdym wieku, a na upływający czas nie mamy wpływu. Nadal chodzę na tańce, do kina i spotykam się ze znajomymi. Nie zamknę się w domu i nie zamierzam poddawać się starości.

Bardzo zaimponowała mi jej postawa i jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, jak nasza mentalność różni się od włoskiej. Emeryci z Italii wprost kipią witalnością, chociaż i oni chorują, chodzą po lekarzach i nie mają lekko. Wbrew pozorom, emerytury włoskie wcale nie są wysokie, więc starsi ludzie często mają problemy, by związać koniec z końcem. Wolą jednak o tym nie mówić, nie lubią zrzędzić i widzą wszystko w jasnych barwach. Nie przejmują się na zapas, nie biadolą na ciężki los, a przesiadują na ławeczkach, rozmawiają o miłości i niejednokrotnie przeżywają drugą młodość. Jedzą tłuste rzeczy, nie obchodzi ich cholesterol, jako że dieta śródziemnomorska zapewnia im długowieczność oraz siły potrzebne do dalszej wędrówki. Mają do zrealizowania jeszcze wiele planów, wybierają się w dalekie podróże statkami wycieczkowymi i korzystają z usług medycyny estetycznej. Zmarszczki może i są fajne, ale jeśli jest na nie rozwiązanie, to warto je zastosować. Niejedna starsza pani nosi się niczym na wybiegu, lecz nikogo to nie szokuje, bo włoska swoboda obyczajów nie robi wyjątków. A że modne jest posiadanie partnerów z dużą różnicą wieku, stąd na włoskich ulicach można spotkać emerytki w towarzystwie ich młodszych kochanków. 

Toy boye (tak nazywa się młodych narzeczonych) są antidotum skuteczniejszym od lekarstw. Panie nie wstydzą się tego, że w ich wieku nadal ma się pragnienia i celowo wybierają mężczyzn młodszych nawet o 30 lat. Większość takich kobiet jest dobrze sytuowana i zapewnia kochankom dyskretny sponsoring, ale to również nie spotkało się z negatywnym odbiorem społeczeństwa. Skoro starzy faceci mogą mieć młode laski, to dlaczego kobiety mają być gorsze? Taki Berlusconi wziął sobie za partnerkę dziewczynę, która mogłaby być jego wnuczką, wszak dzieli ich prawie 50 lat, lecz nikt z tego powodu go nie osądza. Wręcz przeciwnie, postawa byłego premiera imponuje zwykłym Włochom i wielu z nich stawia go za przykład prawdziwego mężczyzny. Kobiety zaś idą śladem kilku celebrytek i doceniają wpływ młodego ciała na ich wygląd i samopoczucie. Nie generalizuję oczywiście, ta sprawa nie dotyczy wszystkich emerytów, niemniej jest coraz więcej podobnych związków i nikt nie mówi po kątach, że starszym paniom odbiło.

I starość może być przyjemna. To kolejny etap naszej tułaczki, który lepiej przejść z uśmiechem na ustach, a nie patrzeć w metrykę i zastanawiać się, czy w tym wieku nadal coś wypada. Jakże milej spędzać czas na zabawie, zamiast dyskutować o śmierci bądź o chorobach. Włoscy emeryci biorą życie pełnymi garściami, gdyż jutro mogą nie mieć już tej szansy. Ich dzień nie kręci się tylko wokół kościoła i spraw religijnych, ale także doczesnych, bo te są naprawdę piękne. Z tego powodu czas nie przecieka im przez palce, a w ich rozmowach przebrzmiewa optymizm, który wyraża słynne włoskie dolce vita. I na ławeczce przed domem można się rozluźnić, poznać następną miłość lub wygrać ze starością. Włosi potrafią zaszaleć i nie dać się strzykającym stawom, zaś mieszkanie nie jest dla nich celą bez wyjścia. Nie mają recepty na wieczną młodość i nie zawsze jest u nich kolorowo, jednak wolą skupić się na pozytywnych aspektach istnienia. Włoscy seniorzy nie wynaleźli eliksiru młodości, lecz niewątpliwie starzeją się wolniej, bo sami tak zdecydowali i za to im chwała. 

Ta cholerna nostalgia

by 04 sierpnia


Czasem pęka mi serce. Czasem brakuje oddechu. Czasem mam obolałą duszę. Czasem moje oczy wypełnia pustka. To "czasem" dzieje się tylko czasem, ale gdy przychodzi, rozpadam się na części. Ogarnia mnie tęsknota za krajem, ta cholerna nostalgia, która powoduje rozbrat z moim własnym "ja", z emigracyjnym życiem i szczęściem, jakie daje mi rodzina. Tęsknota wdziera się we mnie od niechcenia, pojawia się nieproszona i nie ma siły, by ją ujarzmić. Nie da się jej powstrzymać, nie można jej odsunąć lub o niej zapomnieć. To parszywa kompanka mojej emigracyjnej ścieżki i nawet nie próbuję z nią walczyć, bo to jest walka z góry skazana na sromotną porażkę. 

Nie tęsknię codziennie, lecz kiedy to się zdarza, umieram. Mam ochotę wyć i błagam, aby jakaś siła wyższa przeniosła mnie do kraju. Tak stało się niedawno, gdy wyjechaliśmy z promu wiodącego na Sardynię i autostradą zmierzaliśmy do domu teściów. Podziwiałam niepowtarzalny klimat wyspy, aż tu nagle przyszła ona, ta cholerna nostalgia. Ponownie zaczęłam rozglądać się wkoło i wszystko wydało mi się takie pospolite, zaś fascynacja Sardynią pękła niczym bańka mydlana. Zamarzył mi się śląski krajobraz, kopalniane szyby i familoki, a uczucie, które temu towarzyszyło, było ciężkie do zniesienia. Nie potrafię ująć w słowach tego, co czułam, gdy tęsknota wpiła się w mą duszę. Nie mogłam zapanować nad sobą i krzyczałam w myślach- chwilo, nie trwaj, bo znowu mnie rozerwiesz na kawałki. Nie wiem czy wyniosła się po paru godzinach, minutach, czy sekundach, ponieważ w takich momentach nie jestem niczego świadoma.

Ile razy słyszałam, że nie powinnam się przejmować, gdyż mieszkanie we Włoszech to swego rodzaju przywilej. Mam morze z praktycznie każdej strony, obcuję na co dzień z pięknem Italii, jem prawdziwą pizzę i rozkoszuję się wspaniałym włoskim krajobrazem. Zostawiłam kraj, w którym dzieje się coraz gorzej, po kiego więc wylewam smutki, zamiast się po prostu cieszyć? Na ogół tak się dzieje i jestem radosna jak szczygiełek, ale co jakiś czas głośno puka do mych drzwi ona, ta cholerna nostalgia. Emigrant zabiera ją ze sobą w walizce i na obczyźnie towarzyszy mu już do końca, jak groźny cień czający się w pobliżu. Nikt i nic nie załata dziury, którą wypala tęsknota. Człowiek musi się z nią uporać sam, a kiedy odzywa się w nim miłość do ojczyzny, najlepiej zostawić go w spokoju. Bo z emigracją nieodłącznie wiąże się samotność i nawet najbliższa osoba nie pomoże rozedrzeć tęsknoty na strzępy.

Czasem mam ochotę wrócić. Czasem przeklinam bez oporu. Czasem jestem wściekła, a czasem nerwowa. To "czasem" występuje wówczas, gdy po raz kolejny zastawia na mnie sidła ona, ta cholerna nostalgia. Nie mam wpływu na to, kiedy mnie odwiedza, ani z jaką częstotliwością to robi i nie mogę jej dać kopniaka, chociaż bardzo bym chciała. Na szczęście jest w moim domu rzadkim gościem, lecz skutki jej wizyty tkwią we mnie długo. Na co dzień nie mam wątpliwości, więc nie chcę robić szopki z mojego statusu emigrantki, a opowieść o tęsknocie jest dla mnie formą terapii. Dźwigam z uśmiechem mój mały krzyż i tylko chwilami jest on dla mnie ciężarem. Nie cierpię za miliony, nie płaczę po nocach i ani przez moment nie żałowałam swej decyzji o wyjeździe. Tęsknota jest jednak tak skonstruowana, że i szczęśliwemu człowiekowi może nieźle dokopać. Kiedy więc następnym razem powiesz mi "ale ci dobrze", zastanów się dwa razy, zanim się odezwiesz. 

Włoski lek na całe zło

by 27 lipca
Wakacje mają to do siebie, że upływają stanowczo za szybko. Ledwo człowiek zacznie urlop, a już musi się pakować i zastanawia się, jakim cudem to koniec. Moje sardyńskie impresje wprawiły mnie w zachwyt, ale odczuwam i znaczny niedosyt. Dwa tygodnie z hukiem to bowiem za mało, aby rozsmakować się w wyspie i wchłonąć jej magiczną atmosferę. To niestety też za dużo, by móc ot tak po prostu wrócić do szarej rzeczywistości. Na kontynencie życie toczy się swoim torem, zaś Sardynia to piękna przerwa od normalności. 

Nie o sobie jednak będę pisać, tylko o tym, czym zaskoczyli mnie Włosi, a było tego sporo, zwłaszcza w zakresie kuchennym. Kiedy przyjeżdża się do włoskiej rodziny, to nie ma mowy o diecie, spokoju i ciszy, lecz trzeba jeść do upadłego, inaczej można narazić się na gniew starszego pokolenia. Bo czy się tego chce czy nie, włoskie życie toczy się przy stole w kuchni i biada temu, kto tego nie będzie przestrzegał. Pisałam o tym w poprzednim wpisie, ale wówczas wakacje były dopiero przede mną i dzisiaj jestem bogatsza o nowe doświadczenia. 

Po raz kolejny odkryłam, jak dla Włochów ważny jest makaron. Bez makaronowej konsumpcji obiad u szacownej włoskiej rodziny nie ma racji bytu. Jest on dobry na wszystko, zatem nie ma innej opcji, jak go wcinać i to garściami. Mój teść twierdzi, że makaron to antidotum na każdą bolączkę i poleca go nie tylko z powodów kulinarnych. Boli cię głowa? Zjedz makaron! Masz wzdęcia? Zjedz makaron! Nie chce ci się żyć? Zjedz makaron! Nie potrafisz schudnąć? Zjedz makaron! Wkurza cię otoczenie? Zjedz makaron! Dla niektórych Włochów makaron ma większe znaczenie od seksu, jako że je się go codziennie, a z seksem wiadomo, różnie to bywa. Natomiast kłótnie dotyczące prawidłowego przygotowania ubóstwianego makaronu wstrząsają niejedną włoską jadalnią.

W domu teściowej króluje rozgotowany makaron, gdyż teść uwielbia makaronową papkę, czego nie mogą mu wybaczyć familijni zwolennicy al dente. Mój mąż z kolei lubi pół na pół, jeszcze inny członek rodziny przepada za ugotowanym co do minuty i tak do znudzenia. Teściowa dwoiła się i troiła, by każdemu dogodzić, ale to było niemożliwe, bo zastrzeżenia co do miękkości makaronu spływały do niej na potęgę. Mimo tego obiad znikał z talerzy błyskawicznie, a po nim ponownie nastąpiła dyskusja o tym, po jakim czasie makaron jest najpyszniejszy. Kiedy radośnie wypaliłam, że dodaję do zupy pomidorowej świderki, spojrzano na mnie jak na wariatkę. No jak można tak bezcześcić święty makaron? Jedna z ciotek omało nie dostała palpitacji i od teraz uważa Polaków za barbarzyński naród. Makaron w zupie, no to się do tabloidów nadaje!

Goście we włoskich domach czasem mogą doprowadzić do szału. Notorycznie się spóźniali, a u teściowej panuje zwyczaj, że obiad zaczyna się jeść wtedy, kiedy rodzina będzie w komplecie. Zasiadaliśmy więc do stołu o drugiej i czekaliśmy na biesiadników nawet do czwartej, zaś żołądki grały nam kiszki marsza z głodu. Potrawy - z makaronem na czele - wystygły, ale nikt się tym nie przejmował i umilał sobie czas pogaduszkami. Teściowie prowadzą dom otwarty i oprócz członków rodziny na obiad załapali się sąsiedzi i znajomi (mąż uważa, że przypadkowi przechodnie również się wprosili), a taki melanż ciężko jest ujarzmić. Wyróżniałam się spośród nich kolorem skóry, ponieważ jest ona wyraźnie bielsza od włoskiej opalenizny i każdy się mnie pytał, dlaczego jestem taka blada. Musisz jeść więcej makaronu - stwierdził z miną znawcy teść- a wtedy twoja skóra będzie miała złotą powłokę. Rozważę tę opcję, lecz jeszcze nie dzisiaj, bo po siedemnastu dniach makaronowej wyżerki trzęsie mnie na samą myśl o spaghetti al dente. To były naprawdę niezapomniane chwile.


Kilka kadrów z Sardynii:










Włoska rodzina w natarciu

by 06 lipca

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina mojego męża jest bardzo liczna i nawet kuzyni piątego stopnia zaliczani są do najbliższych członków zacnej sardyńskiej familii. Na początku trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ mąż ma pięciu kuzynów, którzy nazywają się Salvatore, a imię to dostali na cześć dziadka ze strony mamy, zaś stronę żeńską reprezentuje imię Rosa po niezapomnianej babci męża. Gdy jesteśmy na Sardynii i bierzemy udział w zjazdach rodzinnych, wszyscy ci "Salvatore" wiecznie mi się mylą, ale najśmieszniejsze jest to, że do każdego z nich zwraca się inaczej: Tore, Sal, Al, Salvo i Sale, co po włosku oznacza "sól". Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego nie mogli dostać innego imienia (albo chociaż "Salvatore" na drugie) starsi krewni wytłumaczyli mi, że tradycja to dla nich rzecz święta. To fakt, jako że mój mąż też nosi imię po swoim dziadku, a jego siostra po babci (ze strony ojca), natomiast nasze dzieci nie dostąpiły tego zaszczytu i wybraliśmy neutralne imiona. Na szczęście teściowa nie miała nic przeciwko temu.

Przed nami wakacje na Sardynii i znowu spotkam się z sympatyczną rodziną męża. Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a teściowa tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję. Zastanawiając się, kogo odkryję tym razem, przygotowałam listę na temat włoskich krewnych, czyli rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, wchodząc do włoskiej rodziny (a w moim przypadku sardyńskiej, bowiem uściślenie kierunku jest dla Włochów niezwykle istotne), inaczej będzie kiepsko:

1. Niekończące się przywitania i całuski

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego, niemniej zaczyna być męczące, gdy zdarza się codziennie i przez kilkanaście dni pobytu człowiek czuje, że nic nie robi, tylko się obściskuje. Ledwo z łóżka wyjdzie, już musi przytulić wniebowziętą teściową i tak w koło Macieju, aż do samego końca. Jakie jest na to lekarstwo? Nie ma, należy się przyzwyczaić, ewentualnie mieć nadzieję, że jakimś cudem pojawi się nam na twarzy opryszczka. Wtedy przestaną, chociaż jakby się tak zastanowić, to niekoniecznie.

2. Kilkugodzinne posiłki

Kiedy je się obiady i kolacje w towarzystwie Włochów to nie ma zmiłuj, ponieważ oni nie jedzą, a się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba i kiełbasy, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków (od wyboru do koloru) i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nie obrazić gospodarzy. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u mojej teściowej zaczynają się po ósmej wieczorem, a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i swoje przystoi odsiedzieć, zresztą to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące. Dobrze pamiętam jedną z nich, gdy zajadałam się pizzą, a korpulentna ciotka męża zaczęła opowiadać mi mrożącą krew w żyłach historię o jakiejś dalekiej krewnej, która przeszła już 25 operacji i jest chodzącym "przypadkiem medycznym". "A jakby tego było mało" - szepnęła konspiracyjnie cioteczka- "za niedługo będzie miała kolejną operację. Ponownie otworzą jej brzuch i biedna zapewnie zobaczy swoje wnętrzności. Flaki na wierzch jej wyjdą, ot co". Kolacje na Sardynii to niepowtarzalna sprawa.

3. Rozmowy w dialekcie

Każdy region w Italii wyróżnia nie tylko piękno krajobrazu czy lokalne potrawy, ale również dialekt. Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to. Mieszkając w Italii, doszłam do małej wprawy i jestem w stanie rozróżnić po akcencie, skąd dany Włoch pochodzi (z mową jest rzecz jasna gorzej, rozpoznaję jedynie dialekt sardyński i neapolitański). Moim ulubionym akcentem jest ten z okolic Bresci, jako że do złudzenia przypomina mi śląski, bardzo lubię też toskański i charakterystyczną wymowę litery "c". Dialekt sardyński (sardo) tymczasem jest dla mnie za szybki, bo kiedy teściowa zaczyna w nim mówić, to strzela słowami z prędkością błyskawicy. Sardo ma w sobie naleciałości greckie i gdy przysłuchuję się sardyńskim dialogom, to wydaje mi się, że słyszę obcy język, a nie włoski. Na Sardynii wśród starszego pokolenia dialekt jest niezastąpiony i mało kto "przechodzi" na włoski w mojej obecności. Nie jest to wynikiem niewychowania, po prostu ciężko po kilkudziesięciu latach przestawić się na język ojczysty. Teściowa wiecznie upomina męża, by przy mnie nie ważył się mówić po sardyńsku, albowiem wyjdzie na niewychowanego buca, lecz sama o tym zapomina i posługuje się dialektem od rana do wieczora. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepiej nie wiedzieć, co tak naprawdę teściowa ma do powiedzenia.

Przed nami dwa tygodnie sardyńskich wakacji. Na pewno dużo będzie się działo i wiele przeżyjemy, ale o tym opowiem już po przyjeździe. Włoska rodzina szykuje się do naszej wizyty i niektórzy jej członkowie, z teściową na czele przypominają wulkan, który lada chwila wybuchnie. Nie byliśmy na Sardynii prawie dwa lata i w tym czasie sporo się wydarzyło, w wiosce zatrzęsło się od skandali, więc bez wątpienia dowiemy się, że facet z drugiego końca miasteczka ma romans z żoną rzeźnika, a sąsiadka z naprzeciwka przestała uczęszczać na msze święte. Te i inne atrakcje zapewni nam jedyna w swoim rodzaju rodzina męża, którą uwielbiam i darzę prawdziwą stymą. Jestem jednak świadoma, że gdybym miała wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalała. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy!

zdjęcie- Pinterest

Jak to jest pisać "niewygodnego" bloga?

by 02 lipca


Minęło ponad pół roku, odkąd na blogu zajęłam się tematyką włoską i zmieniłam nazwę strony. Te sześć miesięcy pozwoliło mi powrócić do korzeni, czyli znowu czerpać przyjemność z pisania, a poza tym dało mi możliwość odkrywania blogosfery na nowo (w tym przypadku blogów o tematyce ściśle związanej z Italią). Opublikowałam kilkanaście wpisów, z których jestem bardzo zadowolona, lecz szczerość z nich płynąca niekoniecznie spodobała się wszystkim zwolennikom Italii, zaglądających w moje skromne progi. Nie jest łatwo pisać o Włoszech bez "ochów", "achów" i słodkiego zachwytu, ponieważ można narazić się na nieprzyjemne komentarze i mocne zarzuty. Nie żałuję jednak, bo założyłam sobie, że pokażę Włochy, jakie są naprawdę i konsekwentnie ten projekt realizuję. Italia bez lukru, ściemy i namaszczenia to moje hasło przewodnie i trzymam się go, nawet jeśli nie każdemu odpowiada taka strategia blogowa. 

Mój blog nie jest skierowany do sympatyków Italii, którzy kochają ten kraj miłością absolutną i jest on dla nich rajem na ziemi. Turystycznie Włochy właśnie takie są, zresztą sama przed zamieszkaniem tutaj byłam wielką italofilką i jestem nią nadal, z tą małą różnicą, że na pewne sprawy otworzyły mi się oczy. Piszę więc o problemach, z jakimi boryka się państwo włoskie, opowiadam o tym, jak mi się tu żyje, ale nie uciekam też od lżejszych tematów. Zaplanowałam, że odbiorcami moich wpisów będą osoby mieszkające we Włoszech i te, które chciałyby się czegoś dowiedzieć o najpiękniejszym kraju na świecie. Italia "od kuchni" to taki mój (nazwijmy to) reportaż, mający na celu pokazanie czytelnikom, że da się z niej wycisnąć coś więcej, niż tylko niezapomniane widoki. Jestem świadkiem włoskiej historii, więc korzystam z przywileju, jaki zrodziła moja emigracja. Rozumiem, że taka postawa może mieć i przeciwników, niemniej nie mam zamiaru przestać. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcam.

Jest jednak kwestia, która mnie boli. Nigdy nie byłam rasistką i nie oceniam ludzi przez pryzmat koloru skóry czy wyznania, a dostałam parę wiadomości o tym, że powinnam się wstydzić za ksenofobiczne poglądy. Domyślam się, że słowa te zawdzięczam wpisom o nielegalnej imigracji i moim żelaznym sprzeciwie dotyczącym przyjmowania gości z Afryki. Problem jest złożony, lecz żeby zrozumieć zjawisko imigracji i je pogłębić, trzeba zamieszkać we Włoszech. Bo to nie jest tak, że ja tu siedzę i bronię dostępu innym, zwłaszcza o wiele bardziej potrzebującym ode mnie. Mam serce na swoim miejscu, ale to, co się dzieje we włoskich portach, przybrało dosyć niebezpieczny wymiar i z tego powodu nie uśmiecha mi się włoska polityka imigracyjna. Z polskiej perspektywy łatwo rzucać oskarżeniami i się oburzać, szczególnie gdy dobrze zna się Italię, ponieważ się tu kiedyś studiowało. Przyjmuję do wiadomości, że ktoś mieszkał przez rok na stancji u jowialnej Włoszki, jadał u niej pyszne obiady i czuł się jak w niebie (zatem nie uznaje tego, o czym piszę), lecz to nie jest ta sama Italia, co jeszcze kilka lat temu. Dlatego nie są dla mnie wymierne głosy osób, które nadal mają romantyczną wizję Włoch i kontestują nie tyle moje zdanie, co zdanie Włochów. Ażeby poznać nastroje społeczeństwa, trzeba wsiąknąć w kraj dzisiaj, teraz, jak najszybciej.

Nie mam wyłączności na słuszność, ani nie jestem ekspertką we włoskiej dziedzinie. Bacznie obserwuję Włochy, widzę przemiany, jakie dokonały się w kraju, pewne rzeczy mnie wkurzają, inne śmieszą, niektóre zaś drażnią do tego stopnia, że nie mam wyjścia i muszę je opisać. Kocham Italię i wszystko, co włoskie, jednak moja miłość nie jest ślepa. Dojrzewam wraz z moją emigracją i chociaż dolce vita to dla mnie taki trochę pusty slogan, to nie wyobrażam sobie żyć poza Włochami. Tęsknię za Polską, jak tylko można tęsknić na obczyźnie, ale jakaś cząstka mnie stała się nieodłącznie włoska. Gdybym miała wrócić do kraju, zapewne skakałabym z radości, jakkolwiek wiem, że brakowałoby mi włoskiego stylu życia. Na razie nigdzie się nie wybieram, więc w dalszym ciągu będę Was męczyć autentycznymi wpisami. Grzecznie ostrzegam, że nie są one przeznaczone dla maniaków, zakochanych we Włoszech bez pamięci. Na szczęście włoska blogosfera wspaniale się rozwija i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ja jestem tylko jej drobną częścią.

zdjęcie-My Social Web

Chaos na włoskim pokładzie obywatelskim

by 26 czerwca
Często mam wrażenie, że Italia to taki wielki kocioł, z którego paruje, bulgocze, by za chwilę zawrzało i wybuchło z iście włoską fantazją. Póki kocioł tylko gotuje, nic się nie dzieje i Włosi się nie burzą, lecz gdy uniesie się ogień, zaczyna być gorąco, a atmosfera robi się bardzo nerwowa. Któż może skutecznie podnosić ciśnienie Włochom, jak nie znienawidzeni przez nich politycy? Tym razem kocioł niemal eksplodował, a stało się tak za sprawą nowego prawa, które rząd stara się przegłosować, lecz nie spotkało się ono z uznaniem społeczeństwa. Chodzi o przyznawanie obywatelstwa osobom urodzononym w Italii, ale nie mających rodziców Włochów. Do tej pory otrzymywało się je po ukończeniu 18-go roku życia, zaś nowe prawo (ius soli - prawo ziemi) daje taką możliwość natychmiast po urodzeniu. I to się Włochom nie podoba (ponad 50% jest przeciwna), ponieważ większość uważa, że na włoskie obywatelstwo trzeba sobie zasłużyć. 

Włoska klasa średnia powoli zanika. Ludzie są coraz ubożsi, a przepaść między bogatymi i biednymi ciągle się pogłębia. Przedstawiciele elity (tzw. radical chic) są entuzjastami wprowadzenia ius soli, a ponadto nawołują do przyjmowania imigrantów, bowiem według nich są oni rozwiązaniem na dwa kluczowe problemy Włoch- niski przyrost społeczny i kryzys ekonomiczny. Nowe zasoby ludzke sprawią, że w Italii w końcu będą się rodzić dzieci, poza tym ich przybycie spowoduje, że Włosi dostaną w przyszłości swoje emerytury. Co prawda żaden ekspert nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem nielegalni imigranci mogą zapewnić Włochom emerytury, natomiast na sugestie zainwestowania w politykę prorodzinną posłowie reagują nerwowym śmiechem. Z tego powodu ius soli przyczyniło się do pogorszenia już i tak niewesołych nastrojów społecznych. Znowu dba się tylko o przyjezdnych- krzyczą zmęczeni życiem Włosi. Gdyby partia rządząca poświęciła swym rodakom choć trochę uwagi, być może ich nastawienie do prawa ziemi nie byłoby tak negatywne. Tolerancyjne gadki radical chic dodają tylko oliwy do ognia, jako że decyzje rządu w nich nie uderzają.

Mam za sobą setki rozmów z Włochami, którzy mają dość sytuacji w kraju i podkreślają, że to nie jest ta sama Italia, co kiedyś. Widzę desperację ludzi, brak perspektyw i trudności wynikające z coraz wyższej stopy życiowej, za to prawie nie zauważam radości. Słynny optymizm Włochów powoli z nich wyparowuje, a kłopoty związane z bezrobociem i oczekiwaniem na zasłużoną emeryturę zdają się być kroplą, która przelała czarę goryczy. Sprawa ius soli nie spędza Włochom snu z powiek, niemniej jednak nie są zadowoleni z tego, by rozdawać obywatelstwo jak świeże bułeczki. Być Włochem nie znaczy urodzić się w Italii, ale się nim czuć, wyznawać wartości, jakie niesie ze sobą włoska konstytucja i przynależeć do społeczeństwa. Lepiej więc będzie, gdy urodzony we Włoszech cudzoziemiec poczeka do lat 18-tu i sam zdecyduje, czy zależy mu na obywatelstwie. Tak uważają zwykli Włosi, których można spotkać w sklepie mięsnym czy w barze, a nie uprzywilejowana część narodu, pouczająca rodaków z ekranów telewizora.

We Włoszech, wbrew pozorom, nie ma klimatu rasizmu. Nikt nie powie- nie chcę cię tu, bo jesteś czarny, żółty, nie jesteś Włochem, więc nie możesz tu mieszkać. Włosi szanują przybyszów zewsząd i znakomicie z nimi współżyją, a to, że mają po dziurki w nosie zjawiska nielegalnej imigracji, bynajmniej nie wynika z niechęci do innych nacji. Prawo ziemi nie jest bezpośrednio powiązane z imigrantami, lecz ich dotyczy, stąd właśnie sprzeciw wobec przyznania obywatelstwa urodzonym w Italii, a nie mającym włoskich rodziców. Zwolennicy ius soli wytaczają ciężkie boje i oskarżają Włochów o nieczułość wobec dzieci, jednak temat jest o wiele bardziej złożony. Łatwo powiedzieć, gorzej zrozumieć nastawienie narodu do zagadnienia tożsamości, zwłaszcza gdy na wszystko patrzy się z okna willi na strzeżonym osiedlu.

Włoski kocioł znowu wrze. Przyglądam się temu, co się dzieje, staram się zrozumieć obawy Włochów i mam cały czas nadzieję, że szczęście powróci na Półwysep Apeniński. Wiele razy powtarzałam, iż nie jestem ekspertką od Italii, ale mieszkanie tutaj daje mi ten przywilej, że potrafię wyczuć, co gryzie Włochów i jaki jest ich stan ducha. Mam włoskiego męża, jestem częścią jego wielkiej rodziny, żyję między Włochami, słucham tego, o czym mówią, a ich bolączki traktuję osobiście. Włosi mają duże serca i potrafią się dzielić, więc nie są przeciwni prawu ziemi z ksenofobicznych powodów, jak sugerują niektórzy. Nikt w ostatnich latach nie zrobił tyle dla imigrantów, ile Włosi, zatem nikt nie ma prawa zarzucać im rasistowskich poglądów. Nie wystarczy urodzić się w Italii, żeby mieć włoskie serce, to trzeba poczuć. Ius soli tego niestety nie gwarantuje.





zdjęcie- AteneoWeb

Opanuj się, turysto!

by 18 czerwca

Sezon urlopowy właśnie się zaczął i cóż może być piękniejszego dla turysty, niż gorący śródziemnomorski klimat? Włoskie miasta w okresie letnim przepełnione są zwiedzającymi ze wszystkich stron świata, a kolejki do muzeów czy zabytków bardzo się wydłużają. Italia oddycha turystami, traktuje ich przyjaźnie, otwiera im drzwi do niezapomnianych wrażeń i jest wdzięczna gościom za okazane zainteresowanie. Jednakowoż nie każdy podróżnik zasługuje na Włochy, ponieważ nie szanuje miejsca wypoczynku i wzorem bohaterów KacVegas zachowuje się tak, jakby puściły mu wszelkie więzy. Nie pamięta o tym, że na urlopie też obowiązują zasady, do których trzeba się dostosować i pewne złe nawyki trącą obciachem. Na wpół żartobliwie, a na wpół poważnie, przedstawiam kiepskie przyzwyczajenia turystów:

1. Nie sprzątanie po sobie na plażach.

Fajnie jest spędzić pół dnia na plaży, wypoczywając, kąpiąc się w morzu i opalając się, ale trzeba pamiętać o tym, żeby posprzątać po sobie, kiedy już tę plażę opuścimy. Nie zostawiajmy opakowań po jedzeniu, puszek po piwie, niedopałków papierosów lub (o zgrozo) pustych butelek, bo o wypadek nietrudno (niejeden już nadział stopę na szkło). Ktoś musi za nas to zrobić, zatem nie traktujmy plaży jak wysypiska na śmieci. Do dobrego tonu należy ogarnięcie bałaganu i nie dodawanie pracy ludziom, którzy i tak mają dużo do roboty. Niedawno oglądałam wywiad z właścicielem jednego z barów przy sycylijskiej plaży i mówił on, że jest zniesmaczony postępowaniem wyluzowanych turystów. Odcinek plaży należący do niego jest pełen odpadków, toalety zaś są w stanie katastroficznym i chociaż są ostrzeżenia informujące o konsekwencjach, to ludzie sobie z nich nic nie robią. Jestem turystą, więc mogę, bo za to płacę- tak argumentują brak manier urlopowicze. Nieprawda. Pozbieranie kilku papierków nic nie kosztuje, a dobra reputacja jest tego warta.

2. Cycki na wierzchu, czyli brak odpowiedniego stroju.

Umówmy się- lato w Italii jest gorące i im mniej ubrań, tym lepiej, lecz są adresy, gdzie lepiej nie wchodzić w spódniczce mini czy krótkich spodenkach. Mam na myśli oczywiście kościoły i muzea, do których nie wypada się stroić jak na dyskotekę. Nie trzeba zakrywać się od stóp do głów, niemniej wypadałoby nie mieć dekoltów do pasa, bądź (w przypadku mężczyzn) nie pokazywać się bez koszulek. Ochrona pilnująca wejść do zabytków ma prawo nie wpuścić do środka źle ubranych turystów i nie ma się co z tego powodu zżymać. Jest zresztą na to recepta, ponieważ uliczni sprzedawcy mają w swoich ofertach chusty i można się nimi w razie potrzeby zakryć (raz zakupione będą nam służyć przez całe wakacje). Podobne zakazy widoczne są nie tylko w dużych miastach i słynnych budowlach, takich jak Bazylika św. Piotra w Rzymie. W kościółkach na prowincjach również zwraca się na to uwagę. I bardzo dobrze, bo miejsca kultu to nie targowisko.

3. Bezczeszczenie dzieł sztuki, kąpiele w fontannach.

Parę miesięcy temu we Włoszech było głośno o turyście, który wyrył monetą imię żony i córki w murach samego Koloseum. Innym razem jedna z odwiedzających wyniosła z rzymskiego kolocha kawałki zabytku, z kolei obywatelka Rumunii zniszczyła cenne kandelabre, znajdujące się w Pantheonie. I wszystko to zrobili dorośli ludzie, mający przecież pojęcie o tym, że nie dewastuje się bezcennych dzieł sztuki. Zapłacili co prawda wysokie kary, nie są one jednak współmierne do niepowetowanych strat, jakie odniosło miasto. Popularne są także kąpiele w fontannach, za które co prawda można nieźle beknąć, lecz nie odstrasza to co odważniejszych (znaczy głupszych) turystów. Za wskoczenie do fontanny Trevi należy się mandat w wysokości kilku tysięcy euro i moim zdaniem to o jedno zero za mało. Kilkanaście tysięcy może odstraszyłoby potencjalnych śmiałków. A tak w ogóle to kąpiel w fontannie z nikogo nie czyni bohatera- chcesz się popisać, wskocz do wody pełnej krokodyli, wtedy zobaczymy, jaki z ciebie gieroj.

Włosi uwielbiają turystów i są w stanie wiele im wybaczyć, co nie oznacza, że mogą wszystko. Pamiętajmy, że dostosowanie się do reguł jest wyrazem szacunku dla gospodarzy, a pozostawienie po sobie dobrej opinii powinno być żelazną regułą dla każdego podróżnika. Bo łatwo ją stracić, gorzej zaś odzyskać, zwłaszcza że Włosi bywają pamiętliwi.

Obsługiwane przez usługę Blogger.