Włosi starzeją się wolniej

by 17:40



Włoscy seniorzy są cool. Nie lubię wtrącać obcych wyrazów do moich wpisów, lecz właśnie to słowo idealnie oddaje charakter emerytów z Italii. Dla nich starość nie jest przeszkodą i potrafią cieszyć się chwilą nawet w podeszłym wieku.

-Mogłabym siedzieć, narzekać i czekać na śmierć, ale to nie ma sensu- powiedziała mi jedna z sardyńskich krewnych męża, krzepka 75-latka, która ma tyle energii, że mogłaby nią obdarzyć kilka osób- życie jest fajne w każdym wieku, a na upływający czas nie mamy wpływu. Nadal chodzę na tańce, do kina i spotykam się ze znajomymi. Nie zamknę się w domu i nie zamierzam poddawać się starości.

Bardzo zaimponowała mi jej postawa i jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, jak nasza mentalność różni się od włoskiej. Emeryci z Italii wprost kipią witalnością, chociaż i oni chorują, chodzą po lekarzach i nie mają lekko. Wbrew pozorom, emerytury włoskie wcale nie są wysokie, więc starsi ludzie często mają problemy, by związać koniec z końcem. Wolą jednak o tym nie mówić, nie lubią zrzędzić i widzą wszystko w jasnych barwach. Nie przejmują się na zapas, nie biadolą na ciężki los, a przesiadują na ławeczkach, rozmawiają o miłości i niejednokrotnie przeżywają drugą młodość. Jedzą tłuste rzeczy, nie obchodzi ich cholesterol, jako że dieta śródziemnomorska zapewnia im długowieczność oraz siły potrzebne do dalszej wędrówki. Mają do zrealizowania jeszcze wiele planów, wybierają się w dalekie podróże statkami wycieczkowymi i korzystają z usług medycyny estetycznej. Zmarszczki może i są fajne, ale jeśli jest na nie rozwiązanie, to warto je zastosować. Niejedna starsza pani nosi się niczym na wybiegu, lecz nikogo to nie szokuje, bo włoska swoboda obyczajów nie robi wyjątków. A że modne jest posiadanie partnerów z dużą różnicą wieku, stąd na włoskich ulicach można spotkać emerytki w towarzystwie ich młodszych kochanków. 

Toy boye (tak nazywa się młodych narzeczonych) są antidotum skuteczniejszym od lekarstw. Panie nie wstydzą się tego, że w ich wieku nadal ma się pragnienia i celowo wybierają mężczyzn młodszych nawet o 30 lat. Większość takich kobiet jest dobrze sytuowana i zapewnia kochankom dyskretny sponsoring, ale to również nie spotkało się z negatywnym odbiorem społeczeństwa. Skoro starzy faceci mogą mieć młode laski, to dlaczego kobiety mają być gorsze? Taki Berlusconi wziął sobie za partnerkę dziewczynę, która mogłaby być jego wnuczką, wszak dzieli ich prawie 50 lat, lecz nikt z tego powodu go nie osądza. Wręcz przeciwnie, postawa byłego premiera imponuje zwykłym Włochom i wielu z nich stawia go za przykład prawdziwego mężczyzny. Kobiety zaś idą śladem kilku celebrytek i doceniają wpływ młodego ciała na ich wygląd i samopoczucie. Nie generalizuję oczywiście, ta sprawa nie dotyczy wszystkich emerytów, niemniej jest coraz więcej podobnych związków i nikt nie mówi po kątach, że starszym paniom odbiło.

I starość może być przyjemna. To kolejny etap naszej tułaczki, który lepiej przejść z uśmiechem na ustach, a nie patrzeć w metrykę i zastanawiać się, czy w tym wieku nadal coś wypada. Jakże milej spędzać czas na zabawie, zamiast dyskutować o śmierci bądź o chorobach. Włoscy emeryci biorą życie pełnymi garściami, gdyż jutro mogą nie mieć już tej szansy. Ich dzień nie kręci się tylko wokół kościoła i spraw religijnych, ale także doczesnych, bo te są naprawdę piękne. Z tego powodu czas nie przecieka im przez palce, a w ich rozmowach przebrzmiewa optymizm, który wyraża słynne włoskie dolce vita. I na ławeczce przed domem można się rozluźnić, poznać następną miłość lub wygrać ze starością. Włosi potrafią zaszaleć i nie dać się strzykającym stawom, zaś mieszkanie nie jest dla nich celą bez wyjścia. Nie mają recepty na wieczną młodość i nie zawsze jest u nich kolorowo, jednak wolą skupić się na pozytywnych aspektach istnienia. Włoscy seniorzy nie wynaleźli eliksiru młodości, lecz niewątpliwie starzeją się wolniej, bo sami tak zdecydowali i za to im chwała. 

I we Włoszech można tęsknić

by 08:48


Czasem pęka mi serce. Czasem brakuje oddechu. Czasem mam obolałą duszę. Czasem moje oczy wypełnia pustka. To "czasem" dzieje się tylko czasem, ale gdy przychodzi, rozpadam się na części. Ogarnia mnie tęsknota za krajem, ta cholerna nostalgia, która powoduje rozbrat z moim własnym "ja", z emigracyjnym życiem i szczęściem, jakie daje mi moja rodzina. Tęsknota wdziera się we mnie od niechcenia, pojawia się nieproszona i nie ma siły, by ją ujarzmić. Nie da się jej powstrzymać, nie można jej odsunąć lub o niej zapomnieć. To parszywa kompanka mojej emigracyjnej ścieżki i nawet nie próbuję z nią walczyć, bo to jest walka z góry skazana na sromotną porażkę. 

Nie tęsknię codziennie, lecz kiedy to się zdarza, umieram. Mam ochotę wyć i błagam, aby jakaś siła wyższa przeniosła mnie do kraju. Tak stało się niedawno, gdy wyjechaliśmy z promu wiodącego na Sardynię i autostradą zmierzaliśmy do domu teściów. Podziwiałam niepowtarzalny klimat wyspy, aż tu nagle przyszła ona, ta cholerna nostalgia. Ponownie zaczęłam rozglądać się wkoło i wszystko wydało mi się takie pospolite, zaś fascynacja Sardynią pękła niczym bańka mydlana. Zamarzył mi się śląski krajobraz, kopalniane szyby i familoki, a uczucie, które temu towarzyszyło, było ciężkie do zniesienia. Nie potrafię ująć w słowach tego, co czułam, gdy tęsknota wpiła się w mą duszę. Nie mogłam zapanować nad sobą i krzyczałam w myślach- chwilo, nie trwaj, bo znowu mnie rozerwiesz na kawałki. Nie wiem czy wyniosła się po paru godzinach, minutach, czy sekundach, ponieważ w takich momentach nie jestem niczego świadoma.

Ile razy słyszałam, że nie powinnam się przejmować, gdyż mieszkanie we Włoszech to swego rodzaju przywilej. Mam morze z praktycznie każdej strony, obcuję na co dzień z pięknem Italii, jem prawdziwą pizzę i rozkoszuję się wspaniałym włoskim krajobrazem. Zostawiłam kraj, w którym dzieje się coraz gorzej, po kiego więc wylewam smutki, zamiast się po prostu cieszyć? Na ogół tak się dzieje i jestem radosna jak szczygiełek, ale co jakiś czas głośno puka do mych drzwi ona, ta cholerna nostalgia. Emigrant zabiera ją ze sobą w walizce i na obczyźnie towarzyszy mu już do końca, jak groźny cień czający się w pobliżu. Nikt i nic nie załata dziury, którą wypala tęsknota. Człowiek musi się z nią uporać sam, a kiedy odzywa się w nim miłość do ojczyzny, najlepiej zostawić go w spokoju. Bo z emigracją nieodłącznie wiąże się samotność i nawet najbliższa osoba nie pomoże rozedrzeć tęsknoty na strzępy.

Czasem mam ochotę wrócić. Czasem przeklinam bez oporu. Czasem jestem wściekła, a czasem nerwowa. To "czasem" występuje wówczas, gdy po raz kolejny zastawia na mnie sidła ona, ta cholerna nostalgia. Nie mam wpływu na to, kiedy mnie odwiedza, ani z jaką częstotliwością to robi i nie mogę jej dać kopniaka, chociaż bardzo bym chciała. Na szczęście jest w moim domu rzadkim gościem, lecz skutki jej wizyty tkwią we mnie długo. Na co dzień nie mam wątpliwości, więc nie chcę robić szopki z mojego statusu emigrantki, a opowieść o tęsknocie jest dla mnie formą terapii. Dźwigam z uśmiechem mój mały krzyż i tylko chwilami jest on dla mnie ciężarem. Nie cierpię za miliony, nie płaczę po nocach i ani przez moment nie żałowałam swej decyzji o wyjeździe. Tęsknota jest jednak tak skonstruowana, że i szczęśliwemu człowiekowi może nieźle dokopać. Kiedy więc następnym razem powiesz mi "ale ci dobrze", zastanów się dwa razy, zanim się odezwiesz. 

Włoski lek na całe zło

by 08:42
Wakacje mają to do siebie, że upływają stanowczo za szybko. Ledwo człowiek zacznie urlop, a już musi się pakować i zastanawia się, jakim cudem to koniec. Moje sardyńskie impresje wprawiły mnie w zachwyt, ale odczuwam i znaczny niedosyt. Dwa tygodnie z hukiem to bowiem za mało, aby rozsmakować się w wyspie i wchłonąć jej magiczną atmosferę. To niestety też za dużo, by móc ot tak po prostu wrócić do szarej rzeczywistości. Na kontynencie życie toczy się swoim torem, zaś Sardynia to piękna przerwa od normalności. 

Nie o sobie jednak będę pisać, tylko o tym, czym zaskoczyli mnie Włosi, a było tego sporo, zwłaszcza w zakresie kuchennym. Kiedy przyjeżdża się do włoskiej rodziny, to nie ma mowy o diecie, spokoju i ciszy, lecz trzeba jeść do upadłego, inaczej można narazić się na gniew starszego pokolenia. Bo czy się tego chce czy nie, włoskie życie toczy się przy stole w kuchni i biada temu, kto tego nie będzie przestrzegał. Pisałam o tym w poprzednim wpisie, ale wówczas wakacje były dopiero przede mną i dzisiaj jestem bogatsza o nowe doświadczenia. 

Po raz kolejny odkryłam, jak dla Włochów ważny jest makaron. Bez makaronowej konsumpcji obiad u szacownej włoskiej rodziny nie ma racji bytu. Jest on dobry na wszystko, zatem nie ma innej opcji, jak go wcinać i to garściami. Mój teść twierdzi, że makaron to antidotum na każdą bolączkę i poleca go nie tylko z powodów kulinarnych. Boli cię głowa? Zjedz makaron! Masz wzdęcia? Zjedz makaron! Nie chce ci się żyć? Zjedz makaron! Nie potrafisz schudnąć? Zjedz makaron! Wkurza cię otoczenie? Zjedz makaron! Dla niektórych Włochów makaron ma większe znaczenie od seksu, jako że je się go codziennie, a z seksem wiadomo, różnie to bywa. Natomiast kłótnie dotyczące prawidłowego przygotowania ubóstwianego makaronu wstrząsają niejedną włoską jadalnią.

W domu teściowej króluje rozgotowany makaron, gdyż teść uwielbia makaronową papkę, czego nie mogą mu wybaczyć familijni zwolennicy al dente. Mój mąż z kolei lubi pół na pół, jeszcze inny członek rodziny przepada za ugotowanym co do minuty i tak do znudzenia. Teściowa dwoiła się i troiła, by każdemu dogodzić, ale to było niemożliwe, bo zastrzeżenia co do miękkości makaronu spływały do niej na potęgę. Mimo tego obiad znikał z talerzy błyskawicznie, a po nim ponownie nastąpiła dyskusja o tym, po jakim czasie makaron jest najpyszniejszy. Kiedy radośnie wypaliłam, że dodaję do zupy pomidorowej świderki, spojrzano na mnie jak na wariatkę. No jak można tak bezcześcić święty makaron? Jedna z ciotek omało nie dostała palpitacji i od teraz uważa Polaków za barbarzyński naród. Makaron w zupie, no to się do tabloidów nadaje!

Goście we włoskich domach czasem mogą doprowadzić do szału. Notorycznie się spóźniali, a u teściowej panuje zwyczaj, że obiad zaczyna się jeść wtedy, kiedy rodzina będzie w komplecie. Zasiadaliśmy więc do stołu o drugiej i czekaliśmy na biesiadników nawet do czwartej, zaś żołądki grały nam kiszki marsza z głodu. Potrawy - z makaronem na czele - wystygły, ale nikt się tym nie przejmował i umilał sobie czas pogaduszkami. Teściowie prowadzą dom otwarty i oprócz członków rodziny na obiad załapali się sąsiedzi i znajomi (mąż uważa, że przypadkowi przechodnie również się wprosili), a taki melanż ciężko jest ujarzmić. Wyróżniałam się spośród nich kolorem skóry, ponieważ jest ona wyraźnie bielsza od włoskiej opalenizny i każdy się mnie pytał, dlaczego jestem taka blada. Musisz jeść więcej makaronu - stwierdził z miną znawcy teść- a wtedy twoja skóra będzie miała złotą powłokę. Rozważę tę opcję, lecz jeszcze nie dzisiaj, bo po siedemnastu dniach makaronowej wyżerki trzęsie mnie na samą myśl o spaghetti al dente. To były naprawdę niezapomniane chwile.


Kilka kadrów z Sardynii:










Włoska rodzina w natarciu

by 08:20

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina mojego męża jest bardzo liczna i nawet kuzyni piątego stopnia zaliczani są do najbliższych członków zacnej sardyńskiej familii. Na początku trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ mąż ma pięciu kuzynów, którzy nazywają się Salvatore, a imię to dostali na cześć dziadka ze strony mamy, zaś stronę żeńską reprezentuje imię Rosa po niezapomnianej babci męża. Gdy jesteśmy na Sardynii i bierzemy udział w zjazdach rodzinnych, wszyscy ci "Salvatore" wiecznie mi się mylą, ale najśmieszniejsze jest to, że do każdego z nich zwraca się inaczej: Tore, Sal, Al, Salvo i Sale, co po włosku oznacza "sól". Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego nie mogli dostać innego imienia (albo chociaż "Salvatore" na drugie) starsi krewni wytłumaczyli mi, że tradycja to dla nich rzecz święta. To fakt, jako że mój mąż też nosi imię po swoim dziadku, a jego siostra po babci (ze strony ojca), natomiast nasze dzieci nie dostąpiły tego zaszczytu i wybraliśmy neutralne imiona. Na szczęście teściowa nie miała nic przeciwko temu.

Przed nami wakacje na Sardynii i znowu spotkam się z sympatyczną rodziną męża. Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a teściowa tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję. Zastanawiając się, kogo odkryję tym razem, przygotowałam listę na temat włoskich krewnych, czyli rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, wchodząc do włoskiej rodziny (a w moim przypadku sardyńskiej, bowiem uściślenie kierunku jest dla Włochów niezwykle istotne), inaczej będzie kiepsko:

1. Niekończące się przywitania i całuski

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego, niemniej zaczyna być męczące, gdy zdarza się codziennie i przez kilkanaście dni pobytu człowiek czuje, że nic nie robi, tylko się obściskuje. Ledwo z łóżka wyjdzie, już musi przytulić wniebowziętą teściową i tak w koło Macieju, aż do samego końca. Jakie jest na to lekarstwo? Nie ma, należy się przyzwyczaić, ewentualnie mieć nadzieję, że jakimś cudem pojawi się nam na twarzy opryszczka. Wtedy przestaną, chociaż jakby się tak zastanowić, to niekoniecznie.

2. Kilkugodzinne posiłki

Kiedy je się obiady i kolacje w towarzystwie Włochów to nie ma zmiłuj, ponieważ oni nie jedzą, a się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba i kiełbasy, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków (od wyboru do koloru) i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nie obrazić gospodarzy. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u mojej teściowej zaczynają się po ósmej wieczorem, a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i swoje przystoi odsiedzieć, zresztą to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące. Dobrze pamiętam jedną z nich, gdy zajadałam się pizzą, a korpulentna ciotka męża zaczęła opowiadać mi mrożącą krew w żyłach historię o jakiejś dalekiej krewnej, która przeszła już 25 operacji i jest chodzącym "przypadkiem medycznym". "A jakby tego było mało" - szepnęła konspiracyjnie cioteczka- "za niedługo będzie miała kolejną operację. Ponownie otworzą jej brzuch i biedna zapewnie zobaczy swoje wnętrzności. Flaki na wierzch jej wyjdą, ot co". Kolacje na Sardynii to niepowtarzalna sprawa.

3. Rozmowy w dialekcie

Każdy region w Italii wyróżnia nie tylko piękno krajobrazu czy lokalne potrawy, ale również dialekt. Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to. Mieszkając w Italii, doszłam do małej wprawy i jestem w stanie rozróżnić po akcencie, skąd dany Włoch pochodzi (z mową jest rzecz jasna gorzej, rozpoznaję jedynie dialekt sardyński i neapolitański). Moim ulubionym akcentem jest ten z okolic Bresci, jako że do złudzenia przypomina mi śląski, bardzo lubię też toskański i charakterystyczną wymowę litery "c". Dialekt sardyński (sardo) tymczasem jest dla mnie za szybki, bo kiedy teściowa zaczyna w nim mówić, to strzela słowami z prędkością błyskawicy. Sardo ma w sobie naleciałości greckie i gdy przysłuchuję się sardyńskim dialogom, to wydaje mi się, że słyszę obcy język, a nie włoski. Na Sardynii wśród starszego pokolenia dialekt jest niezastąpiony i mało kto "przechodzi" na włoski w mojej obecności. Nie jest to wynikiem niewychowania, po prostu ciężko po kilkudziesięciu latach przestawić się na język ojczysty. Teściowa wiecznie upomina męża, by przy mnie nie ważył się mówić po sardyńsku, albowiem wyjdzie na niewychowanego buca, lecz sama o tym zapomina i posługuje się dialektem od rana do wieczora. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepiej nie wiedzieć, co tak naprawdę teściowa ma do powiedzenia.

Przed nami dwa tygodnie sardyńskich wakacji. Na pewno dużo będzie się działo i wiele przeżyjemy, ale o tym opowiem już po przyjeździe. Włoska rodzina szykuje się do naszej wizyty i niektórzy jej członkowie, z teściową na czele przypominają wulkan, który lada chwila wybuchnie. Nie byliśmy na Sardynii prawie dwa lata i w tym czasie sporo się wydarzyło, w wiosce zatrzęsło się od skandali, więc bez wątpienia dowiemy się, że facet z drugiego końca miasteczka ma romans z żoną rzeźnika, a sąsiadka z naprzeciwka przestała uczęszczać na msze święte. Te i inne atrakcje zapewni nam jedyna w swoim rodzaju rodzina męża, którą uwielbiam i darzę prawdziwą stymą. Jestem jednak świadoma, że gdybym miała wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalała. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy!

zdjęcie- Pinterest

Jak to jest pisać "niewygodnego" bloga?

by 09:00


Minęło ponad pół roku, odkąd na blogu zajęłam się tematyką włoską i zmieniłam nazwę strony. Te sześć miesięcy pozwoliło mi powrócić do korzeni, czyli znowu czerpać przyjemność z pisania, a poza tym dało mi możliwość odkrywania blogosfery na nowo (w tym przypadku blogów o tematyce ściśle związanej z Italią). Opublikowałam kilkanaście wpisów, z których jestem bardzo zadowolona, lecz szczerość z nich płynąca niekoniecznie spodobała się wszystkim zwolennikom Italii, zaglądających w moje skromne progi. Nie jest łatwo pisać o Włoszech bez "ochów", "achów" i słodkiego zachwytu, ponieważ można narazić się na nieprzyjemne komentarze i mocne zarzuty. Nie żałuję jednak, bo założyłam sobie, że pokażę Włochy, jakie są naprawdę i konsekwentnie ten projekt realizuję. Italia bez lukru, ściemy i namaszczenia to moje hasło przewodnie i trzymam się go, nawet jeśli nie każdemu odpowiada taka strategia blogowa. 

Mój blog nie jest skierowany do sympatyków Italii, którzy kochają ten kraj miłością absolutną i jest on dla nich rajem na ziemi. Turystycznie Włochy właśnie takie są, zresztą sama przed zamieszkaniem tutaj byłam wielką italofilką i jestem nią nadal, z tą małą różnicą, że na pewne sprawy otworzyły mi się oczy. Piszę więc o problemach, z jakimi boryka się państwo włoskie, opowiadam o tym, jak mi się tu żyje, ale nie uciekam też od lżejszych tematów. Zaplanowałam, że odbiorcami moich wpisów będą osoby mieszkające we Włoszech i te, które chciałyby się czegoś dowiedzieć o najpiękniejszym kraju na świecie. Italia "od kuchni" to taki mój (nazwijmy to) reportaż, mający na celu pokazanie czytelnikom, że da się z niej wycisnąć coś więcej, niż tylko niezapomniane widoki. Jestem świadkiem włoskiej historii, więc korzystam z przywileju, jaki zrodziła moja emigracja. Rozumiem, że taka postawa może mieć i przeciwników, niemniej nie mam zamiaru przestać. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcam.

Jest jednak kwestia, która mnie boli. Nigdy nie byłam rasistką i nie oceniam ludzi przez pryzmat koloru skóry czy wyznania, a dostałam parę wiadomości o tym, że powinnam się wstydzić za ksenofobiczne poglądy. Domyślam się, że słowa te zawdzięczam wpisom o nielegalnej imigracji i moim żelaznym sprzeciwie dotyczącym przyjmowania gości z Afryki. Problem jest złożony, lecz żeby zrozumieć zjawisko imigracji i je pogłębić, trzeba zamieszkać we Włoszech. Bo to nie jest tak, że ja tu siedzę i bronię dostępu innym, zwłaszcza o wiele bardziej potrzebującym ode mnie. Mam serce na swoim miejscu, ale to, co się dzieje we włoskich portach, przybrało dosyć niebezpieczny wymiar i z tego powodu nie uśmiecha mi się włoska polityka imigracyjna. Z polskiej perspektywy łatwo rzucać oskarżeniami i się oburzać, szczególnie gdy dobrze zna się Italię, ponieważ się tu kiedyś studiowało. Przyjmuję do wiadomości, że ktoś mieszkał przez rok na stancji u jowialnej Włoszki, jadał u niej pyszne obiady i czuł się jak w niebie (zatem nie uznaje tego, o czym piszę), lecz to nie jest ta sama Italia, co jeszcze kilka lat temu. Dlatego nie są dla mnie wymierne głosy osób, które nadal mają romantyczną wizję Włoch i kontestują nie tyle moje zdanie, co zdanie Włochów. Ażeby poznać nastroje społeczeństwa, trzeba wsiąknąć w kraj dzisiaj, teraz, jak najszybciej.

Nie mam wyłączności na słuszność, ani nie jestem ekspertką we włoskiej dziedzinie. Bacznie obserwuję Włochy, widzę przemiany, jakie dokonały się w kraju, pewne rzeczy mnie wkurzają, inne śmieszą, niektóre zaś drażnią do tego stopnia, że nie mam wyjścia i muszę je opisać. Kocham Italię i wszystko, co włoskie, jednak moja miłość nie jest ślepa. Dojrzewam wraz z moją emigracją i chociaż dolce vita to dla mnie taki trochę pusty slogan, to nie wyobrażam sobie żyć poza Włochami. Tęsknię za Polską, jak tylko można tęsknić na obczyźnie, ale jakaś cząstka mnie stała się nieodłącznie włoska. Gdybym miała wrócić do kraju, zapewne skakałabym z radości, jakkolwiek wiem, że brakowałoby mi włoskiego stylu życia. Na razie nigdzie się nie wybieram, więc w dalszym ciągu będę Was męczyć autentycznymi wpisami. Grzecznie ostrzegam, że nie są one przeznaczone dla maniaków, zakochanych we Włoszech bez pamięci. Na szczęście włoska blogosfera wspaniale się rozwija i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ja jestem tylko jej drobną częścią.

zdjęcie-My Social Web

Chaos na włoskim pokładzie obywatelskim

by 06:50
Często mam wrażenie, że Italia to taki wielki kocioł, z którego paruje, bulgocze, by za chwilę zawrzało i wybuchło z iście włoską fantazją. Póki kocioł tylko gotuje, nic się nie dzieje i Włosi się nie burzą, lecz gdy uniesie się ogień, zaczyna być gorąco, a atmosfera robi się bardzo nerwowa. Któż może skutecznie podnosić ciśnienie Włochom, jak nie znienawidzeni przez nich politycy? Tym razem kocioł niemal eksplodował, a stało się tak za sprawą nowego prawa, które rząd stara się przegłosować, lecz nie spotkało się ono z uznaniem społeczeństwa. Chodzi o przyznawanie obywatelstwa osobom urodzononym w Italii, ale nie mających rodziców Włochów. Do tej pory otrzymywało się je po ukończeniu 18-go roku życia, zaś nowe prawo (ius soli - prawo ziemi) daje taką możliwość natychmiast po urodzeniu. I to się Włochom nie podoba (ponad 50% jest przeciwna), ponieważ większość uważa, że na włoskie obywatelstwo trzeba sobie zasłużyć. 

Włoska klasa średnia powoli zanika. Ludzie są coraz ubożsi, a przepaść między bogatymi i biednymi ciągle się pogłębia. Przedstawiciele elity (tzw. radical chic) są entuzjastami wprowadzenia ius soli, a ponadto nawołują do przyjmowania imigrantów, bowiem według nich są oni rozwiązaniem na dwa kluczowe problemy Włoch- niski przyrost społeczny i kryzys ekonomiczny. Nowe zasoby ludzke sprawią, że w Italii w końcu będą się rodzić dzieci, poza tym ich przybycie spowoduje, że Włosi dostaną w przyszłości swoje emerytury. Co prawda żaden ekspert nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem nielegalni imigranci mogą zapewnić Włochom emerytury, natomiast na sugestie zainwestowania w politykę prorodzinną posłowie reagują nerwowym śmiechem. Z tego powodu ius soli przyczyniło się do pogorszenia już i tak niewesołych nastrojów społecznych. Znowu dba się tylko o przyjezdnych- krzyczą zmęczeni życiem Włosi. Gdyby partia rządząca poświęciła swym rodakom choć trochę uwagi, być może ich nastawienie do prawa ziemi nie byłoby tak negatywne. Tolerancyjne gadki radical chic dodają tylko oliwy do ognia, jako że decyzje rządu w nich nie uderzają.

Mam za sobą setki rozmów z Włochami, którzy mają dość sytuacji w kraju i podkreślają, że to nie jest ta sama Italia, co kiedyś. Widzę desperację ludzi, brak perspektyw i trudności wynikające z coraz wyższej stopy życiowej, za to prawie nie zauważam radości. Słynny optymizm Włochów powoli z nich wyparowuje, a kłopoty związane z bezrobociem i oczekiwaniem na zasłużoną emeryturę zdają się być kroplą, która przelała czarę goryczy. Sprawa ius soli nie spędza Włochom snu z powiek, niemniej jednak nie są zadowoleni z tego, by rozdawać obywatelstwo jak świeże bułeczki. Być Włochem nie znaczy urodzić się w Italii, ale się nim czuć, wyznawać wartości, jakie niesie ze sobą włoska konstytucja i przynależeć do społeczeństwa. Lepiej więc będzie, gdy urodzony we Włoszech cudzoziemiec poczeka do lat 18-tu i sam zdecyduje, czy zależy mu na obywatelstwie. Tak uważają zwykli Włosi, których można spotkać w sklepie mięsnym czy w barze, a nie uprzywilejowana część narodu, pouczająca rodaków z ekranów telewizora.

We Włoszech, wbrew pozorom, nie ma klimatu rasizmu. Nikt nie powie- nie chcę cię tu, bo jesteś czarny, żółty, nie jesteś Włochem, więc nie możesz tu mieszkać. Włosi szanują przybyszów zewsząd i znakomicie z nimi współżyją, a to, że mają po dziurki w nosie zjawiska nielegalnej imigracji, bynajmniej nie wynika z niechęci do innych nacji. Prawo ziemi nie jest bezpośrednio powiązane z imigrantami, lecz ich dotyczy, stąd właśnie sprzeciw wobec przyznania obywatelstwa urodzonym w Italii, a nie mającym włoskich rodziców. Zwolennicy ius soli wytaczają ciężkie boje i oskarżają Włochów o nieczułość wobec dzieci, jednak temat jest o wiele bardziej złożony. Łatwo powiedzieć, gorzej zrozumieć nastawienie narodu do zagadnienia tożsamości, zwłaszcza gdy na wszystko patrzy się z okna willi na strzeżonym osiedlu.

Włoski kocioł znowu wrze. Przyglądam się temu, co się dzieje, staram się zrozumieć obawy Włochów i mam cały czas nadzieję, że szczęście powróci na Półwysep Apeniński. Wiele razy powtarzałam, iż nie jestem ekspertką od Italii, ale mieszkanie tutaj daje mi ten przywilej, że potrafię wyczuć, co gryzie Włochów i jaki jest ich stan ducha. Mam włoskiego męża, jestem częścią jego wielkiej rodziny, żyję między Włochami, słucham tego, o czym mówią, a ich bolączki traktuję osobiście. Włosi mają duże serca i potrafią się dzielić, więc nie są przeciwni prawu ziemi z ksenofobicznych powodów, jak sugerują niektórzy. Nikt w ostatnich latach nie zrobił tyle dla imigrantów, ile Włosi, zatem nikt nie ma prawa zarzucać im rasistowskich poglądów. Nie wystarczy urodzić się w Italii, żeby mieć włoskie serce, to trzeba poczuć. Ius soli tego niestety nie gwarantuje.





zdjęcie- AteneoWeb

Opanuj się, turysto!

by 08:52

Sezon urlopowy właśnie się zaczął i cóż może być piękniejszego dla turysty, niż gorący śródziemnomorski klimat? Włoskie miasta w okresie letnim przepełnione są zwiedzającymi ze wszystkich stron świata, a kolejki do muzeów czy zabytków bardzo się wydłużają. Italia oddycha turystami, traktuje ich przyjaźnie, otwiera im drzwi do niezapomnianych wrażeń i jest wdzięczna gościom za okazane zainteresowanie. Jednakowoż nie każdy podróżnik zasługuje na Włochy, ponieważ nie szanuje miejsca wypoczynku i wzorem bohaterów KacVegas zachowuje się tak, jakby puściły mu wszelkie więzy. Nie pamięta o tym, że na urlopie też obowiązują zasady, do których trzeba się dostosować i pewne złe nawyki trącą obciachem. Na wpół żartobliwie, a na wpół poważnie, przedstawiam kiepskie przyzwyczajenia turystów:

1. Nie sprzątanie po sobie na plażach.

Fajnie jest spędzić pół dnia na plaży, wypoczywając, kąpiąc się w morzu i opalając się, ale trzeba pamiętać o tym, żeby posprzątać po sobie, kiedy już tę plażę opuścimy. Nie zostawiajmy opakowań po jedzeniu, puszek po piwie, niedopałków papierosów lub (o zgrozo) pustych butelek, bo o wypadek nietrudno (niejeden już nadział stopę na szkło). Ktoś musi za nas to zrobić, zatem nie traktujmy plaży jak wysypiska na śmieci. Do dobrego tonu należy ogarnięcie bałaganu i nie dodawanie pracy ludziom, którzy i tak mają dużo do roboty. Niedawno oglądałam wywiad z właścicielem jednego z barów przy sycylijskiej plaży i mówił on, że jest zniesmaczony postępowaniem wyluzowanych turystów. Odcinek plaży należący do niego jest pełen odpadków, toalety zaś są w stanie katastroficznym i chociaż są ostrzeżenia informujące o konsekwencjach, to ludzie sobie z nich nic nie robią. Jestem turystą, więc mogę, bo za to płacę- tak argumentują brak manier urlopowicze. Nieprawda. Pozbieranie kilku papierków nic nie kosztuje, a dobra reputacja jest tego warta.

2. Cycki na wierzchu, czyli brak odpowiedniego stroju.

Umówmy się- lato w Italii jest gorące i im mniej ubrań, tym lepiej, lecz są adresy, gdzie lepiej nie wchodzić w spódniczce mini czy krótkich spodenkach. Mam na myśli oczywiście kościoły i muzea, do których nie wypada się stroić jak na dyskotekę. Nie trzeba zakrywać się od stóp do głów, niemniej wypadałoby nie mieć dekoltów do pasa, bądź (w przypadku mężczyzn) nie pokazywać się bez koszulek. Ochrona pilnująca wejść do zabytków ma prawo nie wpuścić do środka źle ubranych turystów i nie ma się co z tego powodu zżymać. Jest zresztą na to recepta, ponieważ uliczni sprzedawcy mają w swoich ofertach chusty i można się nimi w razie potrzeby zakryć (raz zakupione będą nam służyć przez całe wakacje). Podobne zakazy widoczne są nie tylko w dużych miastach i słynnych budowlach, takich jak Bazylika św. Piotra w Rzymie. W kościółkach na prowincjach również zwraca się na to uwagę. I bardzo dobrze, bo miejsca kultu to nie targowisko.

3. Bezczeszczenie dzieł sztuki, kąpiele w fontannach.

Parę miesięcy temu we Włoszech było głośno o turyście, który wyrył monetą imię żony i córki w murach samego Koloseum. Innym razem jedna z odwiedzających wyniosła z rzymskiego kolocha kawałki zabytku, z kolei obywatelka Rumunii zniszczyła cenne kandelabre, znajdujące się w Pantheonie. I wszystko to zrobili dorośli ludzie, mający przecież pojęcie o tym, że nie dewastuje się bezcennych dzieł sztuki. Zapłacili co prawda wysokie kary, nie są one jednak współmierne do niepowetowanych strat, jakie odniosło miasto. Popularne są także kąpiele w fontannach, za które co prawda można nieźle beknąć, lecz nie odstrasza to co odważniejszych (znaczy głupszych) turystów. Za wskoczenie do fontanny Trevi należy się mandat w wysokości kilku tysięcy euro i moim zdaniem to o jedno zero za mało. Kilkanaście tysięcy może odstraszyłoby potencjalnych śmiałków. A tak w ogóle to kąpiel w fontannie z nikogo nie czyni bohatera- chcesz się popisać, wskocz do wody pełnej krokodyli, wtedy zobaczymy, jaki z ciebie gieroj.

Włosi uwielbiają turystów i są w stanie wiele im wybaczyć, co nie oznacza, że mogą wszystko. Pamiętajmy, że dostosowanie się do reguł jest wyrazem szacunku dla gospodarzy, a pozostawienie po sobie dobrej opinii powinno być żelazną regułą dla każdego podróżnika. Bo łatwo ją stracić, gorzej zaś odzyskać, zwłaszcza że Włosi bywają pamiętliwi.

Czy we Włoszech jest bezpiecznie?

by 09:23


Mieszkam w Italii kilka dobrych lat, ale dopiero od niedawna dostaję pytania na temat tutejszego bezpieczeństwa. Ludzie zastanawiają się, jak przebywa się w kraju narażonym na terroryzm i dlaczego ataków jeszcze nie było. Na szczęście wciąż nikt nie uderzył na Włochy i mam nadzieję, że ten stan będzie trwał nadal, bo nie wiem, jak poradziłabym sobie z poatakową psychozą strachu. Ostatnie wydarzenia z Turynu pokazały, że nawet fałszywy alarm może wywołać panikę i wzbudzić trwogę w kilkunastotysięcznym tłumie. Nie jest jednak prawdą, iż Włosi żyją w lęku i boją się wychodzić z domu, a na widok podejrzanych typków uciekają w popłochu. 

Italia jest względnie bezpieczna za sprawą (i tu możecie się zdziwić) nielegalnej imigracji. Dopóki do Włoch będą przypływać tzw. uchodźcy, dopóty mieszkańcy kraju mogą spać spokojnie, gdyż terroryści nie są głupi. Włochy są dla nich mostem prowadzącym wprost do Europy, a na statkach oprócz uchodźców znajdują się również zamachowcy, co zresztą już udowodniono (Anis Amri, morderca z Berlina, w taki sposób dostał się na kontynent). Co stanie się w momencie, gdy państwo włoskie zablokuje drogę morską i przestanie przyjmować imigrantów? Na razie nic, jako że Włosi nie mają zamiaru kończyć z tym dochodowym procederem. Rzecz bowiem nie rozchodzi się o to, aby pomagać biednym ofiarom systemu, lecz o niebotyczne zyski, płynące do kieszeni przemytników i spółek zarabiających krocie na imigracji. Wierzcie lub nie, ale kasa, która kręci się na tym biznesie, jest tak duża, iż cwaniacy czerpiący na nim profity zrobią wszystko, żeby nie wypaść z interesu, co wiąże się z kontynuacją inwazji imigracyjnej na teren Półwyspu Apenińskiego. Rząd zaś robi naród w konia.

To nie jest tak, że nie da się zablokować statków przypływających do Włoch, choć według polityków jest to niemożliwe. W każdym wystąpieniu telewizyjnym posłowie partii rządzącej przekonują społeczeństwo, iż nie można odsyłać promów z imigrantami, ponieważ logistycznie jest to nie do ogarnięcia. Tymczasem kilkanaście dni temu stał się cud w Taorminie i na czas G7 droga morska została zablokowana i żaden statek nie został wpuszczony do sycylijskiego portu. Wynika więc z tego, że rządowi taka sytuacja jest zwyczajnie na rękę, co więcej, włoskie okrętowce same płyną do wybrzeży Libii, by zabrać stamtąd imigrantów (brylują w tym organizacje pozarządowe, pełniące role taksówek morskich). Udowodnił to znany yutuber Luca Donadel, który przeprowadził małe śledztwo i dzięki niemu wyszły na jaw ciemne włoskie sprawki. Natomiast niedawno w Kalabrii aresztowano siedemdziesiąt osób, mających związek z przemytową mafią, w tym (uwaga, uwaga) proboszcza jednej z parafii, który wspierając duchowo imigrantów wzbogacił się o - bagatela - trzy i pół miliona euro. 

Wróćmy jednak do podstawowej kwestii, czyli bezpieczeństwa. Nielegalna imigracja ma z tym wiele wspólnego, bo tak jak wspomniałam, terroryści dostają się do Europy także drogą morską i nie ma co zaprzeczać faktom. Poza tym bezpieczeństwo to również inne aspekty, które są coraz bardziej widoczne na włoskich ulicach. W ubiegłym roku do Włoch przypłynęło 185 tysięcy osób, z czego tylko pięciu tysiącom z nich przyznano status uchodźcy, a 123 tysiącom go odmówiono (to oficjalne dane). Co się stało z pozostałymi 50-cioma tysiącami imigrantów? Najpewniej rozpłynęli się w powietrzu. We Włoszech jest tak, że kiedy imigrant ubiega się o azyl, obowiązuje go proces ochronny i czas oczekiwania spędza w hotelach lub centrach imigracyjnych, oczywiście na koszt państwa. Gdy odmawia mu się azylu, musi pożegnać się z wygodami i wrócić do swojego kraju, jako że nie ma podstaw do tego, by przebywał na włoskiej ziemi. Problem jednak w tym, że państwo nie wydala nielegalnych imigrantów, a system deportacyjny woła o pomstę do nieba. Osoba, której odmówiono azylu dostaje papierek, gdzie napisane jest, iż nie może zostać we Włoszech i musi jak najszybciej stąd wyjechać. Większość niszczy urzędowe pismo i wyrzuca je do kosza na śmieci, po czym wiedzie trudny żywot nielegalnego imigranta. Często z tego powodu wkracza na drogę przestępczą, ponieważ nie ma innego wyjścia. I nie jest to dobre ani dla Włoch, ani dla tych ludzi, którzy nie znajdują tego, czego pragnęli, bo Italia nie okazała się tym wymarzonym Eldorado.

Na początku wpisu wyraziłam przekonanie, że kraj jest narażony na terroryzm i chciałabym uściślić tą opinię na podstawie niektórych przykładów. Niedawno włoskie służby specjalne zatrzymały trzech obywateli Kosova, planujących wysadzić słynny wenecki most Rialto, wydalono też z kraju kilku Marokańczyków i Tunezyjczyków, wzbudzających objawy niebezpiecznego zradykalizowania się. Niestety nie udało się powstrzymać terrorysty z Londynu- Youssefa Zaghba, który posiadał włoski paszport, z racji tego, iż miał matkę Włoszkę. Nie wiem, czy będzie więcej podobnych zdarzeń (mam nadzieję, że nie), ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że póki co czuję się we Włoszech bezpiecznie. I oby ten stan trwał. 


Na włoską kawę w miłym towarzystwie

by 09:08
We Włoszech coraz cieplej, pogoda skłania do wyjścia, a uliczne kawiarnie zachęcają do odwiedzin i kiedy zdarzyło mi się ostatnio pić kawę w pobliskim barze, wyobraziłam sobie, że jestem w towarzystwie znanego Włocha i dyskutuję z nim, jak ze starym kumplem, na interesujące mnie tematy. Pomyślałam sobie też, że to dobra okazja do tego, by wreszcie zaprosić do grupowego wpisu autorki blogujące z Włoch lub piszące o Italii. Temat, który wybrałam to- z jakim znanym Włochem/Włoszką poszłabyś na kawę i o czym byś z nim porozmawiała- w sam raz na wakacyjny nastrój. Oto wybrańcy moich koleżanek po fachu:

Agata, autorka bloga That's Liguria:

Na kawę najchętniej poszłabym z włoskim stylistą... jednym z najważniejszych w historii mody!!! Z Valentino Garavani. Przede wszystkim dlatego, że jest on żyjącą ikoną i twórcą nowych trendów, które zmieniły gusty w ubieraniu. Jego styl, wszystko co powstało w czasie jego kariery mi się podoba. Poza tym, z wywiadów z nim przeprowadzonych, wydaje mi się niesamowicie inteligentną osobą o bardzo ironiczno-sympatycznym usposobieniu... a ja przepadam rozmawiać z takimi osobami ;).

Podczas rozmowy przy kawie chciałabym się zapytać jak przyszło mu do głowy stworzenie koloru rosso Valentino i kiedy zrozumiał, że to TEN kolor. Poza tym kilka pytań z rodzaju: w którym kurorcie najlepiej jeździ się na nartach, która restauracja jest jego ulubioną, albo w której z jego licznych willi najchętniej przebywa i dlaczego. Chciałabym też wydobyć z niego kilka ciekawostek o jego sławnych znajomych (np. o Karlu Lagerferdzie, Jackie Kennedy czy Andym Warholu). I chciałabym też poznać jego trzy psy (mopsy): Margot, Maude i Maggie, bez których nigdzie się nie rusza.

Nie mam wątpliwości, że byłaby to najbardziej niesamowita rozmowa przy kawie, jaka mogłaby mi się przytrafić w życiu.


Kasia, autorka bloga Włochy okiem blondynki:


Kiedy Sabina z Ratunku, Italia! zaproponowała mi gościnny post, od razu przyszło mi do głowy tylko jedno nazwisko- Loren... Sophia Loren, a właściwie Sofia Villani Scicolone, bo tak naprawdę nazywa się ta znana na cały świat gwiazda kina. 

Dlaczego właśnie ona? Powodów jest całkiem sporo. Pierwszy to: kto nie chciałby napić się kawy i poplotkować z Sophią Loren? No właśnie!

Ta kobieta jest po prostu niesamowita. Obejrzałam z nią niejeden film, przeczytałam niejeden wywiad czy książkę, a mimo to wciąż mi mało. Widzę to tak: spotykam się z Sophią w jednym z małych barów, najlepiej w Neapolu i zwyczajnie bez stresu i napięcia rozmawiamy o wszystkim tym, o czym najbardziej lubią rozmawiać kobiety. 

O co chciałabym ją zapytać? Po pierwsze, jak ona to robi, że wygląda tak obłędnie! Liczę, że zdradziłaby mi kilka segretów, żebym i ja za naście lat mogła się czuć tak piękna i młoda. Nie omieszkałabym podpytać o to, jak grało się u boku takich amantów jak Cary Grant czy Marcello Mastroianni. O jakiej roli jeszcze marzy? Czy czuje się spełniona? Słuchałabym jej pewnie z rozdziawioną buzią i chłonęłabym każde wypowiedziane słowo jak gąbka. Wszak spotkanie z taką gwiazdą nie zdarza się codziennie. Czuję, że to byłaby nie tylko fantastyczna przygoda, ale także doświadczenie i przeżycie, z którego czerpałabym przez resztę życia. O rany, rozmarzyłam się! Oczami wyobraźni już widzę nas siedzące przy stoliku, popijające kawkę, i jak przystało na kobiety, buzie nam się nie zamykają. Na spotkanie przychodzę z "Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie", żeby na koniec z przyśpieszonym biciem serca poprosić o autograf. Jedno jest pewne. To byłby wspaniały dzień.



Aneta, autorka bloga Hello Calabria:

Długo zastanawiałam się, kogo sławnego mogłabym zaprosić na kawę. Najpierw myślałam o Vasco Rossim, ale bałam się, że zaproponuje mi wspólne śpiewanie, więc odpuściłam- za bardzo fałszuję. Ostatecznie zdecydowałam się pójść w kierunku fotografii. A skoro interesują mnie również tematy społeczne, to kogo miałabym wybrać, jak nie Oliviera Toscaniego.

Toscani zasłynął przede wszystkim z prowokacyjnej kampanii tworzonej w latach 1982-2000 dla United Colors Benetton. To dzięki niej stał się sławnym fotografem nie tylko we Włoszech, ale na całym świecie. Kampania ta poruszyła tematykę rasizmu, anoreksji, choroby aids i innych aspektów społecznych, szokując i zmuszając społeczeństwo do dyskutowania na tematy, o których udajemy, że nie istnieją.

Ale nie pytałabym go o to, jak zostać dobrym fotografem. Wiem, że odpowiedziałby mi, że muszę się nauczyć opowiadać obrazami to, co widzę, a nie tylko je uwieczniać. Naszą rozmowę potoczyłabym w kierunku jego kontrowersyjnego podejścia do tematów społecznych i dlaczego akurat wybrał świat reklamy, który wcale nie chce poruszać tematów drażniących konsumentów. Na pewno też nie pominęłabym w naszej rozmowie jego ostatniego projektu "Razza Umana", który nadal jest w toku. Ciekawi mnie, jak namawia ludzi do pozowania. Ja mam problem, by fotografować nieznajomych. A na koniec zaproponowałabym mu, żeby przyjechał z ekipą do miasteczka Amantea i tutaj zrealizował sesję do projektu. Oczywiście uczestniczyłabym w tym wydarzeniu przyglądając się jego pracy. Z takiej okazji cieszyłabym się najbardziej. 


Dominika, autorka bloga Och!Milano

Telewizję oglądam bardzo rzadko albo wcale. Odwykłam od niej całkowicie już na studiach, kiedy w wynajętym mieszkaniu na takie rekwizyty nie było miejsca i czasu. Potem wyjechałam do Włoch, gdzie w domu mojej włoskiej teściowej telewizor chodził na okrągło. Z ciekawości oglądałam i ja, bo włoska telewizja od polskiej nieco się różni. Wcale nie dlatego, że jest na wyższym poziomie intelektualnym i mniej w niej reklam. Włoska telewizja potrafi być skupiskiem absurdów i kwintesencją luźnego i/lub ignoranckiego, włoskiego żartu. Pewnego dnia trafiłam na Crozzę. Ten gość wyzwala sprzeczne emocje, bo czasem go lubisz, a czasem nie. Jego program "Fratelli di Crozza" na kanale 9 obśmiewa włoską politykę bez trzymania niczyjej strony, a Crozza wciela się w polityków i twarze z tv. Polityka polityką, ale talent Crozzy w artykulacji tak wielu różnych głosów i oddanie ich zachowań nie ma sobie równych. Przy kawie miałabym ochotę na luźną pogawędkę. O jego sposobie na życie i aspektach, które czynią je szczęśliwym po godzinach, gdy schodzi z desek teatru. Zycie komika przepełnia pozorna radość i humor, nie ma miejsca na gorszy dzień, bo gra musi się toczyć dalej. Zwłaszcza jeżeli gadamy o włoskiej gospodarce. Bycie zawsze przygotowanym, w dobrym humorze i pełnym energii jest wymagające, dlatego jestem ciekawa, jak sobie z tym radzi wielotwarzowy Crozza.



Renata, autorka bloga Kalejdoskop Renaty:

Mam wiele osób, które chciałabym poznać, a wypicie z nimi kawy byłoby prawdziwym wyróżnieniem i wydarzeniem w moim życiu. Jedną z takich postaci jest niewątpliwie Umberto Eco. To jeden z pisarzy mojego dzieciństwa. Umberto Eco był człowiekiem wielkiego talentu i dlatego jest osobowością trudną do zdefiniowania. Semiotyk, prozaik, filozof, krytyk literacki, dziennikarz, muzykolog, humanista- wszystkie definicje są odpowiednie, ale nie na tyle, aby podsumować jego wszechstronną działalność intelektualną. Dla mnie to przede wszystkim wielki filozof i wybitny językoznawca. Uważam, że był to jeden z najmądrzejszych pisarzy ostatnich lat. Myślę, że spotkanie z tak wielką osobowością byłoby niesamowicie inspirujące i wzbogacające. Miło by było spędzić parę godzin na dyskusji. Tym bardziej, że Eco miał dar wzbudzania w rozmówcy ciekawości wiedzy. W moim wyobrażeniu miałoby to być spotkanie jak z przyjacielem, z którym można porozmawiać o mądrych rzeczach, ale również o ludziach, rzeczach, pojęciach, o życiu po prostu. Na koniec dodam, że Umberto Eco wolałby się napić Spritz Aperol w swojej ulubionej knajpce w Mediolanie- Caffe Sforzesco. Spędzenie z nim chociaż kilku godzin byłoby oderwaniem od codziennych obowiązków.



Ewa, autorka bloga Ewa Maria Pacini:

Chcę Wam przedstawić pana dott. Paolo Galeotti. Jest to jeden z największych światowej sławy ekspertów od cytrusów ozdobnych, czyli roślin uprawianych w donicach, uczęszczający jako badacz i znawca po rozmaitych zjazdach i sympozjach na temat roślin na całym świecie. Przez bardzo długi czas pracował jako dyrektor ogrodu medycejskiego przy Villa di Castello na peryferiach Florencji. Udziela się w roli konsultanta przy wielu innych ogrodach na terenie Włoch i za granicą. Jest autorem wielu publikacji na temat cytrusów historycznych i ozdobnych.

A na kawę bym z nim poszła z wielu przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że kocha rośliny tak jak ja. A druga przyczyna to wiąże się z nim jako jeden botaniczno-historyczny kryminałek. W skrócie: istnieje odmiana cytrusa ozdobnego pod nazwą "Bizzaria". Jak podają źródła pisane, w jednym z ogrodów we Florencji, ogrodnik tamże zatrudniony znalazł dziwną roślinę. Taką właśnie, która miała na sobie kilka owoców i każdy z nich był inny. Pytany skąd to ma, odpowiedział wszem wobec, że mu to wyszło ze szczepienia. Nie miał na to szczepienia żadnych dowodów i przyciśnięty do muru wyznał, że znalazł ją przypadkiem pośród całej kolekcji ogrodu. I właśnie dott. Galeotti twierdzi, że jest to taka krzyżówka, wynikająca z rodzaju podkładki oraz szczepki, czyli rośliny zasadniczej, na której charakterystyce nam zależy. W 19-tym wieku ślad po roślinie ginie, po czym przypadkiem Galeotti natyka się na roślinę gorzkiej pomarańczy, a trzy lata później dała ona owoc, który miał wszelkie cechy owej historycznej Bizzarri. Galeotti postanowił tak wyhodowaną roślinkę dać na wyłączność wybranej firmie szkókarskiej, opatentować nazwę bizzarria, a wszystkie pochodzące od niej roślinki miałyby się legitymować wszelkiego rodzaju atestami, podbitymi przez superważne instancje rządowe. Według jego zamysłu miało to funkcjonować jak spuścizna narodowa, a lwia część dochodów ze sprzedaży miała zostać zainwestowana w ochronę i utrzymanie kolekcji ogrodów medycejskich na terenie Włoch. Galeotti nie chciał z tego czerpać zysku, chciał to zrobić wyłącznie z miłości do roślinek i z miłości dla konkretnej gorzkiej pomarańczy, dzięki której dane mu było dożyć wiekopomnej chwili, gdy to on odkryje i napisze coś dla potomnych. Niestety, musiała się w to wpieprzyć typowo włoska indolencja administracji państwowej, co to jej zwisa i powiewa dobro kultury, skarby botaniczne, ale również zwykła zawiść, robienie mu koło pióra i ciąganie po sądach. Państwo włoskie wypięło się na niego i żadnego wsparcia nie dostał. Pracownicy uniwersytetu z Florencji (wydzialu biologii i botaniki) buntowali się i rzucali mu kłody pod nogi. Jakiś lepszy adwokat wyjaśnił mu, że powinien był wystąpić o patent nie pod nazwą Bizzarria, a Bizzarria Galeotti, ale było już za późno, bo - teraz najlepsze - ktoś wykradł szczepkę tej roślinki i rozmnożył w celu bardzo prozaicznym, a mianowicie by czerpać z tego krociowe zyski!

W ten oto sposób państwo włoskie na własne życzenie pozbawiło się dodatkowych zysków, a roślinkę można spotkać w każdej firmie szkółkarskiej, która handluje cytrusami.

No i niby w skrócie opowiedziałam tę historię, ale sami widzicie i rozumiecie, że chęć poznania więcej szczegółów tej pasjonującej historii warta jest każdej, nawet najdroższej kawy w najelegańtszym barze Florencji!


A z kim ja wypiłabym kawę? Nie zastanawiałam się długo- byłby to Alberto Angela, który prowadzi w telewizji program Ulisse. Ma on bowiem ten dar, że potrafi opowiadać tak, iż chce się go słuchać, a o nudnych faktach historycznych rozprawia z pasją i zaraża widzów swym entuzjazmem. Porozmawiałabym z nim o sztuce i wielkich mistrzach, takich jak Da Vinci czy Michał Anioł, o Medyceuszach i Imperium Rzymskim. I gdy widzę tę scenę oczami wyobraźni, to wygląda ona tak- siedzę z rozdziawioną gębą (wiem, że nie za dobrze to o mnie świadczy) i przysłuchuję się temu, co ma do powiedzenia Angela. Nie uczestniczę za bardzo w dialogu, bo najważniejsze jest to, żeby mówił, mówił, mówił i będę go słuchać do oporu, aż kawa wystygnie, a musicie wiedzieć o tym, że nie znoszę zimnej kawy, ale kto by się tym przejmował, gdy ma okazję ją wypić w towarzystwie samego Alberta Angeli!


A z jakim znanym Włochem Ty poszłabyś na kawę?


zdjęcia- źródła- Wikipedia, Pinterest, książka Eco z kawą- Renata Pawłowska


Ostatni król Rzymu

by 18:19
O tym, że dla Włochów piłka nożna jest świętością, wie chyba każdy. Włoskie życie kręci się wokół rozgrywek klubowych, transmisji piłkarskich i gry reprezentacji, a piłkarze w Italii są dla kibiców obiektem kultu. Dokładnie za tydzień, 28-go maja odbędzie się mecz A.S. Roma - Genua, na który z niecierpliwością czekają całe Włochy. Będzie to zwykłe spotkanie klubowe, przejdzie jednak ono do historii, ponieważ ma to być ostatni pojedynek legendarnego piłkarza Romy- Francesco Tottiego, nazywanego przez kibiców ósmym królem Rzymu. Decyzję o zakończeniu kariery piłkarza ogłosili już wszyscy, oprócz samego zainteresowanego, więc sympatycy Romy cały czas się zwodzą, że Totti nie odejdzie na sportową emeryturę, ale to chyba złudna nadzieja. Wraz z nim zakończy się pewna epoka, a rzymscy kibice na długo pogrążą się w rozpaczy. Nie ma ludzi niezastąpionych, to prawda, za to bywają niezastąpieni piłkarze i takim jest niewątpliwie Francesco Totti

Oprócz talentu Totti oparł swoją karierę na wierności, która jest rzadkim zjawiskiem w piłkarskim świecie. Podczas gdy większość zawodników przeciera ścieżki niejednego klubu, Totti nigdy nie myślał o opuszczeniu Romy i z tego powodu kibice kochają go miłością absolutną. Gdyby chciał, mógłby zajść o wiele dalej i grać w największych europejskich klubach, jako że pozwalał mu na to niezbity kunszt piłkarski. Nie skusiły go jednak żadne pieniądze, a miłość do zespołu i Wiecznego Miasta okazała się być silniejsza od milionowych kontraktów. Ta godna naśladowania postawa zaskarbiła mu szacunek również wśród kibiców przeciwnych drużyn, w tym największego rywala Romy- Lazio. Sympatia dla piłkarza wiąże się także z jego osobowością i prostotą, bardzo przez Włochów cenioną. Totti to nie jest wielkie panisko, sukcesy sportowe nie zawróciły mu w głowie, nie gwiazdorzy, nie epatuje bogactwem i nie stwarza wokół siebie muru. Jest przystępny, prostolinijny, a poza tym włada wspaniałą bronią, jaką jest charakterystyczne poczucie humoru.

Producenci programów telewizyjnych wykorzystują jego talent komediowy i Totti często jest zapraszany do telewizji jako gość specjalny. Kiedy pojawia się na ekranie telewizora i zaczyna gawędzić z prowadzącym, widzowie pękają ze śmiechu i proszą o więcej. Występem na festiwalu w Sanremo rozbawił publiczność do łez, a udział piłkarza we włoskiej edycji Big Brothera Vip, gdzie gospodynią show była jego żona- Ilary Blasi, okazał się strzałem w dziesiątkę. Wiele osób widzi przyszłość piłkarza w showbiznesie i przepowiada mu poważną aktorską karierę, na co Totti reaguje z przymrużeniem oka, bo interesuje go tylko piłka. Prywatnie od lat związany jest z jedną kobietą, wspomnianą wyżej Ilary Blasi, co przysporzyło mu dodatkowych fanów (znaczy fanek). Piłkarze znani są z tego, że skaczą z kwiatka na kwiatek i nie umieją oprzeć się pokusie, tymczasem Totti jest oddanym mężem i ojcem trójki dzieci, o skandalach z jego udziałem nic nie słychać, no może poza jednym, o którym niedawno opowiedział. Wraz z żoną udzielił krótkiego wywiadu w programie Edicola Fiore, zaś szczere wyznanie, na jakie się zdobył, stało się już kultowe. 

Na pytanie o idolów przeszłości Ilary Blasi wyznała, że jako nastolatka wieszała na ścianie plakaty słynnego boysbandu Take That.

-A kogo ty wieszałeś?- zapytał Francesco gospodarz programu - Fiorello.

-No jak to kogo, Cicciolinę- odpowiedział z właściwą sobie swobodą Totti, na co publiczność w studio zareagowała entuzjastycznie. 


Jestem przekonana, że ósmy król Rzymu nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.




zdjęcie- ForzaRoma

Włosko - francuska gra o prym

by 08:45




Jeszcze przed wyjazdem do Italii wiele słyszałam na temat niechęci Włochów do ich sąsiadów zza miedzy, czyli Francuzów (i vice versa). To taka święta wojna, która trwa nieprzerwanie i nie zanosi się na to, by miała się zakończyć, jako że żadna ze stron nie chce skapitulować i uznać wyższości jednego narodu nad drugim. Nie chodzi o to, że Włosi z Francuzami się nie lubią, jak wytłumaczył mi mąż, ale o rywalizację pomiędzy nimi. Francuzi nie mogą zrozumieć, że Włosi przerastają ich o lata świetlne i nie dają się przekonać, że wszystko co piękne na ziemskim padole wywodzi się z Włoch (bo przecież nie z Francji). Każdy głupi o tym wie, oprócz Francuzów, którzy uważają się za pionierów Europy, choć nic wielkiego nie stworzyli, a jeśli nawet się im udało, to skopiowali od Włochów. Łatwo można udowodnić, w czym Włosi są lepsi od Francuzów:

Kuchnia

Najsłynniejszym daniem świata jest oczywiście pizza, a jej inwentorami są Włosi, którzy mogą się poszczycić również pysznymi serami, jakich nigdzie nie ma, wyborną szynką parmeńską czy makaronem, chociaż do jego autorstwa roszczą sobie prawo Chińczycy, lecz tym akurat nikt we Włoszech się nie przejmuje, bowiem makaron kojarzy się nieodłącznie z Italią, a nie z Pekinem. Włosi produkują wyśmienite wina z Chianti na czele, za to co robią Francuzi? Owszem, też mają wina i sery, ale daleko im do włoskich, a znani są z bouillabaisse (co to w ogóle jest- bulion z bez?) i potraw ze ślimaków. Nic dziwnego, że zazdrość zaślepiła im oczy i nie przyjmują do wiadomości, iż żadna kuchnia nie może się równać z włoską.

Sztuka

Nie oszukujmy się, Paryż swą popularność zawdzięcza Mona Lisie i to dzięki niej Luwr jest oblegany przez miliony turystów rocznie. Gdyby Francuzi mieli odrobinę przyzwoitości, oddaliby Giocondę prawowitym właścicielom, jednak wolą się na niej lansować. Dzieło wszech czasów należy do Włochów i tylko splot nieszczęśliwych przypadków spowodował, że znajduje się we Francji, z czego Leonardo da Vinci na pewno nie byłby zadowolony. A propos wielkiego Da Vinci, czy ktoś z Francuzów jest w stanie stanąć z nim w szranki, jeśli o geniusz chodzi? Ze świecą w ręku mogliby szukać godnego przeciwnika, a i tak nikogo by nie znaleźli. Tacy jak Da Vinci rodzą się tylko we Włoszech.

Miłość

Miłość to Włochy, nie może być inaczej. Pierwszym playboyem był Giacomo Casanova, od którego Francuzi powinni uczyć się sztuki kochania, zaś Romeo i Julia od wieków rozpalają wyobraźnię czytelników. Włochem z pochodzenia był sławny amant Rudolf Valentino, niezapomniany aktor Marcello Mastroianni, natomiast Silvio Berlusconi udowodnił, że można być jurnym niezależnie od wieku. Takich kochanków Francuzi nie mają. Na pocieszenie zostało im hasło "miłość francuska". Cała reszta należy do Włochów.

Muzyka

Włoska muzyka góruje nad francuską, to jasne jak słońce. Włoscy piosenkarze są popularniejsi od francuskich i fani na całym świecie za nimi szaleją. Muzyka wykonywana przez Włochów jest jak poezja i potrafi oczarować każdego, muzyka francuska wpada jednym uchem, a drugim wypada. Francuzi są dumni, bo ich kulturę reprezentował niezapomniany Charles Aznavour, ale Włosi i na tym polu ich wyprzedzili. Może i macie Aznavoura- mówią- za to my mamy Al Bano, więc możecie nam powiedzieć chapeau!

Moda

Gonią biedni Francuzi Włochów od lat, lecz i tak modowo ich nie dogonią. Stolicą mody nie jest Paryż, o czym błędnie informują, ale Mediolan, moi drodzy. Fashion Week w Milano to najważniejsza impreza w świecie mody, włoscy projektanci zaś to prawdziwi mistrzowie fachu. Valentino, Gucci, Armani, duet Dolce&Gabbana, nieodżałowany Versace to tylko niektóre nazwiska reprezentujące Włochy w jej najpiękniejszym stylowym wydaniu. Projektanci francuscy już dawno są passe, a spadkobierców Coco Chanel jakoś nie widać. Paryż wart jest pokazów, to prawda, jednakże Mediolan jest ich wart jeszcze bardziej.

Piłka nożna

Dla Włochów piłka nożna jest święta i biada temu, kto stwierdzi, że Francuzi grają lepiej. Fakty zresztą mówią same za siebie- Włosi mistrzami świata byli czterokrotnie, tymczasem Francuzi jeden raz, poza tym ich zwycięstwo prawie się nie liczy, ponieważ wygrali u siebie, a nie od dziś wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. Lista przewinień reprezentacji Francji jest wielka i Włosi każdą porażkę z nimi wnikliwie analizują. Do tej pory, choć minęło już 17 lat, nie mogą im wybaczyć upokorzania, jakiego doznali w finale Mistrzostw Europy, gdy Francja pożarła ich na stojąco i złoty gol Davida Trezegueta zapewnił sukces Trójkolorowym. W ostatecznym rozrachunku triumfują Włosi i to jest najważniejsze, a nie jakieś zwycięstwa na podejrzanych zasadach. Być czterokrotnym mistrzem świata brzmi dumnie, wygrać raz może byle kopacz.

Włosko - francuska gra o południowe pierwszeństwo zapewne nie przyniesie rozwiązania, gdyż nie chcą tego sami zainteresowani. Trzeba przecież o czymś dyskutować, a nie ma ciekawszego tematu od różnic dotyczących włoskiego i francuskiego trybu życia. Mój mąż pracuje z Francuzem, za którym przepada, nie umie jedynie pojąć, dlaczego tak światły człowiek nie widzi tego, jak Francuzów inspirują Włosi. Kolega męża myśli dokładnie to samo, z tą rzecz jasna różnicą, iż według niego to Francuzi są natchnieniem dla mniej wyrafinowanych Włochów i jest na to masa niezbitych dowodów.




Włoskie dramaty w szpitalnych aktach

by 09:02
Włoską służbą zdrowia wstrząsają ostatnio skandale przyprawiające pacjentów o duży niepokój. Moja opinia na temat leczenia we Włoszech jest bardzo wysoka, dlatego ze zdumieniem przyjęłam wiadomość o kilku przypadkach nieprawidłowości, jakich dopuścili się pracownicy placówek zdrowotnych. Najnowsza afera związana jest z pielęgniarką, która nie zaszczepiła około pięciuset dzieci. Proceder ten odbywał się przez prawie pół roku i nikt przez ten czas się nie domyślił, że kobieta żadnych igieł nie wbijała. Dziwne, bo przecież dzieci płaczą, a szczepionki na ogół zostawiają ślad, tymczasem żaden z rodziców niczego nie zauważył. Pielęgniarka idzie w zaparte i twierdzi, że szczepiła dzieci, ale dowody wskazujące na jej przestępstwo są ponoć niepodważalne. Powstaje pytanie, co nią kierowało i czemu, u licha, tak późno to wykryto? Wściekli rodzice żądają wyjaśnień i interweniować w tej sprawie musiała Minister Zdrowia Beatrice Lorenzin.

Inny przypadek nadużycia władzy lekarskiej jeszcze bardziej zszokował opinię publiczną w Italii. Lekarz anestezjolog i pielęgniarka szpitala w jednej z włoskich miejscowości uśmiercali swoich pacjentów, bowiem kręciło ich bycie panami ludzkiego życia. Pan doktor czuł się Bogiem, a pielęgniarka, będąca po godzinach jego kochanką, towarzyszyła mu w licznych morderstwach, dokonywanych na chorych ludziach. Bezwględna para zabiła w ten sposób kilkadziesiąt osób i nie oszczędziła nawet męża i matki (!) okrutnej pielęgniarki. Gdyby nie anonimowy telefon na policję, pewnie do dzisiaj mordowaliby ludzi. Pielęgniarka chciała też pomóc zejść dzieciom z tego świata, lecz doktor, nadal posiadający ułamek sumienia, się temu sprzeciwił. Jedna z jego koleżanek po fachu wiedziała, czym się zajmuje, a mimo to siedziała cicho. Mogła uratować kilka osób, ale wolała milczeć i pozwalać działać diabelskiej parze. Na szczęście ktoś zawiadomił odpowiednie służby. Liczba ofiar pozostaje niejasna, a zwyrodnialcy czekają na proces.

To nie pierwsza sprawa pielęgniarki o psychopatycznych skłonnościach. Jakiś czas temu głośno było o pielęgniarce z piekła rodem, która dokumentowała swoje liczne morderstwa (mówi się o setce ofiar). Kobieta zabijała starszych pacjentów, po czym nad ich trupami robiła sobie selfie, gdzie zawsze wyglądała na cholernie z siebie zadowoloną. Kiedy ją przyłapano, nie przyznawała się do winy, tylko bez emocji tłumaczyła, że pomagała cierpiącym godnie odejść. Jej linia obrony nie przekonała sądu i pielęgniarka została skazana na dożywocie. Sąsiedzi kobiety zgodnie twierdzili, iż to niemożliwe, aby ta sympatyczna i zawsze uśmiechnięta pielęgniarka okazała się być seryjną morderczynią. W kontekście tych zbrodni historia doktora grającego w tenisa w godzinach pracy wydaje się błahostką. Osobiście nie mam nic do zarzucenia włoskiej służbie zdrowia i smutne jest, że znajdują się jednostki aspołeczne, które zamiast ratować ludzkie życia, je kończą.

Uśmiechnięta pielęgniarka, która robiła sobie selfie z ofiarami

zdjęcie- LaStampa

Pan z północy, chłop z południa

by 08:31
We Włoszech długo istniało przekonanie, że północ kraju jest lepszy od południa. Bogatszy, bardziej cywilizowany, mający poważniejsze znaczenie, o większym odsetku wykształconych ludzi, z piękniejszymi tradycjami etc. Od jakiegoś czasu walczy się z jednak tym przekłamanym i jakże niesprawiedliwym wyobrażeniem, które w relacjach między samymi Włochami zrobiło wiele zamieszania. Owszem, może i północ Italii ekonomicznie stoi nieco wyżej, ale robienie z przedstawicieli południa ludzi gorszego sortu jest niedopuszczalne, zwłaszcza że przed zjednoczeniem Italii to południe było o wiele bogatsze niż północ. Podziały są niebezpieczne i trzeba z nimi walczyć, a nie klasyfikować ludzi ze względu na pochodzenie. Nieważne, skąd się wywodzi, istotne co się sobą prezentuje, o czym zapominają przedstawiciele elity. Tym razem nie popisał się Flavio Briatore, który po raz kolejny wypowiedział się z pogardą o mieszkańcach południa Włoch.

Briatore słynie z ciętego języka i z tego, że ma gdzieś opinie rodaków. Jest na tyle bogaty, by pozwolić sobie na wygłaszanie kontrowersyjnych poglądów i na tyle bezczelny, by śmiać się biednym w oczy. W udzielonym niedawno wywiadzie wyraził zdziwienie, jak można żyć za 1300 euro miesięcznie, a o południu kraju powiedział, że ma się źle, gdyż zostali tam tylko lenie. Pierwsza część jego stwierdzenia rozśmieszyła społeczeństwo, bo co oderwany od rzeczywistości miliarder może wiedzieć o realiach normalnego życia, natomiast druga spowodowała wylew krytyki, a na przedsiębiorcy nie pozostawiono suchej nitki. Po Briatore spłynęło to jak po kaczce i raczej nie przejął się tym, że na jakiś czas stał się wrogiem publicznym numer jeden (nie pierwszy to raz zresztą). W kontekście galopującego bezrobocia i braku perspektyw nazywanie południowców leniami jest cyniczne i bezlitosne. Za tym kryją się ludzkie dramaty, których żaden bogacz nie zrozumie. 

Uprzedzenie do ludzi z południa nadal jest mocno zakorzenione w Italii, choć Włosi starają się z tym coś zrobić. Apeluje się o to, żeby skończyć z kategoryzacją i nie podkreślać rozbieżności między mieszkańcami, bowiem nic dobrego to nie wnosi w relacjach obywatelskich. Południe Włoch jest przepiękne, jego mieszkańcy to ludzie dumni i o gorących sercach, a ich wkład w rozwój kraju jest nieoceniony. Traktowanie ich jak swego rodzaju dzikusów nie powinno mieć miejsca, a spory o to, kto jest lepszy, już dawno trzeba było rozwiązać. Słowa Briatore stały się tematem polemiki i na nowo rozpaliły we Włochach dyskusję o wyższości północy nad południem i o tym, dlaczego w 21 wieku nadal istnieją podobne rozłamy. Fakt, iż mieszkańcy północy mają inne charaktery niż południowcy, nie świadczy o tym, że są więcej warci. Flavio Briatore ożenił się z Kalabryjką z krwi i kości (Elisabettą Gregoraci), więc też nie oparł się urokowi, jakie zrodziło południe, a mimo to nie przestał obrażać mieszkańców dolnej części kraju. Ot, swoisty paradoks człowieka z północy.




zdjęcie- Orsomarso Blues

Miłość, której nie było

by 11:15
W styczniu tego roku Włochami wstrząsnęła kolejna tragedia dotycząca przemocy wobec kobiet. Były narzeczony zaczaił się na dziewczynę pod domem, po czym oblał ją kwasem i uciekł jak zwykły tchórz. Dziewczyna przeżyła, chociaż kwas wypalił jej twarz i odebrał urodę, lecz nie pozbawił dumy i siły, dzięki której Gessica Notaro się nie poddała. Niedawno wyszła ze szpitala, a o swoim dramacie opowiedziała w popularnym programie telewizyjnym. Została potwornie skrzywdzona, ponieważ eks partner nie mógł się pogodzić z jej odejściem, więc postanowił ją ukarać. To obsesyjna zazdrość jest tym, co łączy wszystkich katów, zabijających czy okaleczających swe partnerki. Uważają je za własność i dlatego mordują lub ciężko ranią niewinne kobiety. Niektórzy sądzą, że robią to w imię chorej, ale jednak miłości, co według mnie jest piramidalną bzdurą. Bo facet stosujący agresję nie ma zielonego pojęcia, czym jest miłość.

Podziwiam Gessikę Notaro za to, iż potrafiła podnieść się z tragedii i pokazała światu okaleczoną twarz. W czasach, gdy wygląd jest na pierwszym miejscu i wszystko, co brzydsze, jest wyśmiewane, Gessica miała siłę, by wyjść do ludzi i z podniesionym czołem opowiedzieć o tym, co ją spotkało. Dziewczyna nie przestała żyć, ma plany i marzenia, które chce zrealizować i już to jest zwycięstwem nad jej oprawcą. Były ukochany czeka na wyrok w celi i przekonuje wszem wobec, że z atakiem nie ma nic współnego. Akurat. Dręczył Gessikę, nieustannie groził, miał zakaz zbliżania się do niej, ale to i tak nie pomogło, bo zrobił swoje. Pan i władca, kat i psychol w jednym, bezlitośnie zemścił się za to, że eks narzecona wybrała wolność. Opinia społeczna ma dość tego rodzaju przestępstw, nie chce już słyszeć o przypadkach znęcania się nad kobietami, lecz nic nie wskazuje na to, aby coś miało się zmienić. Czy facetom w Italii serio odbiło?

Nie ma znaczenia, że były Gessiki pochodzi z Wyspy Zielonego Przylądka, gdyż problem przemocy wobec kobiet jest niestety bardzo włoski. Wybujałe ego nie pozwala mężczyznom przyjąć z godnością porażki, za jaką mają odejście kobiet i jedyne słuszne wyjście według nich to "wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę". Wpadają w szał i bez skrupułów zostają zabójcami, nie bacząc na to, że wyrok odbija się rykoszetem na dzieciach, które w jednej chwili tracą matki i ojców. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku opublikowałam wpis na temat femminicidia (kobietobójstwa) byłam pewna, że wrócę do tej sprawy niejeden raz. I przeraża mnie własne myślenie, bowiem wynika z niego, że oswoiłam się ze zjawiskiem femminicidia, a tak nie powinno być. Końca dramatu nie widać i co chwilę mówi się o nowych morderstwach czy wyrafinowanych torturach. Oburza mnie to i jednocześnie zasmuca, jako że nikt, do jasnej cholery, nie może bawić się w Boga. Nawet włoscy maczo.

Dzieje się tak, bo kary są nieadekwatne do czynów. Za zabójstwa kobiet wyroki są śmiesznie niskie i urągają rodzinom ofiar. Sędziowie dopatrują się okoliczności łagodzących i skazują morderców na 20 lat, a ci wychodzą z więzienia o wiele szybciej za dobre sprawowanie. Dostają drugą szansę, społeczeństwo przyjmuje ich pod swój dach i układają sobie życie na nowo. Ich ofiary takiej możliwości nie mają. Łagodne wyroki powodują, że faceci czują się bezkarni i są panami sytuacji. Byłemu Gessiki grozi 20 lat. Tylko 20, choć dożywocie to dla niego za mało.

Historia Gessiki ma drugie dno, które w pewien sposób ukazuje, dlaczego przemoc wobec kobiet to niekończąca się włoska opowieść. Przeglądając fora po telewizyjnym występie dziewczyny natknęłam się na głosy broniące jej eks narzeczonego. Według niektórych durniów Gessica sama się prosiła o taki finał, ponieważ wzięła sobie agresywnego faceta, a przecież widziały gały co brały. To oczywiście nieprawda, jako że gdy pojawiły się pierwsze sygnały wybuchowego temperamentu Jorge'a, Gessika z nim zerwała i zrobiła wszystko, by trzymał się od niej z daleka. Kobiety nie są winne temu, że mężczyźni posuwają się do ekstremalnych gestów i takie płytkie myślenie jest usprawiedliwieniem niecnych postępków. Najbardziej uderzyły mnie słowa, których autorką była inna kobieta: "Dobra, rozumiem, swoje przecierpiała i jej współczuję, ale nie musi pokazywać twarzy w telewizji." Trzeba być naprawdę okrutnym, żeby tak napisać. Gessica nie ma się czego wstydzić, gdyż okaleczona twarz to nie jej wina. I choć ciężko pogodzić się z utratą urody, Gessica skupiła się na oczach, będących zwierciadłem jej pięknej duszy.



  zdjęcie- Affari Italiani

Historie miłosne wprost z Włoch

by 08:18
  Wielkanoc minęła szybko, ale klimat świąteczny nadal unosi się w powietrzu, więc postanowiłam pozostać w tej miłej atmosferze i dla odmiany opublikować coś optymistycznego. Moje "społeczne" wpisy są wyrazem troski o Italię, a nie, jak może się wydawać, krzykiem nienawiści. Miłość do tego kraju nie pozwala mi spokojnie patrzeć na to, co się dzieje i dlatego bez ściemy opisuję problemy włoskiego społeczeństwa. Jednakowoż czasem mam ochotę odpocząć od trudnych spraw i zająć się czymś przyjemniejszym. A co może być przyjemniejszego od głosu serca?

 Tak sobie bowiem pomyślałam, iż włoski świat jest na tyle barwny, że pokazać jego drugie oblicze to poniekąd mój obowiązek. Włosi lubują się w historiach miłosnych, z zapartym tchem obserwują życie uczuciowe celebrytów i dyskutują o nich przy porannej kawie w ulubionych barach. A że nie są mi nieznane losy sławnych par (tak mam, że również śledzę ich dzieje, na co z politowaniem patrzy mój mąż), postanowiłam przybliżyć Wam trzy najpopularniejsze związki show businessu, tzw. coppie del momento, o których mówi się najwięcej. Oto ulubieńcy włoskiego społeczeństwa:

Chiara Ferragni i Fedez 



  Jeśli się Wam wydaje, że to Maffashion lub Jessica Mercedes są pionierkami blogów modowych, to jesteście w błędzie, bo to Chiara Ferragni zapoczątkowała nurt szafiarek, a jej blog The Blonde Salad jest niedoścignionym wzorem dla rodzimych blogerek modowych. Niedawno zaczęła się spotykać z jednym z najpopularniejszych włoskich raperów i tym samym przypięczętowała status najsławniejszej szafiarki rodem z Italii. Fedez i Chiara na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasują i często się im zarzuca, że są razem dla zysku i coraz większej ilości followersów. Fedez to zbuntowany raper, który słynie nie tylko ze swoich kawałków, ale też ilości tatuaży, przyprawiających konserwatystów o zawrót głowy. Wraz z Chiarą Ferragni tworzą jedna z najgorętszych włoskich par, a swe uczucia manifestują zwłaszcza na portalach społecznościowych, gdzie wrzucają zdjęcia nie pozostawiające wiele dla wyobraźni.


Raoul Bova i Rocio Munoz Morales



  Kiedy Raoul Bova poznał hiszpańską aktorkę, miał już ustabilizowane życie, żonę i dwójkę dzieci. Dla młodszej o kilkanaście lat Rocio Raoul porzucił Chiarę Giordano, czym mocno się naraził włoskiej opinii publicznej. Jakby tego było mało, musiał stoczyć walkę sądową z własną teściową, jedną z najsłynniejszych adwokatek specjalizujących się w rozwodach- Annamarią Bernardini di Pace. Nikt nie dawał szans temu związkowi, jednak miłość zwyciężyła i para nadal jest ze sobą, a rok temu dołączyła do nich córeczka Luna. I mimo że Rocio nie jest zbyt lubiana przez Włochów, bo wisi nad nią zła reputacja złodziejki cudzych mężów, to nic nie zapowiada na to, aby jej związek z przystojnym aktorem przysłoniły czarne chmury.


Belen Rodriguez i Andrea Iannone



  Belen Rodriguez to najpopularniejsza celebrytka we Włoszech, a jej podboje miłosne obrosły już legendą. Najnowszą zdobyczą showgirl z Argentyny jest kierowca motocyklowy Andrea Iannone, który (jak zauważyli fani Belen) jest bardzo podobny do byłego chłopaka- Fabrizio Corony oraz eks męża- Stefano de Martino. Za Belen nie przepadają fani sportowca, bo oskarżają ją o to, że z dobrze rokującego motocyklisty zrobiła zwykłego celebrytę, dla którego najważniejsze stało się wrzucanie zdjęć do sieci, chwalenie się wystawnym życiem i piękną narzeczoną. Zakochana para nie przejmuje się głosami zwolenników sportowca i nie przepuszcza okazji, aby wyznać sobie miłość. Czy to ostatni wielki podbój kochliwej Belen? Jestem pewna, że za niedługo znajdzie nowy obiekt westchnień, a do tego czasu u jej boku możemy podziwiać ślicznego Iannone.


zdjęcia- 1. BitchyF 2. La Gazzetta Dello Sport 3. Melty

Taktyka włoskich oszustów

by 08:39
To, że Włosi mają dużą wyobraźnię, wiadomo nie od dziś. To, że w Italii panuje kryzys, również jest jasne jak słońce. Co zatem zrobić, by jakoś przetrwać ciężkie czasy i zawsze mieć pełny portfel? Ano najlepiej połączyć iście ułańską fantazję Włochów z ich zmysłem kombinowania i wykorzystać do łatwego zarobku niczego nie spodziewających się emerytów. Pomysłów jest co niemiara, starszych ludzi jeszcze więcej, toteż nic dziwnego, że niecny proceder okradania ludzi zatacza coraz szersze kręgi. Biedni emeryci dają się podejść, ponieważ cwaniacy mają na nich sposób i bez skrupułów biorą od nich pieniądze. Ludzie myślą, że działają oni w dobrej wierze, więc oddają im kasę i dopiero po czasie dowiadują się, że zostali wrobieni, ale nic nie można już z tym zrobić. Oto najnowsze metody, na jakie nabierają seniorów pospolici oszuści:

1. Fałszywi księża. To najprostsza technika działania złodziejów i jest skuteczna w większości przypadków. Przychodzi taki fałszywy ksiądz do emerytki, a ta otwiera mu drzwi i wpuszcza go do domu, bez uprzedniego sprawdzenia, czy kolęda faktycznie miała być tego dnia. "Ksiądz" przekonuje kobietę, że w tym roku to on chodzi po ludziach, bo biedny proboszcz się nie wyrabia i wysłał go w zastępstwie. Uspokojona emerytka zaprasza kapłana do siebie, po czym idzie zrobić mu kawę, a fałszywy księżulo rozgląda się po mieszkaniu i przeważnie udaje mu się złowić cenne łupy. Do tego dochodzi parę groszy "po kolędzie" i tak oszust wzbogaca się odwiedzając dziennie kilkunastu nieświadomych zagrożenia emerytów. Lepiej nie otwierać drzwi duchownym, których się nie zna i nawet koloratka nie powinna nikogo zmylić.

2. Adwokaci diabła. Kolejną taktyką, jaką obrali sprytni wyłudzacze, jest telefon od policjanta, informującego ofiarę o groźnym wypadku. Dzwoni gagatek pod wybrany numer, informuje emerytkę, że jej syn miał wypadek i musi zostać jak najszybciej operowany, lecz do tego niezbędna jest gotówka. Proponuje, że po pięniądze (bądź kartę do bankomatu) przyjdzie adwokat, a zdesperowana kobieta, drżąca o życie syna, godzi się na wszystko. "Policjant" uprzedza ją, aby nigdzie nie dzwoniła, zwłaszcza do rannego syna, ponieważ nie jest on zdolny do rozmowy. Tak "ubezpieczony" wysyła podrobionego adwokata, który bierze forsę (lub kartę) i znika na zawsze. Po jakimś czasie do domu wraca cały i zdrowy syn, nie mający pojęcia o tym, że właśnie przeszedł poważną operację. Emerytka domyśla się, iż ktoś ją zrobił w bambuko, ale już jest po ptokach i kasy raczej nie odzyska. W tym wypadku naciągacze są dokładnie przygotowani i znają tożsamość ofiar oraz ich koligacje rodzinne. Lepiej za dużo nie zdradzać przez telefon, nawet gdyby rozmówca przedstawił się jako sam papież.

3. Szaleni gazownicy. Rachunki trzeba płacić i nie ma zmiłuj, choćby po spisanie licznika operatorzy przychodzili i dwa razy w tygodniu. Niestety, i na to dają się nabierać emeryci, którzy otwierają drzwi rzekomym kontrolerom z gazowni i wpuszczają ich do domu. Schemat zazwyczaj jest taki sam- oszuści działają we dwójkę i podczas gdy jeden z nich zagaduje starszą panią, drugi plądruje mieszkanie. Czasem zmuszają emerytów do natychmiastowej zapłaty rachunków, inaczej w trybie natychmiastowym zostanie odcięty im dostęp do gazu. Innym pomysłem jest zmiana operatora i umowa o wiele korzystniejsza od poprzedniej, szkoda tylko, że podrobiona. Bezpośrednie przejście do konkurencji kosztuje kilkaset euro od ręki, ale i tak na tym się skorzysta, więc seniorzy podpisują, nie wiedząc o tym, że to lipa. Lepiej zamknąć drzwi na siedem spustów i nie otwierać posłańcom od gazu, nawet jeśli zagrożą oni konsenkwencjami.

4. Wirtualni kochankowie. Matrymonialni oszuści to nie nowość na rynku, niemniej coraz bardziej staje się popularne uwodzenie starszych kobiet przez internet i wypłukiwanie ich z kasy. Wysyła absztyfikant emerytce zaproszenie do znajomych, przedstawia się jako były inżynier, żołnierz, lekarz albo profesor i powoli zaczyna ją uwodzić. Gdy kobieta jest już złapana w sidła miłości, opisuje jej zmyśloną historię życia, opowiada o długach, jakie musi spłacać za byłą żonę, a litościwa starsza pani wychodzi z inicjatywą i proponuje pożyczkę. Facet opiera się, przeprasza, unosi honorem i gdzieś za szóstym razem daje się przekonać. Tych pożyczek jest dużo i kiedy kobieta orientuje się, że coś tu nie gra, internetowy kochanek kasuje konto, znika z wirtualnego świata, mając kieszenie wypchane realną gotówką. Lepiej nie przyjmować zaproszeń od nieznanych mężczyzn, nawet gdy ma się nadzieję, że trafiło się na księcia z bajki. 

Złodzieje pasożytujący na emerytach to osobnicy działający bez skrupułów i nie posiadający sumienia. Przykre jest, że wmieszane są w to i kobiety, które dla kasy okradają starszych ludzi. Emeryci we Włoszech nie mają lekkiego życia i nie należą do najbogatszych przedstawiecieli społeczeństwa, a mimo to i na nich się żeruje. Zaufanie to dzisiaj towar deficytowy, o czym nie pamiętają seniorzy zawsze mający wiarę w drugiego człowieka.




zdjęcie- www.zonalocale.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.