To cholerne Sanremo!

by 31 stycznia
  Kiedy we Włoszech zaczyna się luty, warto spakować manatki i udać się na urlop za granicą, najlepiej tam, gdzie brak dostępu do telewizji satelitarnej, prasy i internetu (czyli w zasadzie donikąd). W lutym bowiem święci triumfy najsłynniejszy festiwal włoskiej piosenki, który przeciętnego Włocha przyprawia o ból głowy, a swoje niezadowolenie objawia jeszcze większą gestykulacją niż zazwyczaj.

  Festiwal w Sanremo, bo o nim rzecz jasna mowa, jest swoistym paradoksem na firmamencie włoskiej rozrywki, ponieważ nikt go nie ogląda, każdy na niego narzeka i uważa za zwyczajny kicz, ale jakimś cudem telewizja publiczna RAI zarabia na nim grube miliony, a wieczory z Sanremo biją wszelkie rekordy popularności. W tym roku jednak może być inaczej, jako że na festiwalu zabraknie modelek (czy innej maści celebrytek), które były urodziwym dodatkiem do prowadzącego show i kiedy pojawiały się na scenie, słupki oglądalności wędrowały wysoko do góry. Na kogo więc teraz będą patrzeć, znani z dobrego smaku i podziwu dla pięknych kobiet, Włosi? Przecież to nie o muzykę chodzi w Sanremo, a przynajmniej nie tylko o nią.

  Sanremo to wyjątkowe widowisko i wszystko w festiwalu jest zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. W Sanremo nie ma przypadków, byle kogo tam nie zapraszają, a prowadzenie show jest marzeniem niejednego prezentera. Od kilku edycji gospodarzem produkcji jest Carlo Conti, za którym osobiście nie przepadam, ale kto by się tam pytał mnie o zdanie. Conti to bez wątpienia brylantowa postać włoskiej telewizji, lecz na mój gust jest zbyt poprawny, brakuje mu błysku w oku, niemniej doskonale odzwierciedla on sztywną formę konkursu i zatrudnienie go w roli prowadzącego było strzałem w dziesiątkę. Conti wpasował się w Sanremo niczym w dobrze skrojony garnitur i jestem przekonana, że to nie jego ostatni festiwal.

  Tradycją show są hollywoodzkie gwiazdy, które pojawiają się w Sanremo, by udzielić wywiadu na temat włoskiej muzyki i Włoch ogólnie, za co inkasują niemałą kwotę (rok temu Nicole Kidman za kilkanaście minut rozmowy zarobiła 300 tysięcy euro). I właśnie wydawane lekką ręką pieniądze podatników powodują u tychże niemałą wściekłość, gdyż w niełatwych czasach kryzysu niebotyczne stawki dla prowadzących i gości uznawane są za niemoralne. Niektórzy uważają, iż prestiż festiwalu jest tak duży, że artyści powinni występować w nim za darmo, ale gdyby tak miało być, to pies z kulawą nogą by do Sanremo nie zawitał. Koszty są niemałe, to prawda, za to zyski okazują się ogromne, a o to chyba w głównym rozrachunku chodzi. Dopóki więc dobrze zapłacą, dopóty będą przyjeżdżać wielkie gwiazdy (najświeższa to Keanu Reeves).

  Pierwszoplanową rolę w Sanremo odgrywa oczywiście muzyka, która w wydaniu konkursowym z roku na rok jest coraz bardziej anonimowa. Gdzie się podziały czasy, gdy cały świat śpiewał wraz z Sanremo "Nel blu dipinto di blu" (słynne Volare Domenico Modugno), czy "Ci sara" Al Bano i Rominy Power? Przeboje ostatnich lat wlatują mi jednym uchem, a wylatują drugim i jedynym wykonawcą, jakiego byłam w stanie zapamiętać, to Marco Mengoni i jego boski utwór "L'essenziale". Moja opinia jest subiektywna, co nie zmienia faktu, iż prawdziwych artystów można szukać ze świecą w ręku nawet w Sanremo.

  Mnie festiwal ani ziębi, ani grzeje, chociaż zdarza mi się go obejrzeć, ku utrapieniu męża, który jest zagorzałym przeciwnikiem Sanremo. Kiedy nadchodzi luty i pojawiają się zapowiedzi show, zaczyna marudzić i rozwodzić się nad tym, po co ten badziewny konkurs w ogóle istnieje. Nie rozumie, czemu artystom się tyle płaci, dlaczego w Sanremo potrzebny jest prowadzący (jego zdaniem lepsza byłaby w tej roli koza- na pewno okazałaby się o wiele zabawniejsza i przede wszystkim tańsza), a ludziom pusta rozrywka dla mas. Opinia mojego męża wydaje się być spójna z poglądami jego rodaków, bezlitośnie piętnujących Sanremo (widać to zwłaszcza na forach internetowych). Jak to więc możliwe, że tak krytykowany festiwal jest jednocześnie przez Włochów kochany miłością absolutną? Trzeba poznać ich dwoistą naturę, by pojąć ten fenomen. Tymczasem "to cholerne Sanremo" (copyright by mąż) już za niedługo. Udanego nucenia!





  zdjęcie- www.sussidiario.net

Bye bye Kluseczko!

by 24 stycznia
  O potrzebie blogowych zmian słyszałam wielokrotnie, lecz nigdy nie chciałam się w to bawić. Interesowało mnie jedynie pisanie, natomiast wszystko inne określałam jako dodatek do blogowania. Tymczasem od ponad roku czułam się źle w tej wirtualnej skórze i w końcu doszło do mej skołatanej łepetyny, że pragnę czegoś innego. Od kilku miesięcy na blogu poruszam sprawy związane z Włochami i właśnie tą drogą chciałabym pójść. A że nazwa Kluseczka.po.włosku nie dla każdego była jasna i nieco kolidowała z aktualnym duchem blogu, zdecydowałam się wymienić ją na lepszy model. Tak powstała Ratunku, Italia!, która doskonale oddaje moje skomplikowane uczucia do tego kraju. Jest na tyle ironiczna, by nie traktować jej poważnie i na tyle czuła, by ją polubić. Mam nadzieję, że i Wy się do niej przekonacie.

  Trochę potrwa, zanim blog przejdzie na nową domenę, a odświeżeniem logo zajmuje się mój mąż. Fanpejdż już nazywa się Ratunku, Italia, ponieważ facebook błyskawicznie zaakceptował wniosek dotyczący zmiany (choć nie mogłam dodać wykrzyknika na końcu). Byłam przekonana, iż na decyzję będę czekać tygodniami, a tu proszę, nie zdążyłam zachrapnąć i Kluseczka.po.włosku na dobre znikła z fejsowego horyzontu. Wiem, że takie rzeczy na ogół są ryzykowne i powodują stały eksodus czytelników, ale musiałam się odważyć. Gdyby nie konieczność odkrywania Italii, niewątpliwie wczoraj zakończyłabym blogowanie. Opowiadanie o rozterkach macierzyństwa przestało mnie bawić, poza tym mój blog tylko na początku był stricte parentingowy. Emigracja zawsze odgrywała dużą rolę w moich wpisach, a życie we Włoszech nakreślałam bez zbędnej egzaltacji. I tak będzie nadal- bez ściemy i lukru, za to zgodnie z prawdą (czasami nawet brutalną). Lubię wyzwania, a pokazanie Italii z nieznanej szerszej publiczności perspektywy to dla mnie próba sił. Jak mantra powtarzałam, że nie mam żadnych blogowych ambicji, bo rzeczywiście ich nie miałam, jednak to również uległo zmianie. Nie można stać w miejscu i rdzewieć, gdyż to w niczym nie pomaga.

  Chcę się rozwijać i coś osiągnąć, jakkolwiek pysznie to brzmi. Nie zapomniałam o opowiadaniach i najpewniej raz na ruski rok opublikuję jakieś pierdoły, lecz wpisy o rodzicielstwie nie będą już motywem przewodnim blogu. Nie zamierzam więcej pisać o Gai i Sarze, chyba że w kontekście żartobliwych anegdotek. Nie mam ochoty lać przysłowiowej wody, więc kiedy nie będę miała nic do powiedzenia, po prostu zamilknę, zamiast tworzyć wpisy na siłę. To niewiele, a jednak dużo i takie właśnie przyświecają mi cele na nadchodzące miesiące. Blogów o Włoszech jest co niemara i każdy z nich ma coś do zaoferowania, a moim planem jest być ich równorzędną wirtualną partnerką. Italia inspiruje mnie niezmienne i liczę, że wątków z nią związanych mi nie zabraknie. Opisywanie sytuacji społecznej współczesnych Włoch nie jest łatwym zadaniem, niemniej postaram się Was nie zawieść i nie przynudzać. To jak, zostaniecie ze mną? Będę zaszczycona!

  A już na sam koniec, chociaż powinnam była zrobić to na początku, składam podziękowania wspaniałym i niezastąpionym dziewczynom z Klubu Polki Na Obczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem Ani z blogu Random Travel Stories, która jest pomysładowczynią nazwy Ratunku, Italia! (serdecznie zapraszam do polubienia jej strony i zapoznania się z blogiem Ani, bo naprawdę warto). Polki na Obczyźnie zrobiły prawdziwą burzę mózgów i zasypały mnie propozycjami, za co uwielbiam je jeszcze bardziej. Wszystkie terminy były ciekawe i miały w sobie to "coś", ale Ratunku, Italia! zauroczył mnie od pierwszej chwili. Jeśli zaś nazwa komuś się nie spodoba, to polecam wziąć koło ratunkowe i w dalszym ciągu nazywać blog Kluseczką. Wcale się nie obrażę. A tymczasem, do napisania!



zdjęcie- Crecita-Personale.it

Cień podatku w republice bananowej

by 19 stycznia
  To już szósty rok, gdy mieszkam w Italii i często myślę, że ten kraj niczym więcej mnie już nie zaskoczy, a jednak go nie doceniam. Włosi płacą dużo podatków, rząd ciągle wprowadza nowe, ale ostatni, jakim zostali obłożeni niektórzy sklepikarze, powalił mnie na kolana. Otóż muszą oni zapłacić podatek od cienia, który rzucają szyldy sklepów (no jakim prawem taka samowolka). Ten cień to kilka centymetrów padających na chodnik i jego koszt wynosi kilkadziesiąt euro miesięcznie. Tego i Bareja by nie wymyślił.

  Oczywiście handlowcy się buntują, narzekają i śmieją jednocześnie, lecz płacą, gdyż odwołanie od podatku kosztowałoby ich więcej, niż sam podatek. I tak sobie pomyślałam, czytając o tej sprawie, że to jest właśnie problem współczesnych Włoch. Nie podatki i opłaty, ale bierna postawa obywateli. Włosi potrafią jedynie mówić, na czyny z ich strony nie ma co liczyć. Gdy rząd przegrał ostatnie referendum, a Matteo Renzi podał się do dymisji, wydawało się, że coś się szykuje i wybory są za pasem. Guzik prawda, partia rządząca dokonała kilku roszad w składzie i nadal steruje krajem, a o pójściu do urn mowy nie ma, chociaż naród się tego domaga. Co na to Włosi? Biadolą w internecie, zamiast wyjść na ulice. Nic dziwnego, że politycy mają ich protesty w głębokim poważaniu. 

  Jak funkcjonuje włoski rząd, tego nie da się opisać w jednym poście. Klasa rządząca, zwana potocznie kastą, niszczy swoich rodaków, podczas gdy sama opływa w luksusy. Posłowie zarabiają tutaj najwięcej na świecie i ani myślą ukrócić te niebotyczne pensje. Niektórzy parlamentarzyści siedzą na stołkach całe życie (głośno było o przypadkach stuletnich senatorów), a renty po nich przechodzą na dzieci, bo tak się szczęśliwie złożyło, że uposażenia są dziedziczne. Niedawno czytałam historię córki jakiegoś posła, pobierającej kasę po ojcu od 1947 roku. Na kpiny zakrawa fakt, iż posłowie zasiadający w ławach poselskich tylko przez rok mają wysokie renty, a absurdem pachną pieniądze dla posłów leniów, którzy swą obecnością "zaszczycili" sejm może pięć razy w ciągu kadencji. Od lat trąbi się o tym, że trzeba znieść przywileje (vitalizi), ale nikt z tym nic nie robi. Kosztują one podatników kilkaset milionów euro rocznie.

  Włoska konstytucja, która na szczęście pozostała niezmieniona, podobno gwarantuje Włochom pracę i mieszkanie, lecz w praktyce z tym bardzo ciężko. Coraz więcej Włochów ląduje na ulicy, a onorevoli (tym patetycznym terminem określa się posłów, jako że niby mają oni honor reprezentować naród) nie widzą problemu. Wydają pieniądze na nielegalnych imigrantów, ratują od upadłości banki (Włosi tracą przez to oszczędności życia), zaś potrzeby społeczeństwa spadły na ostatni plan. Jesteś Włochem, radź sobie sam- taki zaszyfrowany komunikat daje rząd, co doprowadziło do stwierdzenia, że we Włoszech istnieje rasizm na odwrót. Jako mieszkanka Półwyspu Apenińskiego nie mam wyjścia i muszę się z tą teorią zgodzić. Tymczasem zastanawiam się, jak to będzie, gdy skończy nam się meldunek, a nastąpi to za parę miesięcy. Włoskie prawo odmawia bowiem dostępu do opieki medycznej osobom, które nie mają zameldowania, więc moje córeczki, notabene obywatelki Włoch, zostaną bez pediatry. Jestem za to przekonana, że na opłatach nikt nas nie oszczędzi i za niedługo każdy Włoch zostanie obłożony kolejnym podatkiem od cienia. Własnego.



zdjęcie- Piana Notizie

Mała miss- duża porażka

by 13 stycznia
  Kilka dni temu wieczorem, gdy dzieci już smacznie spały, a mąż pracował nad niezrozumiałym dla mnie elektronicznym projektem, usiadłam na kanapie, wzięłam do ręki pilot i zaczęłam przerzucać kanały. Przeskakiwałam z programu na program i w pewnym momencie natknęłam się na niezbyt przyjemny widok. Mała dziewczynka w pełnym makijażu tańczyła na scenie jakiś dziwny taniec i jak zapewne się domyślacie, była ona bohaterką show Mała Miss. Podchodzę bardzo sceptycznie do tego rodzaju konkursów, ponieważ uważam, że nie wpływają one poprawnie na psychikę małych dzieci. Postanowiłam jednak obejrzeć program do końca, by znaleźć pozytywne aspekty uczestniczenia w tym paskudztwie. Oto, co odkryłam:

ARGUMENTY "PRZECIW":

1. Najważniejszy jest wygląd! Czy kilkuletnia dziewczynka musi brać udział w show, gdzie uczą ją, że wygląd to podstawa? Nie jest śmieszne, kiedy pięciolatka mówi do mamy, że wyskoczył jej pryszcz i jak ona się teraz pokaże w przedszkolu! Nie jest zabawne oglądanie tejże dziewczynki przeglądającej się w lustrze i powtarzającej "jestem najpiękniejsza". Nie jest edukacyjnie usłyszeć, że liczą się tylko piękni ludzie. Dzieci powinny mieć przeświadczenie, że uroda to nie wszystko.

2. Konkurentki do tytułu są dziwnie pobudzone, a to za sprawą napojów energetycznych, które serwują im mamusie. No bez jaj, nie można dawać dzieciom tego świństwa po to, żeby dobrze wypadły na scenie. Co innego łyczek, a co innego litr szkodliwego napoju. W głowie mi się nie mieści, że takie rzeczy podają matki. 

3. Umalowana dziewczynka- to woła o pomstę do nieba! Tak, wiem o tym, że są specjalne kosmetyki dla dzieci, niemniej widok kilkulatki, mającej na twarzy profesjonalny makijaż, jest nie do zniesienia. Do tego sztuczne rzęsy oraz zęby, wytapirowane i potraktowane lakierem włosy, a jakby tego było mało, tipsy i (o zgrozo) opalenizna, będąca efektem niejednej wizyty w solarium. Wyobraziłam sobie Gaję w czymś takim i na szczęście wyobraźnia tym razem mnie zawiodła. Nie, nie i jeszcze raz nie!

4. Zmysłowe ruchy kilkulatek. Fajnie jest przyglądać się tańczącym dzieciakom, natomiast patrzeć na kandydatki, które uwodzą ciałem w tańcu, to zdecydowanie za dużo. Czy rolą małej dziewczynki jest wyginanie pupy i kołysanie biodrami, nawet jeśli robi to na potrzeby konkursu? A gdy do tego dodać słowa "jestem sexy", wypowiedziane kuszącym szeptem przez pięcioletnią aspirantkę do tytułu, tym bardziej ma się wrażenie, że program nie ma nic wspólnego z niewinną zabawą.

5. Udział w show to ambicje matek.  To matki zabierają córki na konkursy, zmuszają je do nauki kroków, a potem wmawiają, że dzięki Małej Miss osiągną sukces. To matki stoją za wytworem małych lolitek, kokietujących wprost z ekranu telewizora. To matki mają chore ambicje posiadania w domu kilkuletnich piękności i nie patrzą na to, jakie mogą być konsekwencje ich decyzji. Kolekcjonowanie koron i pucharów oślepiło je do tego stopnia, iż nie widzą zagrożeń i są przekonane, że show przyniesie ich córkom same korzyści. Czyżby?

5. Ten program jest spełnieniem marzeń pedofilów. Jakąż przyjemnością dla amatorów małych dzieci musi być oglądanie Małej Miss. Uwodzące tańcem, wyzywającym makijażem i dorosłym strojem dziewczynki, to dla tych draniów prawdziwa uczta. Show jest niebezpieczne, jako że z kilkulatek robi się obiekty seksualne i podaje zboczeńcom na (telewizyjnej) tacy. Naprawdę te wszystkie nagrody są tego warte?

ARGUMENTY "ZA":

  Starałam się odkryć jasne strony Małej Miss, ale mi się to nie udało. Nie przekonuje mnie, że dziewczynki fajnie spędzają czas, a rywalizacja między nimi jest skuteczną lekcją na przyszłość. Nie wierzę, że same z siebie chcą jeździć na zawody i nie widzę nic edukacyjnego w programie epatującym wulgarnością. Na bycie dorosłym przyjdzie pora, dzieciństwo zaś powinno być nieskalane. Dobrze o tym pamiętać, zgłaszając akces dziecka do wątpliwych konkursów piękności.


zdjęcie- Mi-Web

A to Włochy właśnie!

by 10 stycznia
  Lubię odczarowywać Italię. Niejednokrotnie wspominałam, iż to najpiękniejszy kraj na świecie i zdania nie zmienię, co nie znaczy, że jest tu idealnie. We Włoszech naprawdę bardzo łatwo jest się zakochać, zwłaszcza gdy widzi się je z perspektywy turysty, bądź obserwatora stron pokazujących jedynie jasne oblicze Italii. Darzę włoską ziemię głębokim uczuciem, choć jest to miłość z kategorii szorstkich. Trochę wyświechtana, nieco przygaszona, mocno nadwątlona, ale zawsze prawdziwa. Nie można nie kochać Italii, nie da się jej podziwać i kto był tu raz, musi kiedyś wrócić. W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam przedstawić ciemniejsze strony Włoch, o których rzadko się mówi, jednak istnieją i nie ma ich co zamiatać pod dywan:

-We Włoszech panuje bieda. To żadna ściema, kraj jest coraz biedniejszy. Ekonomia kuleje, dług publiczny wzrasta, brakuje perspektyw, a emerytury są śmiesznie niskie. Kilka milionów Włochów żyje na pograniczu ubóstwa, a rząd udaje, że tego nie widzi. Przyczyną kryzysu w Italii jest euro, którego pojawienie się podwoiło wydatki i wzrost cen, a pomniejszyło pensje. Były premier Włoch, Romano Prodi, wielki entuzjasta wprowadzenia euro, zapowiadał, że kiedy nowa moneta wejdzie w obieg, "będzie się pracować jeden dzień mniej, a zarabiać tyle, jakby pracowało się o jeden dzień więcej", tymczasem jest na odwrót. 

-We Włoszech jest duże bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy muszą emigrować, aby znaleźć zajęcie. Nic nie daje skończenie studiów, wysokie kwalifikacje, bo pracy nie ma, a jeśli już jest, to tylko dla wybranych (czytaj protegowanych). Niedawno włoski Minister Pracy, Giuliano Poletti stał się obiektem medialnej (i słusznej) krytyki, ponieważ zminimalizował problem emigracji młodych ludzi, stwierdzając z typową bezczelnością, charakteryzującą polityków, że przynajmniej nie będą mu się pałętać pod nogami. W kontekście bezrobocia i desperacji społeczeństwa, takie słowa są zwyczajnie niedopuszczalne. Poletti zdał sobie sprawę z tego, że przesadził, więc przeprosił, lecz ze stanowiska nie ustąpił. 

-We Włoszech nie ma waloryzacji rent i emerytur. Nieważne, że z roku na rok jedzenie drożeje, rachunki tak samo, gdyż emerytura, jaka była, taka będzie aż do usranej śmierci. Nie ma podnoszenia kwot, ba, nikt tu o tym zjawisku nigdy nie słyszał. Skoro emerytury pozostają niezmienione, nie powinno się też zawyżać opłat, to jasne jak słońce. Narzekacie na nasz rząd? Popatrzcie, co wyrabia włoski.

-We Włoszech przyrost naturalny jest najniższy w Europie. Włosi się starzeją, Włoszki nie rodzą dzieci, a socjolodzy biją na alarm. Jak jednak myśleć o powiększeniu rodziny, kiedy nie ma się stałej pracy i miejsca pobytu? Przywykło się śmiać z Włochów, że to maminsynki, bo mieszkają z matkami przez całe życie. Niektórzy być może robią to z wygody, ale większość jest po prostu do tego zmuszona. Pracy brak, mieszkania są hiper drogie, gdzie zatem robić te dzieci i jak je utrzymać? Gdyby rząd chociaż trochę pieniędzy przeznaczył na politykę prorodzinną, zamiast wyrzucać kasę w błoto, na pewno wiele by się zmieniło.

-We Włoszech "klasa" rządzaca jest oderwana od rzeczywistości. Włoscy politycy żyją w jakimś paralelnym świecie, gdzie wszyscy są bogaci, szczęśliwi i zdrowi, a problemy społeczne to wymysł roszczeniowych obywateli. Polityczna kasta opływa w luksusy i za nic ma społeczeństwo, które domaga się pójścia do urn. We Włoszech o wybory ciężko, bowiem politycy partii rządzącej boją się ich jak diabeł święconej wody. Włoski naród nie wybiera prezydenta- tym zajmuje się parlament, nie mający ostatnio dobrej ręki do głów państwa. Moim faworytem wśród polityków jest niejaki Gianfranco Librandi, poseł nie mający pojęcia o tym, co dzieje się w kraju. Według niego w Italii prawie nie ma przestępstwa, uchodźcy to biedni chrześcijanie, a sami Włosi to tchórze, trzęsący portkami przed imigrantami. Nie można być wrogiem własnej populacji, a włoski rząd tak się zachowuje. 

  Ażeby poznać dobrze Włochy, trzeba w nich zamieszkać. Od ponad pięciu lat odkrywam Italię i nie zawsze podoba mi się to, co widzę. Nie wszystko złoto, co się świeci, a moja emigracja to potwierdzenie starej, dobrej prawdy, że najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma. I tego się trzymajmy.





zdjęcie- Roamler Blog

Nastoletni prześladowcy

by 04 stycznia
  Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Stałam pełna obaw przed moją szkołą i zastanawiałam się, czym zaskoczy mnie pierwsza klasa podstawówki. Nie spodziewałam się, że za chwilę przekroczę próg do piekła, wybrukowanego drogą okrutnych słów. Nie wiedziałam, że to będzie osiem smutnych lat, składających się z wyzwisk, poniżeń i dyskryminacji. Nie sądziłam, że dzieci mogą być aż tak złe, a dorośli aż tak obojętni wobec ich zachowań. Nie miałam pojęcia o tym, że szkoła to nie tylko wspaniała przygoda, ale również siedlisko wszelkiej maści prześladowców. Byłam ofiarą bullizmu- zjawisku, o którym mówi się we Włoszech coraz częściej i coraz głośniej. I bardzo dobrze, ponieważ szkoły powinny być wolne od jakiejkolwiek przemocy, a złoczyńców należy surowo karać.

  Nie piszę o tym, żeby rozczulać się nad sobą i wracać do przykrych wspomnień, gdyż już dawno dałam sobie z nimi radę. Sprawa bullizmu interesuje mnie, bo mam dwie córki i nie chcę, by w przyszłości zostały przysłowiowymi dziewczynkami do bicia. Bullizm jest obecny w szkołach od zawsze i ma się nie najgorzej, ponieważ wiecznie się słyszy o cierpiących dzieciach, którym rówieśnicy zgotowali przykry los. A drwią ze wszystkiego- rudych włosów, nadwagi, niskiego wzrostu, piegów, okularów, dobrych wyników w nauce, biedy i nawet ubrania są dla nich powodem do kpin. Kto na to reaguje? Nikt, bowiem rzadko po stronie ofiar ataków stają inni uczniowie (być może ze strachu, a być może im to lata), a już nauczyciele zawodzą na całej linii. Nie wierzę, że nie są świadkami napaści słownej, nie dam się przekonać, iż nic nie widzą, a w ich szkołach bullizmu nie ma. Jest w każdej i prześladowane dzieci na ogół cierpią w milczeniu. Milczenie zaś to największy sprzymierzeniec brutalnych uczniów. Bo skoro nie ma reakcji na przemoc, znaczy tyle, że jest ona usprawiedliwiona. Przez dorosłych, ślepych i głuchych na to co, wyprawiają ich święte pociechy.

  Kim są szkolni oprawcy? To żadni liderzy, lecz pospolici słabeusze, którzy znęcają się nad kolegami, jako że sami czują się niewiele warci. Wyśmiewając innych, podnoszą swoją niską samoocenę i morale, a animuszu dodaje im fakt, że znajdują wyznawców i niestety naśladowców. Szkolni dręczyciele są mocni jedynie w grupie, natomiast gdy są sami, nie dają rady spojrzeć w oczy poniżanemu rówieśnikowi. Nastoletni oprawcy nie uczą się lepiej i oprócz okrucieństwa oraz głupoty niczym specjalnym się nie wyróżniają. To nie charyzmatyczni przywódcy, a zwyczajny szkolni terroryści, mający o wiele więcej kompleksów od tych biednych ciemiężonych. Stosowane przez nich werbalne barbarzyństwo to skuteczna terapia od bylejakości. Dlatego właśnie je praktykują.

  Czy na bullizm jest lekarstwo? Trzeba o nim krzyczeć i nie kłamać, że to nic takiego. Organizować lekcje i tłumaczyć uczniom, że prześladowanie kolegów to nie zabawa. Nie udawać, że nie ma nic złego w wyzwiskach i są one nauką, bo przecież życie i tak kiedyś da nam w kość. Wreszcie, piętnować z całą stanowczością szkolnych agresorów. Ustawić ich pod ścianą i odwrócić role. Stanąć twarzą w twarz z pokrzywdzonym i pozwolić mu zaatakować. Dać katowi choć na chwilę poczuć się w skórze jego ofiary. Uczulać, uczulać i jeszcze raz uczulać przed tym, że słowa mogą ranić gorzej od czynów. Uwrażliwić na ból i cierpienie innych. Nie lekceważyć objawów i przestać bić brawo nastoletnim zamordystom. Tępić w sposób bezwzględny agresywne zachowania. Może wtedy do gnębicieli dojdzie, że to, co robią, jest niedopuszczalne. I zrozumieją, że bycie bullistą to nie powód do dumy.

  We Włoszech powstała kampania społeczna piętnująca bullizm. Nazywa się Adesso Parlo Io (#adessoparloio, Teraz Mówię Ja), a jej bohaterami są młodzi ludzie, którzy doświadczyli na własnej skórze, co znaczy być prześladowanym. Opowiadają o samotności, depresji, poczuciu niemocy i pasywnej postawie dorosłych. Ich świadectwo jest wyrazem prawdziwej odwagi i powinno być pozycją obowiązkową dla tchórzów bez charakteru, tępiących rówieśników. Mam nadzieję, że i w Polsce zacznie się w końcu podchodzić poważnie do tego niepokojącego zjawiska, a prześladowane dzieci nie zostaną same w potrzebie. Dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu człowieka i nie pozwólmy niszczyć go w imię dobrej zabawy innych. Zapewniam Was, że chodzenie do szkoły z duszą na ramieniu i w stanie permanentnego stresu nie odbija się dobrze na psyche ucznia. Bullizm to w moim odczuciu największa porażka współczesnego szkolnictwa.



zdjęcie- Tgcom24
Obsługiwane przez usługę Blogger.