Cień podatku w republice bananowej

  To już szósty rok, gdy mieszkam w Italii i często myślę, że ten kraj niczym więcej mnie już nie zaskoczy, a jednak go nie doceniam. Włosi płacą dużo podatków, rząd ciągle wprowadza nowe, ale ostatni, jakim zostali obłożeni niektórzy sklepikarze, powalił mnie na kolana. Otóż muszą oni zapłacić podatek od cienia, który rzucają szyldy sklepów (no jakim prawem taka samowolka). Ten cień to kilka centymetrów padających na chodnik i jego koszt wynosi kilkadziesiąt euro miesięcznie. Tego i Bareja by nie wymyślił.

  Oczywiście handlowcy się buntują, narzekają i śmieją jednocześnie, lecz płacą, gdyż odwołanie od podatku kosztowałoby ich więcej, niż sam podatek. I tak sobie pomyślałam, czytając o tej sprawie, że to jest właśnie problem współczesnych Włoch. Nie podatki i opłaty, ale bierna postawa obywateli. Włosi potrafią jedynie mówić, na czyny z ich strony nie ma co liczyć. Gdy rząd przegrał ostatnie referendum, a Matteo Renzi podał się do dymisji, wydawało się, że coś się szykuje i wybory są za pasem. Guzik prawda, partia rządząca dokonała kilku roszad w składzie i nadal steruje krajem, a o pójściu do urn mowy nie ma, chociaż naród się tego domaga. Co na to Włosi? Biadolą w internecie, zamiast wyjść na ulice. Nic dziwnego, że politycy mają ich protesty w głębokim poważaniu. 

  Jak funkcjonuje włoski rząd, tego nie da się opisać w jednym poście. Klasa rządząca, zwana potocznie kastą, niszczy swoich rodaków, podczas gdy sama opływa w luksusy. Posłowie zarabiają tutaj najwięcej na świecie i ani myślą ukrócić te niebotyczne pensje. Niektórzy parlamentarzyści siedzą na stołkach całe życie (głośno było o przypadkach stuletnich senatorów), a renty po nich przechodzą na dzieci, bo tak się szczęśliwie złożyło, że uposażenia są dziedziczne. Niedawno czytałam historię córki jakiegoś posła, pobierającej kasę po ojcu od 1947 roku. Na kpiny zakrawa fakt, iż posłowie zasiadający w ławach poselskich tylko przez rok mają wysokie renty, a absurdem pachną pieniądze dla posłów leniów, którzy swą obecnością "zaszczycili" sejm może pięć razy w ciągu kadencji. Od lat trąbi się o tym, że trzeba znieść przywileje (vitalizi), ale nikt z tym nic nie robi. Kosztują one podatników kilkaset milionów euro rocznie.

  Włoska konstytucja, która na szczęście pozostała niezmieniona, podobno gwarantuje Włochom pracę i mieszkanie, lecz w praktyce z tym bardzo ciężko. Coraz więcej Włochów ląduje na ulicy, a onorevoli (tym patetycznym terminem określa się posłów, jako że niby mają oni honor reprezentować naród) nie widzą problemu. Wydają pieniądze na nielegalnych imigrantów, ratują od upadłości banki (Włosi tracą przez to oszczędności życia), zaś potrzeby społeczeństwa spadły na ostatni plan. Jesteś Włochem, radź sobie sam- taki zaszyfrowany komunikat daje rząd, co doprowadziło do stwierdzenia, że we Włoszech istnieje rasizm na odwrót. Jako mieszkanka Półwyspu Apenińskiego nie mam wyjścia i muszę się z tą teorią zgodzić. Tymczasem zastanawiam się, jak to będzie, gdy skończy nam się meldunek, a nastąpi to za parę miesięcy. Włoskie prawo odmawia bowiem dostępu do opieki medycznej osobom, które nie mają zameldowania, więc moje córeczki, notabene obywatelki Włoch, zostaną bez pediatry. Jestem za to przekonana, że na opłatach nikt nas nie oszczędzi i za niedługo każdy Włoch zostanie obłożony kolejnym podatkiem od cienia. Własnego.



zdjęcie- Piana Notizie
Obsługiwane przez usługę Blogger.