Jeszcze Polka, czy już Włoszka?

by 19 lutego
  -"Ale się z niej zrobiła wielka pani Włoszka"- usłyszałam podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce i wcale się na to stwierdzenie nie obraziłam (wręcz przeciwnie, nieźle się uśmiałam). Nie kreuję się na żadną Włoszkę, bycie Polką jest dla mnie powodem do dumy i zawsze z podniesionym czołem podkreślam, skąd pochodzę. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby wstydzić się pochodzenia, bo to jest małostkowe i po prostu śmieszne. Urodziłam się Polką i tak już zostanie, nawet gdyby tysiące osób miałoby mi zarzucać "zmakaronizowanie"się. Rozumiem to, ponieważ czas spędzony na obczyźnie działa na niekorzyść mojej polskości, co nie znaczy, że pewne rzeczy robię świadomie. Na włoskiej ziemi łatwo bowiem o nowe zwyczaje, takie jak:

-Akcent. Podobno zaczęłam przeciągać litery i słychać w mojej mowie charakterystyczny włoski akcent. Może i tak, temu nie zaprzeczam, aczkolwiek sama nic podobnego nie słyszę. Wydaje mi się, że mówię normalnie, kiedy rozmawiam po polsku i nie uważam, bym przeciągała. Jeśli tak jednak się stało, to nie było to specjalne zagranie. Włoski akcent sam wkradł się do mojej mowy i zapewne już z niej nie wyleci, choćbym i poszła na "polskoakcentową" terapię.

-Wtrącanie włoskich słówek do polskich zdań. Mam z tym problem, przyznaję, zwłaszcza gdy mówię po polsku do Gai. Słyszę język włoski cały dzień, otaczają mnie tylko Włosi, zatem to naturalne, że włoskie wyrazy weszły do mojego polskiego słownictwa. Nie lubię tego i z tym walczę, ale na razie jestem na straconej pozycji. Moje makaronizmy nie mają na celu popisywania się, że znam język obcy, gdyż według mnie nie jest to jakiś spektakularny wyczyn. Teraz większość ludzi potrafi się porozumieć w innym języku, niż ojczysty i nie jest to nic niezwykłego. Gdybym znała ich dziesięć, być może zadzierałabym nosa, a tak nie ma się z czym obnosić.

-Gestykulacja. Jedną z cech wyróżniających Włochów jest nadmiernie stosowana przez nich gestykulacja, której używają praktycznie od narodzin (jestem pewna, że uczą się tego już w łonie matki). Osobiście bardzo mi się podoba rozmawianie rękami, chociaż na początku dosyć śmieszył mnie ten zwyczaj. Po kilku latach przyłapałam się jednak na tym, że i ja podczas rozmowy zaczęłam używać rąk, w końcu nie muszą one służyć jedynie do jedzenia, bądź mycia się. Ostatnio dyskutując o czymś zawzięcie z mężem tak się zagalopowałam, że gestykulując, uderzyłam go niechcący pięścią w twarz. "Prawdziwy Włoch potrafi to kontrolować"- stwierdził rozeźlony mąż, po czym poszedł sobie zrobić mocnej herbaty.

-Swoboda obyczajów. O Włochach można powiedzieć sporo, ale na pewno nie to, że są drętwi. To wyluzowany naród i jeśli się tutaj mieszka, trzeba się do nich dostosować. Na początku dziwiło mnie przechodzenie na "ty" po minucie rozmowy i nawet byłam tym trochę zniesmaczona, lecz zmieniłam zdanie, gdy poznałam szczerą naturę Włochów. Zwrotów per "pani" również się używa, jednak robi się to w sytuacjach formalnych, typu załatwiając sprawę w urzędzie. A tak i w przedszkolu Gai nauczycielki mówią do mnie po imieniu, a dzieci "ciao" zamiast "dzień dobry". Nie razi mnie to wcale, bo się do tego przyzwyczaiłam. Kiedy zaś jestem w kraju, to zapominam, że mamy bardziej sztywne obyczaje i zdarza mi się olewać reguły dobrego wychowania. Stąd też ta "wielka pani Włoszka".

-Nieprzestrzeganie zasad. Włosi mają z tym problem, co widać przede wszystkim na ulicach włoskich miast. Niedawno stałam na pasach i czekałam na zielone światło, a po drugiej stronie pasów koczowało trzech policjantów oraz jeden starszy pan, który nic sobie nie robił z ich obecności i przeszedł na czerwonej sygnalizacji. Policjanci nawet nie drgnęli, tylko spokojnie rozmawiali dalej. Gdyby to zdarzyło się w Polsce, mężczyzna dostałby soczysty mandat. Dlatego się pilnuję, choć nie zawsze mi się to udaje, mimo że bardzo się staram.

-Oswajanie "curvy". Większość italofilów na pewno wie, że po włosku ta nasza krajowa, sławna wszędzie obelga, oznacza zakręt. Ot, zwykły, niczym się nie wyróżniający zakręt, lecz gdy Polacy słyszą Włochów mówiących co chwilę "curva", mają niezły ubaw. Ja w tej kwestii dałam ciała, ponieważ nie daję rady swobodnie mówić o włoskich zakrętach, ba, nawet wzdrygam się, pisząc to słowo. Egzamin o "zwłoszczenie" się oblałabym więc na poczekaniu, bo co to za Włoszka, która broni się przed własnym językiem? I w taki właśnie sposób moją polskość uratowała pospolita "curva". Kto by pomyślał, że może się aż tak przydać?



zdjęcie- www.comevendereallestero.it

Mój dom, twierdza złodzieja

by 12 lutego
Włochy ogarnął kolejny problem. Tym razem jednak nie jest to jakieś sranie w banie, czy pierdoły, z których można drwić, a sprawa naprawdę poważna. Dotyczy ona obrony koniecznej i tego, na ile może sobie pozwolić osoba zaatakowana w nocy przez złodzieja. A wygląda na to, że na nic i biada temu, kto użyje broni, próbując przestraszyć rzezimieszka. Kilka ostatnich przykładów pokazało, że lepiej siedzieć cicho i przystać na plądrowanie domu, najlepiej zaś dobrowolnie oddać gagatkowi wszystko, a potem grzecznie otworzyć drzwi i pożegnać go na odchodnym, jak dobrego przyjaciela. Stracimy dużo, to prawda, lecz zyskamy jeszcze więcej- prawdopodobieństwo, że nie zostaniemy oskarżeni przez rodzinę złodzieja i ominie nas zapłata ogromnego odszkodowania.

Tak się bowiem dziwnie złożyło, że we Włoszech mamy odwrotne proporcje i to ofiara staje się katem, a termin obrona konieczna ma znaczenie pejoratywne. Przekonało się o tym paru Włochów, którzy zastali złodziejów na gorącym uczynku i nie mając wyjścia, oddali w ich stronę śmiertelne strzały, za co zostali później skazani i musieli zapłacić rodzinom przestępców wysokie zadośćuczynienia, oscylujące w granicach kilkuset tysięcy euro. Rzecz rozchodzi się o tą przekletą broń i o fakt, kiedy i czy w ogóle można z niej skorzystać. Bo to nie jest tak, że każda osoba posiadająca pistolet w domu chce zabijać z zimną krwią, ale tak, iż chce się obronić. Ta subtelna różnica nie jest dostrzegana przez przeciwników obrony koniecznej, a włoscy sędziowie stojący (podobno) na straży prawa, również zdają się tego nie widzieć. Wyroki skazujące dla ludzi broniących się przed złodziejami, są niczym innym, jak absurdem i wyrazem tego, że źle się dzieje w państwie włoskim.

Prawo nie może stać po stronie przestępcy, to przecież jasne. Prawo nie może odwrócić roli i ofiarę przemianować na kata wyłącznie dlatego, że ta postanowiła się bronić. Co czuje człowiek, kiedy budzi się w środku nocy i widzi niechcianego gościa, który raczej nie ma pokojowych zamiarów? Mogę się domyślić, że paraliżujący strach, powodujący sięgnięcie po pistolet i strzelenie nim w stronę grabieżcy. Każdy, kto posiada broń, nie zawaha się ani chwili i użyje jej, aby obronić bliskich, dobytek i siebie. Tymczasem zdaniem niektórych włoskich polityków takie zachowanie to przesada, ponieważ w momencie zauważenia rabusia na naszych włościach powinniśmy najpierw go uspokoić, a kiedy już nam się to uda, możemy zadzwonić na policję i tym samym uratujemy nasz tyłek (proponuję też zaprosić złodzieja na herbatkę i w oczekiwaniu na radiowóz uciąć z nim sobie ciekawą pogawędkę na tematy społeczne). Jeden facet, gdy postraszył złodziejaszka psem i ten zwiał, zamiast pochwał za przytomność umysłu, dostał mandat w wysokości 400 euro, gdyż nie miał na furtce ostrzeżenia: "uwaga zły pies". Jak mógł się tak zapomnieć?

Nie jest do śmiechu ludziom, którzy według prawa popełnili przestępstwo i zostały wydane na nich nieprawdopodobne wyroki. Czują się opuszczeni przez państwo i instytucje, a ich życie zamieniło się w koszmar. Nie mają pieniędzy, aby wypłacić je rodzinom złodziejów, bo skąd nagle wytrzasnąć 300 tysięcy euro? Ciąży nad nimo słowo "kat" i została im przypięta łatka morderców, za łaskawym przyzwoleniem państwa włoskiego. I w to mi graj dla tych wszystkich złodziejskich szajek, plądrujących bez skrupułów włoskie domy, ponieważ takie wyroki są dla nich zaproszeniem do dalszego okradania. Obrona konieczna konieczna jest zawsze, bez względu na to, czy złodziej wszedł nam do sypialni, czy ledwo co przekroczył próg naszych drzwi. Nie ma co gdybać, jakbyśmy się zachowali, mając w domu złodzieja, bo to nie jest rzecz, którą chcemy sobie wyobrażać. Każdy chce być bezpieczny we własnym domu i ma do tego (wydawałoby się) święte prawo. Buszujący zaś we włoskich mieszkaniach włamywacze nie tylko czują się bezkarni, lecz są także panami sytuacji. Mój dom to teraz twoja twierdza, złodzieju i źle się stanie, gdy użyję wobec ciebie przemocy. Prościej będzie, jeśli sama siebie zaatakuję. Na mocy prawa oczywiście.




zdjęcie- www.newsbiella.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.