"Kobiety ze wschodu" w środku włoskiego cyklonu

by 21 marca
Uniosłam się. Obraziłam. Wkurzyłam. Sposępniałam. A wszystko dzięki włoskiej telewizji publicznej RAI i bzdurom, jakie zostały wygłoszone w jednym z programów rozrywkowych. Poruszono w nim temat "kobiet ze wschodu", jako że Włosi podobno za nimi przepadają, więc zastanawiano się, w czym tkwi ich fenomen. Już samo określenie "kobiety ze wschodu" (donne dell'est) powoduje mój sprzeciw, ponieważ moim zdaniem ma ono negatywny wydźwięk. Nie czuję się żadną "kobietą ze wschodu", zawsze powtarzam z dumą, że jestem Polką, bądź obywatelką Europy, bez precyzowania dokładnego kierunku. Bo "kobieta ze wschodu" to ta gorsza, bez życiowych perspektyw i ambicji, z wielkim marzeniem schowanym w kieszeni- dorwać włoskiego chłopa. Państwowa telewizja udowodniła mi, że się w swoich przypuszczeniach nie mylę.

Pogaduszki w studio nie zrobiły na mnie wrażenia, lecz gdy zobaczyłam wypunktowane powody, dla których Włosi wiążą się z cudzoziemkami ze wschodu Europy, podniosło mi się ciśnienie do tego stopnia, że miałam ochotę spakować walizkę. Nie zrobiłam tego rzecz jasna, choć niewiele brakowało, bo takie głupoty emitowane w porze największej oglądalności tylko utwierdzają ludzi w przekonaniu, że wschodnie kobiety są gorsze i coś z ich mózgami jest nie w porządku. W moim małżestwie nie ma różnic, nie jestem zdominowana przez męża i potrafię myśleć, co może wydać się nieprawdopodobne tym, którzy przygotowali tą żenującą listę. Rozumiem, że została ona ułożona na potrzeby programu rozrywkowego i trzeba ją potraktować z przymrużeniem oka, ale jakoś nie jest mi do śmiechu. Telewidzowie bowiem mają tą przypadłość, że wierzą w takie rzeczy i wyrabiają sobie na ich podstawie opinie o innych narodach. A ja nie chcę być kojarzona z taką "kobietą ze wschodu", gdyż absolutnie się z przedstawionym opisem nie utożsamiam. Nie brakuje mi autoironii i zazwyczaj na takie pierdoły mam wyjechane, lecz nie tym razem. Poczułam się urażona, zepchnięta do niższej kategorii i o lata świetlne do tyłu od nowoczesnych Włoszek.

Dlaczego warto wybrać "kobietę ze wschodu"? Ano dlatego: 



1. Wszystkie są matkami i po porodzie błyskawicznie wracają do formy.

Jestem matką, ale do formy jeszcze nie wróciłam, choć od urodzin Sary minęło już prawie dziesięć miesięcy. Znam dużo Polek mieszkających we Włoszech, które dzieci nie mają, bo przyjechały tu na studia, a nie po to, by się rozmnażać. Punkt pierwszy nie w punkt.

2. Zawsze są seksowne. Nie używają piżam i spodni dresowych.

To fakt, nawet podczas cesarski ubrana byłam w koronki, a śpię wyłącznie w kuszących body. Po domu zaś snuję się niczym zjawa i zamiast wygodnych dresów noszę wieczorowe kreacje. Czy piżamy przynależą tylko do określonej narodowości i reszta świata (zwłaszcza ze wschodu Europy) ich nie zna? Punkt drugi nie w punkt. 

3. Wybaczają zdrady.

No i wydało się, z jakiej przyczyny Włosi nas tak cenią, że też ja na to nie wpadłam. Mogą sobie skakać z kwiatka na kwiatek, mając pewność, że nie będą mieli z tego powodu kłopotów. Posłuszna wschodnia żona nie dość, że nie skrzyczy niewiernego męża, to pochwali go za jurność. A potem się z nim rozwiedzie. Punkt trzeci nie w punkt.

4. Pozwalają, żeby mężczyzna nimi rządził.

Moim ukrytym pragnieniem było poślubić pana i władcę. Mąż spełnia te kryteria, ponieważ podnosi na mnie głos, nie pozwala mi wyjść z domu, wydziela mi pieniądze i czasem publicznie poniża. Na szczęście mogę swobodnie oddychać, tego mi skurczybyk nie zabierze. Punkt czwarty nie w punkt.

5. Są perfekcyjnymi paniami domu i od małego uczą się fachu, jakim jest prowadzenie gospodarstwa domowego.

Dokładnie tak jest, przecież innych aspiracji nie mamy. Zamiłowanie do czynności kuchennych wyssałam z mlekiem matki i nic więcej w życiu nie potrzebuję. Z blogowaniem za niedługo się pożegnam, jako że nic nie może kolidować z obowiązkami domowymi. Dzieci również nie, a w szczególności one. Punkt piąty nie w punkt.

6. Nie marudzą, nie są czepialskie i nie wiedzą, co to foch.

Nie odpoczywają, PMS ich nie dosięga, nie krzyczą, nie dołują się, nie buntują się, nie tyją, nie znają zmęczenia i są wiecznie zadowolone. No i właśnie strzeliłam focha. Punkt szósty nie w punkt.

Portret, jaki wyłania się z przedstawionego opisu, jest nad wyraz smutny, bo nawet w żartach nie należy umieszczać przesłania, że kobietom podoba się dominacja samców. Kobieta i mężczyzna mają taką samą wartość, co chyba od dawna nie podlega dyskusji. Mąż podziela moje zdanie i też jest zniesmaczony podejściem do "kobiet ze wschodu". Telewizja RAI przeprosiła, a sobotni program został zdjęty z anteny, niemniej niesmak pozostał. Za błędy się płaci, o czym wiedzą włodarze publicznej tv we Włoszech, chwytający się brzytwy, aby zachować twarz. Przykro, że ich pojęcie na temat "kobiet ze wschodu" jest tak ograniczone.
  

zdjęcie- huffingtonpost.it

Mój pierwszy dzień na emigracji i pan Awekmła w akcji

by 19 marca
  To było ponad pięć lat temu, choć często wydaje mi się, że zdarzyło się wczoraj. Spakowałam walizki, wsiadłam do autokaru i odjechałam w siną dal. Może nie tak siną, bo Italia nie leży na końcu świata, niemniej z kraju do niej daleko i trochę kilometrów trzeba przejechać. Można też przelecieć, ale jako że nienawidzę latać, do Włoch zdecydowałam się pojechać autokarem, co robiłam zresztą często i nigdy nie miałam żadnych kłopotów. Zawsze jednak musi być pierwszy raz i "kłopotem" okazał się pewien Francuz, którego na własne potrzeby nazwałam panem Awekmła, ponieważ Polak z nim podróżujący przez te dwadzieścia kilka godzin jazdy mówił do niego jedynie "avec moi" (podejrzewam, że nic więcej po francusku nie potrafił powiedzieć), co chyba znaczy "za mną". No i pan Awekmła, jakkolwiek za mną nie chodził, to okazał się nad wyraz uciążliwy.

  Pan Avekmła był mężczyzną dobiegającym pięćdzięsiątki, wyróżniał się pokaźnych rozmiarów brzuchem, gęstym zarostem i tym cholernym przekonaniem, tak typowym dla obcokrajowców w średnim wieku, że skoro już są cudzoziemcami, to każda Polka na nich poleci, obojętnie ile lat by nie miała (oczywiście im młodsza, tym lepiej). Tak więc Awekmła po wejściu do autokaru od razu ogarnął wzrokiem jego wnętrze, pooglądał konkurencję (na bank pomyślał, że nie ma żadnej) i usadowił się koło grupki kobiet, w tym niestety obok mnie. Kiedy Polak przy nim się krzątający zobaczył, gdzie siedzi jego szanowny pryncypał, zaczął się wydzierać na pół autokaru: "Aleś wybrał miejsce, tu będzie niewygodnie, chodź bliżej, avec moi, avec moi". Francuz nie przejął się jego słowami, otworzył puszkę piwa i zaczął mruczeć pod nosem Marsyliankę, a jego kompan Polak nie miał innego wyjścia, jak się do niego przyłączyć. Przez pierwsze dwie godziny jazdy wraz z "towarzyszkami niedoli" byłyśmy zmuszone wysłuchiwać hymnu polskiego na przemian z francuskim, a towarzyszyły temu głośne beknięcia pana Awekmła, najkręcającego się coraz bardziej i wyraźnie zadowolonego ze swych gardłowych umiejętności.

  Najgorsze jednak przyszło nocą. Pan Awekmła wyczerpany śpiewem, wygłupami, alkoholem i czipsami (pochłonął ich chyba pięć paczek) wreszcie zasnął i wydawało się, że czeka nas kilka godzin spokoju, a tu masz ci los, obudziła nas śmierdząca niespodzianka. Kiedy byliśmy już blisko włoskiej granicy, pan Awekmła zaczął puszczać głośne i śmierdzące bąki, nie przejmując się wcale tym, iż każdy je słyszy. Przez kilkanaście minut pierdnięcia Francuza zagłuszały ciszę nocną, a powietrze przesiąknęło smrodem unoszącym się znad fotela jegomościa. Na domiar tego okazało się, że toaleta w autokarze się popsuła, gdyż Awekmła ją zapchał (nie muszę pisać czym). Tego było już za wiele dla jego sąsiadek, toteż otoczyłyśmy kompana Awekmła i zażądałyśmy stanowczej interwencji. Koleś obiecał, że zrobi, co w jego mocy i gdy obudził swojego szefa, usłyszałyśmy z jego ust polsko-francusko-hiszpańsko-angielską mieszankę wybuchową:

-Les kobietos łonts ken ju stoping mejking kłestos bonkos, purkuła kaputs, moreros tutes. Komprendos? Fajn, fajn, avec moi.

  Awekmła nie miał najmniejszej ochoty dostosować się do naszych oczekiwań i po przekroczeniu włoskiej granicy rozkręcił się jeszcze mocniej. Mój pierwszy dzień na włoskiej ziemi rozpoczął się zatem naprawdę nietypowo, bo od ciężkich wiatrów pana z Francji. I tak sobie myślę, że namaścił on moje emigracyjne losy, jako że odkąd mieszkam w Italii, to nie robię nic, tylko zbijam bąki. Wielka szkoda, że nie spotkałam w autokarze jakiegoś biznesmena.




  Powyższy tekst to moja kolejna (i mam nadzieję, że nie ostatnia) przygoda z Klubem Polki Na Obczyźnie. Projekt nosi nazwę "Pierwszy dzień w moim nowym kraju", a poczytać o nim możecie na klubowym blogu. Do następnego razu!


Smutny kraj, czyli Polska oczami Włochów

by 14 marca
Moja sąsiadka pojechała niedawno do Polski. Zwiedziła Kraków, Wrocław oraz kilka innych miejsc i szczęka jej opadła z wrażenia. Po powrocie do Włoch nie omieszkała podzielić się ze mną wrażeniami, by na koniec ze wstydem stwierdzić, iż zawsze myślała "że w Polsce nic nie ma". Była pewna, że Polska jest nadal bastionem komunizmu, a gospodarka kuleje nieprzerwanie od czasów drugiej wojny światowej. Myślała również, że uciekłam do Włoch, bo w kraju klepałam biedę, więc złapałam Włocha, aby wyrwać się z ubóstwa. Krótko mówiąc, poślubiłam męża z wyrachowania.

Jeszcze pięć lat temu obraziłabym się na kobietę za głoszenie takich teorii, lecz dzisiaj jestem trochę mądrzejsza i staram się nie brać niektórych słów do siebie. Pogląd sąsiadki wynika z tego, że Włosi nie znają Polski (albo znają słabo), nad czym bardzo ubolewam. To nie pierwszy raz, gdy spotykam się z opinią, że Polska nie wyszła jeszcze z komunizmu i rządzą u nas parszywi dyktatorzy na miarę Kim Dzong Una. Włosi nie interesują się polityką zagraniczną, ba, niezbyt orientują się we własnej, zatem nic dziwnego, że to, co dzieje się na naszym podwórku, jest im zupełnie obojętne.

Według Włochów Polacy mają problem z kupnem mięsa (a jeśli już je dostaną, to na pewno jest nieświeże), sprzętu gospodarstwa domowego lub markowych ubrań, zaś centra handlowe to u nas rzadkość. Większość nie wie, że Polska jest członkiem Unii Europejskiej, a pytanie o naszą stolicę sprawia im niebywałą trudność. Kiedy mówią o Polakach, to przeważnie w kontekście bolesnej przeszłości, zresztą nazwiska Jaruzelskiego i Wałęsy są im dobrze znane. Darzą wielką stymą niezapomnianego papieża Jana Pawła II i zawsze, gdy ktoś dowiaduje się, że jestem Polką, od razu wspomina Karola Wojtyłę. Włosi lubią również Bońka i przepadają za Kasią Smutniak, która zrobiła w Italii wspaniałą karierę i godnie reprezentuje nasz kraj na włoskiej ziemi. I to było na tyle, jeśli chodzi o znajomość polskich realiów.

Pamiętam "wielki szok kulturowy", jaki przeżył mój mąż, gdy po raz pierwszy przyjechał do Polski i zobaczył, że jest u nas IKEA. Przez dłuższy czas nie mógł wyjść z podziwu, a częsty widok galerii handlowych wprawił go nieomal w osłupienie. Wyobrażał sobie Polskę jako kraj smutnych ludzi, ulice miast kojarzyły mu się z szarzyzną i obraz całkowicie odwrotny spowodował, że zawstydziła go własna ignorancja. Nie spodziewał się, że Polonia tak się rozwinie, że nasze jedzenie to "niebo w gębie" i że żyjemy prawdziwie "po europejsku". Jedyną rzeczą, jakiej nie mógł pojąć i zaakceptować, był brak funkcjonalnego i niezbędnego urządzenia, który jest obecny w każdym włoskim domu. Bo żeby nie zainstalować bidetu, to dla Włocha skandal nad skandale, większy niż wszystkie polityczne afery. Do dzisiaj mąż nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak światły naród jak Polacy, masowo nie korzysta z tego genialnego wynalazku. Odpowiadam mu, że za Gierka nauczyliśmy się myć we spartańskich warunkach i tak już nam zostało.

I mogłabym się oburzać i przeklinać na rodaków męża i jego samego, ale sama po pięciu latach pobytu we Włoszech zauważyłam, że i ja mało o nich wiedziałam. Wydawało mi się, że jestem "włoską kopalnią wiedzy", niemniej tylko mi się wydawało. Poznałam Italię na nowo, poznaję ją stopniowo i opowiadam mężowi o polskich przypadkach. Nie gniewam się, gdy ktoś wypomni komunizm i spojrzy na mnie współczująco, a łaknącym wiedzy proponuję odwiedzić Polskę. Bardzo mnie śmieszą niektóre pytania dotyczące naszych polityków i licytacja, którzy są gorsi- polscy czy włoscy. Włosi uważają, że Polacy stoją nieco wyżej, ponieważ nie wprowadzili euro i nie dali się zrobić w konia. E tam, politycy wszędzie są tacy sami, a tych włoskich od naszych różni tylko stan konta. Moralność (lub raczej jej brak) już nie. Niestety.


zdjęcie-se.pl

Nie taki Włoch straszny, jak go (stereotypy) malują

by 02 marca
  Kiedy ponad pięć lat temu zdecydowałam się na zamieszkanie w Italii, byłam przekonana, że o Włochach wiem wszystko i nic mnie już w związku z nimi nie zdziwi. Jakże się myliłam! Karmiłam się jedynie najbardziej potocznymi stereotypami, które w dużej mierze są krzywdzące i wcale nie oddają skomplikowanej skądinąd natury prawdziwego Włocha. Włosi są różni, tak samo jak różni jesteśmy my, Polacy, więc szufladkowanie ich nie ma najmniejszego sensu. Dlatego też chciałabym obalić kilka mitów dotyczących rodaków mojego męża i udowodnić, że wyobrażenia na ich temat bywają mocno przesadzone. To nieprawda, że:

-Każdy Włoch jest playboyem. Sztuka uwodzenia może i jest domeną południowców, ale szkopuł w tym, że nie wszystkich. Znam wielu Włochów, którzy nie są podrywaczami, nie ślinią się na widok kobiet i nie zalatują do nich z tekstami typu "ciao bella". Takie rzeczy tylko w filmach, natomiast na włoskich ulicach (przynajmniej tych genueńskich), niezmiernie rzadko się zdarzają.

-Każdy Włoch zdradza żonę. Tak się już utarło, że skoro facet pochodzi z kraju pizzy, to musi przyprawiać żonie rogi, w końcu Włosi mają to we krwi. A jeśli jeszcze nie zdradza, to za niedługo na pewno tak zrobi, albo już ma kochankę, lecz żona o niej nie wie. Wierny Włoch jest czymś w rodzaju mamuta i nie chodzi oczywiście o gabaryty, a fakt, że wyginął. Na szczęście zachowały się w przyrodzie oddane żonom egzemplarze.

-Każdy Włoch to maminsynek i mieszka z matką do 50-tego roku życia (bądź nawet jego kresu). Włosi mają szczególne uczucia do ich rodzicielek, nie oznacza to jednak, że bez mam nie potrafią funkcjonować. Niektórzy mieszkają z matką dla wygody, inni zaś nie mają innego wyjścia. Włoch na starcie wcale nie ma łatwo, bo nie dość, że musi stawić czoło wysokiemu bezrobociu, to jeszcze kosmicznym cenom za mieszkanie. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest pozostanie na bezpiecznym wikcie u mamusi. Słynne "maminsynstwo" Włochów jest przejaskrawione, aczkolwiek trzeba przyznać, iż mężczyzn słuchających matek jak wyroczni jest w Italii całkiem sporo. Figura matczyna jest bowiem niezastąpiona.

-Każdy Włoch jest zabójczo przystojny. Gdyby tak było, kobiety miałyby tu raj na ziemi, tymczasem dużo brakuje do tego Edenu. Nie zaprzeczam, że południowa uroda Włochów zawsze na mnie działała i niektórzy mężczyźni są tak piękni, że aż dech w piersiach zamiera, gdy się na nich patrzy, niemniej i przeciętniaków tu nie brakuje, co samo w sobie też nie jest złe. Wszak facet musi być zaledwie odrobinę przystojniejszy od diabła i pal sześć, że to Włoch.

-Włosi to śmierdzący lenie. Do tego stwierdzenia przyczyniło się określenie "praca po włosku", że niby Włosi pracują powoli, więc są mało wydajni, a co za tym idzie, zwyczajnie leniwi. Guzik prawda, taki jest ich styl życia i nie ma on nic wspólnego z tym, że się migają od obowiązków. Włosi żyją inaczej niż my, starają się jak najmniej stresować pracą, a rytuał w postaci siesty jest wpisany w ich rytm dnia. Rzecz jasna bywają wyjątki od tej przemiłej reguły i jest ich niestety coraz więcej.

-Włosi nie grzeszą inteligencją, bo skoro już są ładni, to nie mogą być mądrzy, tak dobrze to nie ma. Bzdura, taka sama jak ta, że wszyscy Polacy to złodzieje. Bycie bystrym (lub idiotą) nie zależy od narodowości, zatem zarzucanie Włochom niskiego IQ (z czym się kilka razy spotkałam) jest dosyć niedorzeczne. Wystarczy przypomnieć sobie nazwiska, które spłodziła Italia, by uzmysłowić sobie, że to kraj wybitnych twórców.

-Włosi uwielbiają blondynki. Zagalopowałam się. To nie stereotyp, Włosi naprawdę przepadają za blondynkami. Brutenki też są hołubione, ale że przeważają one na Półwyspie Apenińskim, nic dziwnego w tym, że jasny kolor włosów ma takie powodzenie. Nie doświadczyłam tego na własnej skórze, o czym piszę z pewną taką... zazdrością. No cóż, mogę się przefarbować, zabawić w "ryczącą czterdziestkę" i wyszaleć.

  Ażeby dobrze poznać dany kraj, trzeba w nim zamieszkać. Nie zostałam specjalistką od Włoch i Włochów, nie uważam się za znawczynię ich dusz, niemniej jakąś tam wiedzę posiadłam, czegoś się dowiedziałam i skonfrontowałam to z rzeczywistością. Wybrałam Włocha za towarzysza życia i dzięki niemu zrozumiałam, że jest jedna cecha, która łączy każdego italiano, a jest nią skłonność do egzaltacji i robienia z igły widły. Włoska umiejętność histeryzowania i wyolbrzymiania to nie legenda. Prawdziwy Włoch, nawet ten najmniej stereotypowy, zawsze będzie się wyróżniał jedynym i niepowtarzalnym "mamma mia", choćby i nic się nie stało. Włoch z krwi i kości z błahostki potrafi uczynić tragedię, w tym jego urok, siła i (mój) stres!


zdjęcie- speakitaliannow.altervista.org

Obsługiwane przez usługę Blogger.