Smutny kraj, czyli Polska oczami Włochów

  Moja sąsiadka pojechała niedawno do Polski. Zwiedziła Kraków, Wrocław oraz kilka innych miejsc i szczęka jej opadła z wrażenia. Po powrocie do Włoch nie omieszkała podzielić się ze mną wrażeniami, by na koniec ze wstydem stwierdzić, iż zawsze myślała "że w Polsce nic nie ma". Była pewna, że Polska jest nadal bastionem komunizmu, a gospodarka kuleje nieprzerwanie od czasów drugiej wojny światowej. Myślała również, że uciekłam do Włoch, bo w kraju klepałam biedę, więc złapałam Włocha, aby wyrwać się z ubóstwa. Krótko mówiąc, poślubiłam męża z wyrachowania.

  Jeszcze pięć lat temu obraziłabym się na kobietę za głoszenie takich teorii, lecz dzisiaj jestem trochę mądrzejsza i staram się nie brać niektórych słów do siebie. Pogląd sąsiadki wynika z tego, że Włosi nie znają Polski (albo znają słabo), nad czym bardzo ubolewam. To nie pierwszy raz, gdy spotykam się z opinią, że Polska nie wyszła jeszcze z komunizmu i rządzą u nas parszywi dyktatorzy na miarę Kim Dzong Una. Włosi nie interesują się polityką zagraniczną, ba, niezbyt orientują się we własnej, zatem nic dziwnego, że to, co dzieje się na naszym podwórku, jest im zupełnie obojętne.

  Według Włochów Polacy mają problem z kupnem mięsa (a jeśli już je dostaną, to na pewno jest nieświeże), sprzętu gospodarstwa domowego lub markowych ubrań, zaś centra handlowe to u nas rzadkość. Większość nie wie, że Polska jest członkiem Unii Europejskiej, a pytanie o naszą stolicę sprawia im niebywałą trudność. Kiedy mówią o Polakach, to przeważnie w kontekście bolesnej przeszłości, zresztą nazwiska Jaruzelskiego i Wałęsy są im dobrze znane. Darzą wielką stymą niezapomnianego papieża Jana Pawła II i zawsze, gdy ktoś dowiaduje się, że jestem Polką, od razu wspomina Karola Wojtyłę. Włosi lubią również Bońka i przepadają za Kasią Smutniak, która zrobiła w Italii wspaniałą karierę i godnie reprezentuje nasz kraj na włoskiej ziemi. I to było na tyle, jeśli chodzi o znajomość polskich realiów.

  Pamiętam "wielki szok kulturowy", jaki przeżył mój mąż, gdy po raz pierwszy przyjechał do Polski i zobaczył, że jest u nas IKEA. Przez dłuższy czas nie mógł wyjść z podziwu, a częsty widok galerii handlowych wprawił go nieomal w osłupienie. Wyobrażał sobie Polskę jako kraj smutnych ludzi, ulice miast kojarzyły mu się z szarzyzną i obraz całkowicie odwrotny spowodował, że zawstydziła go własna ignorancja. Nie spodziewał się, że Polonia tak się rozwinie, że nasze jedzenie to "niebo w gębie" i że żyjemy prawdziwie "po europejsku". Jedyną rzeczą, jakiej nie mógł pojąć i zaakceptować, był brak funkcjonalnego i niezbędnego urządzenia, który jest obecny w każdym włoskim domu. Bo żeby nie zainstalować bidetu, to dla Włocha skandal nad skandale, większy niż wszystkie polityczne afery. Do dzisiaj mąż nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak światły naród jak Polacy, masowo nie korzysta z tego genialnego wynalazku. Odpowiadam mu, że za Gierka nauczyliśmy się myć we spartańskich warunkach i tak już nam zostało.

  I mogłabym się oburzać i przeklinać na rodaków męża i jego samego, ale sama po pięciu latach pobytu we Włoszech zauważyłam, że i ja mało o nich wiedziałam. Wydawało mi się, że jestem "włoską kopalnią wiedzy", niemniej tylko mi się wydawało. Poznałam Italię na nowo, poznaję ją stopniowo i opowiadam mężowi o polskich przypadkach. Nie gniewam się, gdy ktoś wypomni komunizm i spojrzy na mnie współczująco, a łaknącym wiedzy proponuję odwiedzić Polskę. Bardzo mnie śmieszą niektóre pytania dotyczące naszych polityków i licytacja, którzy są gorsi- polscy czy włoscy. Włosi uważają, że Polacy stoją nieco wyżej, ponieważ nie wprowadzili euro i nie dali się zrobić w konia. E tam, politycy wszędzie są tacy sami, a tych włoskich od naszych różni tylko stan konta. Moralność (lub raczej jej brak) już nie. Niestety.


zdjęcie-se.pl
Obsługiwane przez usługę Blogger.