Chaos na włoskim pokładzie obywatelskim

by 26 czerwca
Często mam wrażenie, że Italia to taki wielki kocioł, z którego paruje, bulgocze, by za chwilę zawrzało i wybuchło z iście włoską fantazją. Póki kocioł tylko gotuje, nic się nie dzieje i Włosi się nie burzą, lecz gdy uniesie się ogień, zaczyna być gorąco, a atmosfera robi się bardzo nerwowa. Któż może skutecznie podnosić ciśnienie Włochom, jak nie znienawidzeni przez nich politycy? Tym razem kocioł niemal eksplodował, a stało się tak za sprawą nowego prawa, które rząd stara się przegłosować, lecz nie spotkało się ono z uznaniem społeczeństwa. Chodzi o przyznawanie obywatelstwa osobom urodzononym w Italii, ale nie mających rodziców Włochów. Do tej pory otrzymywało się je po ukończeniu 18-go roku życia, zaś nowe prawo (ius soli - prawo ziemi) daje taką możliwość natychmiast po urodzeniu. I to się Włochom nie podoba (ponad 50% jest przeciwna), ponieważ większość uważa, że na włoskie obywatelstwo trzeba sobie zasłużyć. 

Włoska klasa średnia powoli zanika. Ludzie są coraz ubożsi, a przepaść między bogatymi i biednymi ciągle się pogłębia. Przedstawiciele elity (tzw. radical chic) są entuzjastami wprowadzenia ius soli, a ponadto nawołują do przyjmowania imigrantów, bowiem według nich są oni rozwiązaniem na dwa kluczowe problemy Włoch- niski przyrost społeczny i kryzys ekonomiczny. Nowe zasoby ludzke sprawią, że w Italii w końcu będą się rodzić dzieci, poza tym ich przybycie spowoduje, że Włosi dostaną w przyszłości swoje emerytury. Co prawda żaden ekspert nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem nielegalni imigranci mogą zapewnić Włochom emerytury, natomiast na sugestie zainwestowania w politykę prorodzinną posłowie reagują nerwowym śmiechem. Z tego powodu ius soli przyczyniło się do pogorszenia już i tak niewesołych nastrojów społecznych. Znowu dba się tylko o przyjezdnych- krzyczą zmęczeni życiem Włosi. Gdyby partia rządząca poświęciła swym rodakom choć trochę uwagi, być może ich nastawienie do prawa ziemi nie byłoby tak negatywne. Tolerancyjne gadki radical chic dodają tylko oliwy do ognia, jako że decyzje rządu w nich nie uderzają.

Mam za sobą setki rozmów z Włochami, którzy mają dość sytuacji w kraju i podkreślają, że to nie jest ta sama Italia, co kiedyś. Widzę desperację ludzi, brak perspektyw i trudności wynikające z coraz wyższej stopy życiowej, za to prawie nie zauważam radości. Słynny optymizm Włochów powoli z nich wyparowuje, a kłopoty związane z bezrobociem i oczekiwaniem na zasłużoną emeryturę zdają się być kroplą, która przelała czarę goryczy. Sprawa ius soli nie spędza Włochom snu z powiek, niemniej jednak nie są zadowoleni z tego, by rozdawać obywatelstwo jak świeże bułeczki. Być Włochem nie znaczy urodzić się w Italii, ale się nim czuć, wyznawać wartości, jakie niesie ze sobą włoska konstytucja i przynależeć do społeczeństwa. Lepiej więc będzie, gdy urodzony we Włoszech cudzoziemiec poczeka do lat 18-tu i sam zdecyduje, czy zależy mu na obywatelstwie. Tak uważają zwykli Włosi, których można spotkać w sklepie mięsnym czy w barze, a nie uprzywilejowana część narodu, pouczająca rodaków z ekranów telewizora.

We Włoszech, wbrew pozorom, nie ma klimatu rasizmu. Nikt nie powie- nie chcę cię tu, bo jesteś czarny, żółty, nie jesteś Włochem, więc nie możesz tu mieszkać. Włosi szanują przybyszów zewsząd i znakomicie z nimi współżyją, a to, że mają po dziurki w nosie zjawiska nielegalnej imigracji, bynajmniej nie wynika z niechęci do innych nacji. Prawo ziemi nie jest bezpośrednio powiązane z imigrantami, lecz ich dotyczy, stąd właśnie sprzeciw wobec przyznania obywatelstwa urodzonym w Italii, a nie mającym włoskich rodziców. Zwolennicy ius soli wytaczają ciężkie boje i oskarżają Włochów o nieczułość wobec dzieci, jednak temat jest o wiele bardziej złożony. Łatwo powiedzieć, gorzej zrozumieć nastawienie narodu do zagadnienia tożsamości, zwłaszcza gdy na wszystko patrzy się z okna willi na strzeżonym osiedlu.

Włoski kocioł znowu wrze. Przyglądam się temu, co się dzieje, staram się zrozumieć obawy Włochów i mam cały czas nadzieję, że szczęście powróci na Półwysep Apeniński. Wiele razy powtarzałam, iż nie jestem ekspertką od Italii, ale mieszkanie tutaj daje mi ten przywilej, że potrafię wyczuć, co gryzie Włochów i jaki jest ich stan ducha. Mam włoskiego męża, jestem częścią jego wielkiej rodziny, żyję między Włochami, słucham tego, o czym mówią, a ich bolączki traktuję osobiście. Włosi mają duże serca i potrafią się dzielić, więc nie są przeciwni prawu ziemi z ksenofobicznych powodów, jak sugerują niektórzy. Nikt w ostatnich latach nie zrobił tyle dla imigrantów, ile Włosi, zatem nikt nie ma prawa zarzucać im rasistowskich poglądów. Nie wystarczy urodzić się w Italii, żeby mieć włoskie serce, to trzeba poczuć. Ius soli tego niestety nie gwarantuje.





zdjęcie- AteneoWeb

Opanuj się, turysto!

by 18 czerwca

Sezon urlopowy właśnie się zaczął i cóż może być piękniejszego dla turysty, niż gorący śródziemnomorski klimat? Włoskie miasta w okresie letnim przepełnione są zwiedzającymi ze wszystkich stron świata, a kolejki do muzeów czy zabytków bardzo się wydłużają. Italia oddycha turystami, traktuje ich przyjaźnie, otwiera im drzwi do niezapomnianych wrażeń i jest wdzięczna gościom za okazane zainteresowanie. Jednakowoż nie każdy podróżnik zasługuje na Włochy, ponieważ nie szanuje miejsca wypoczynku i wzorem bohaterów KacVegas zachowuje się tak, jakby puściły mu wszelkie więzy. Nie pamięta o tym, że na urlopie też obowiązują zasady, do których trzeba się dostosować i pewne złe nawyki trącą obciachem. Na wpół żartobliwie, a na wpół poważnie, przedstawiam kiepskie przyzwyczajenia turystów:

1. Nie sprzątanie po sobie na plażach.

Fajnie jest spędzić pół dnia na plaży, wypoczywając, kąpiąc się w morzu i opalając się, ale trzeba pamiętać o tym, żeby posprzątać po sobie, kiedy już tę plażę opuścimy. Nie zostawiajmy opakowań po jedzeniu, puszek po piwie, niedopałków papierosów lub (o zgrozo) pustych butelek, bo o wypadek nietrudno (niejeden już nadział stopę na szkło). Ktoś musi za nas to zrobić, zatem nie traktujmy plaży jak wysypiska na śmieci. Do dobrego tonu należy ogarnięcie bałaganu i nie dodawanie pracy ludziom, którzy i tak mają dużo do roboty. Niedawno oglądałam wywiad z właścicielem jednego z barów przy sycylijskiej plaży i mówił on, że jest zniesmaczony postępowaniem wyluzowanych turystów. Odcinek plaży należący do niego jest pełen odpadków, toalety zaś są w stanie katastroficznym i chociaż są ostrzeżenia informujące o konsekwencjach, to ludzie sobie z nich nic nie robią. Jestem turystą, więc mogę, bo za to płacę- tak argumentują brak manier urlopowicze. Nieprawda. Pozbieranie kilku papierków nic nie kosztuje, a dobra reputacja jest tego warta.

2. Cycki na wierzchu, czyli brak odpowiedniego stroju.

Umówmy się- lato w Italii jest gorące i im mniej ubrań, tym lepiej, lecz są adresy, gdzie lepiej nie wchodzić w spódniczce mini czy krótkich spodenkach. Mam na myśli oczywiście kościoły i muzea, do których nie wypada się stroić jak na dyskotekę. Nie trzeba zakrywać się od stóp do głów, niemniej wypadałoby nie mieć dekoltów do pasa, bądź (w przypadku mężczyzn) nie pokazywać się bez koszulek. Ochrona pilnująca wejść do zabytków ma prawo nie wpuścić do środka źle ubranych turystów i nie ma się co z tego powodu zżymać. Jest zresztą na to recepta, ponieważ uliczni sprzedawcy mają w swoich ofertach chusty i można się nimi w razie potrzeby zakryć (raz zakupione będą nam służyć przez całe wakacje). Podobne zakazy widoczne są nie tylko w dużych miastach i słynnych budowlach, takich jak Bazylika św. Piotra w Rzymie. W kościółkach na prowincjach również zwraca się na to uwagę. I bardzo dobrze, bo miejsca kultu to nie targowisko.

3. Bezczeszczenie dzieł sztuki, kąpiele w fontannach.

Parę miesięcy temu we Włoszech było głośno o turyście, który wyrył monetą imię żony i córki w murach samego Koloseum. Innym razem jedna z odwiedzających wyniosła z rzymskiego kolocha kawałki zabytku, z kolei obywatelka Rumunii zniszczyła cenne kandelabre, znajdujące się w Pantheonie. I wszystko to zrobili dorośli ludzie, mający przecież pojęcie o tym, że nie dewastuje się bezcennych dzieł sztuki. Zapłacili co prawda wysokie kary, nie są one jednak współmierne do niepowetowanych strat, jakie odniosło miasto. Popularne są także kąpiele w fontannach, za które co prawda można nieźle beknąć, lecz nie odstrasza to co odważniejszych (znaczy głupszych) turystów. Za wskoczenie do fontanny Trevi należy się mandat w wysokości kilku tysięcy euro i moim zdaniem to o jedno zero za mało. Kilkanaście tysięcy może odstraszyłoby potencjalnych śmiałków. A tak w ogóle to kąpiel w fontannie z nikogo nie czyni bohatera- chcesz się popisać, wskocz do wody pełnej krokodyli, wtedy zobaczymy, jaki z ciebie gieroj.

Włosi uwielbiają turystów i są w stanie wiele im wybaczyć, co nie oznacza, że mogą wszystko. Pamiętajmy, że dostosowanie się do reguł jest wyrazem szacunku dla gospodarzy, a pozostawienie po sobie dobrej opinii powinno być żelazną regułą dla każdego podróżnika. Bo łatwo ją stracić, gorzej zaś odzyskać, zwłaszcza że Włosi bywają pamiętliwi.

Czy we Włoszech jest bezpiecznie?

by 09 czerwca


Mieszkam w Italii kilka dobrych lat, ale dopiero od niedawna dostaję pytania na temat tutejszego bezpieczeństwa. Ludzie zastanawiają się, jak przebywa się w kraju narażonym na terroryzm i dlaczego ataków jeszcze nie było. Na szczęście wciąż nikt nie uderzył na Włochy i mam nadzieję, że ten stan będzie trwał nadal, bo nie wiem, jak poradziłabym sobie z poatakową psychozą strachu. Ostatnie wydarzenia z Turynu pokazały, że nawet fałszywy alarm może wywołać panikę i wzbudzić trwogę w kilkunastotysięcznym tłumie. Nie jest jednak prawdą, iż Włosi żyją w lęku i boją się wychodzić z domu, a na widok podejrzanych typków uciekają w popłochu. 

Italia jest względnie bezpieczna za sprawą (i tu możecie się zdziwić) nielegalnej imigracji. Dopóki do Włoch będą przypływać tzw. uchodźcy, dopóty mieszkańcy kraju mogą spać spokojnie, gdyż terroryści nie są głupi. Włochy są dla nich mostem prowadzącym wprost do Europy, a na statkach oprócz uchodźców znajdują się również zamachowcy, co zresztą już udowodniono (Anis Amri, morderca z Berlina, w taki sposób dostał się na kontynent). Co stanie się w momencie, gdy państwo włoskie zablokuje drogę morską i przestanie przyjmować imigrantów? Na razie nic, jako że Włosi nie mają zamiaru kończyć z tym dochodowym procederem. Rzecz bowiem nie rozchodzi się o to, aby pomagać biednym ofiarom systemu, lecz o niebotyczne zyski, płynące do kieszeni przemytników i spółek zarabiających krocie na imigracji. Wierzcie lub nie, ale kasa, która kręci się na tym biznesie, jest tak duża, iż cwaniacy czerpiący na nim profity zrobią wszystko, żeby nie wypaść z interesu, co wiąże się z kontynuacją inwazji imigracyjnej na teren Półwyspu Apenińskiego. Rząd zaś robi naród w konia.

To nie jest tak, że nie da się zablokować statków przypływających do Włoch, choć według polityków jest to niemożliwe. W każdym wystąpieniu telewizyjnym posłowie partii rządzącej przekonują społeczeństwo, iż nie można odsyłać promów z imigrantami, ponieważ logistycznie jest to nie do ogarnięcia. Tymczasem kilkanaście dni temu stał się cud w Taorminie i na czas G7 droga morska została zablokowana i żaden statek nie został wpuszczony do sycylijskiego portu. Wynika więc z tego, że rządowi taka sytuacja jest zwyczajnie na rękę, co więcej, włoskie okrętowce same płyną do wybrzeży Libii, by zabrać stamtąd imigrantów (brylują w tym organizacje pozarządowe, pełniące role taksówek morskich). Udowodnił to znany youtuber Luca Donadel, który przeprowadził małe śledztwo i dzięki niemu wyszły na jaw ciemne włoskie sprawki. Natomiast niedawno w Kalabrii aresztowano siedemdziesiąt osób, mających związek z przemytową mafią, w tym (uwaga, uwaga) proboszcza jednej z parafii, który wspierając duchowo imigrantów wzbogacił się o - bagatela - trzy i pół miliona euro. 

Wróćmy jednak do podstawowej kwestii, czyli bezpieczeństwa. Nielegalna imigracja ma z tym wiele wspólnego, bo tak jak wspomniałam, terroryści dostają się do Europy także drogą morską i nie ma co zaprzeczać faktom. Poza tym bezpieczeństwo to również inne aspekty, które są coraz bardziej widoczne na włoskich ulicach. W ubiegłym roku do Włoch przypłynęło 185 tysięcy osób, z czego tylko pięciu tysiącom z nich przyznano status uchodźcy, a 123 tysiącom go odmówiono (to oficjalne dane). Co się stało z pozostałymi 50-cioma tysiącami imigrantów? Najpewniej rozpłynęli się w powietrzu. We Włoszech jest tak, że kiedy imigrant ubiega się o azyl, obowiązuje go proces ochronny i czas oczekiwania spędza w hotelach lub centrach imigracyjnych, oczywiście na koszt państwa. Gdy odmawia mu się azylu, musi pożegnać się z wygodami i wrócić do swojego kraju, jako że nie ma podstaw do tego, by przebywał na włoskiej ziemi. Problem jednak w tym, że państwo nie wydala nielegalnych imigrantów, a system deportacyjny woła o pomstę do nieba. Osoba, której odmówiono azylu dostaje papierek, gdzie napisane jest, iż nie może zostać we Włoszech i musi jak najszybciej stąd wyjechać. Większość niszczy urzędowe pismo i wyrzuca je do kosza na śmieci, po czym wiedzie trudny żywot nielegalnego imigranta. Często z tego powodu wkracza na drogę przestępczą, ponieważ nie ma innego wyjścia. I nie jest to dobre ani dla Włoch, ani dla tych ludzi, którzy nie znajdują tego, czego pragnęli, bo Italia nie okazała się tym wymarzonym Eldorado.

Na początku wpisu wyraziłam przekonanie, że kraj jest narażony na terroryzm i chciałabym uściślić tą opinię na podstawie niektórych przykładów. Niedawno włoskie służby specjalne zatrzymały trzech obywateli Kosova, planujących wysadzić słynny wenecki most Rialto, wydalono też z kraju kilku Marokańczyków i Tunezyjczyków, wzbudzających objawy niebezpiecznego zradykalizowania się. Niestety nie udało się powstrzymać terrorysty z Londynu- Youssefa Zaghba, który posiadał włoski paszport, z racji tego, iż miał matkę Włoszkę. Nie wiem, czy będzie więcej podobnych zdarzeń (mam nadzieję, że nie), ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że póki co czuję się we Włoszech bezpiecznie. I oby ten stan trwał. 


Na włoską kawę w miłym towarzystwie

by 04 czerwca
We Włoszech coraz cieplej, pogoda skłania do wyjścia, a uliczne kawiarnie zachęcają do odwiedzin i kiedy zdarzyło mi się ostatnio pić kawę w pobliskim barze, wyobraziłam sobie, że jestem w towarzystwie znanego Włocha i dyskutuję z nim, jak ze starym kumplem, na interesujące mnie tematy. Pomyślałam sobie też, że to dobra okazja do tego, by wreszcie zaprosić do grupowego wpisu autorki blogujące z Włoch lub piszące o Italii. Temat, który wybrałam to- z jakim znanym Włochem/Włoszką poszłabyś na kawę i o czym byś z nim porozmawiała- w sam raz na wakacyjny nastrój. Oto wybrańcy moich koleżanek po fachu:

Agata, autorka bloga That's Liguria:

Na kawę najchętniej poszłabym z włoskim stylistą... jednym z najważniejszych w historii mody!!! Z Valentino Garavani. Przede wszystkim dlatego, że jest on żyjącą ikoną i twórcą nowych trendów, które zmieniły gusty w ubieraniu. Jego styl, wszystko co powstało w czasie jego kariery mi się podoba. Poza tym, z wywiadów z nim przeprowadzonych, wydaje mi się niesamowicie inteligentną osobą o bardzo ironiczno-sympatycznym usposobieniu... a ja przepadam rozmawiać z takimi osobami ;).

Podczas rozmowy przy kawie chciałabym się zapytać jak przyszło mu do głowy stworzenie koloru rosso Valentino i kiedy zrozumiał, że to TEN kolor. Poza tym kilka pytań z rodzaju: w którym kurorcie najlepiej jeździ się na nartach, która restauracja jest jego ulubioną, albo w której z jego licznych willi najchętniej przebywa i dlaczego. Chciałabym też wydobyć z niego kilka ciekawostek o jego sławnych znajomych (np. o Karlu Lagerferdzie, Jackie Kennedy czy Andym Warholu). I chciałabym też poznać jego trzy psy (mopsy): Margot, Maude i Maggie, bez których nigdzie się nie rusza.

Nie mam wątpliwości, że byłaby to najbardziej niesamowita rozmowa przy kawie, jaka mogłaby mi się przytrafić w życiu.


Kasia, autorka bloga Włochy okiem blondynki:


Kiedy Sabina z Ratunku, Italia! zaproponowała mi gościnny post, od razu przyszło mi do głowy tylko jedno nazwisko- Loren... Sophia Loren, a właściwie Sofia Villani Scicolone, bo tak naprawdę nazywa się ta znana na cały świat gwiazda kina. 

Dlaczego właśnie ona? Powodów jest całkiem sporo. Pierwszy to: kto nie chciałby napić się kawy i poplotkować z Sophią Loren? No właśnie!

Ta kobieta jest po prostu niesamowita. Obejrzałam z nią niejeden film, przeczytałam niejeden wywiad czy książkę, a mimo to wciąż mi mało. Widzę to tak: spotykam się z Sophią w jednym z małych barów, najlepiej w Neapolu i zwyczajnie bez stresu i napięcia rozmawiamy o wszystkim tym, o czym najbardziej lubią rozmawiać kobiety. 

O co chciałabym ją zapytać? Po pierwsze, jak ona to robi, że wygląda tak obłędnie! Liczę, że zdradziłaby mi kilka segretów, żebym i ja za naście lat mogła się czuć tak piękna i młoda. Nie omieszkałabym podpytać o to, jak grało się u boku takich amantów jak Cary Grant czy Marcello Mastroianni. O jakiej roli jeszcze marzy? Czy czuje się spełniona? Słuchałabym jej pewnie z rozdziawioną buzią i chłonęłabym każde wypowiedziane słowo jak gąbka. Wszak spotkanie z taką gwiazdą nie zdarza się codziennie. Czuję, że to byłaby nie tylko fantastyczna przygoda, ale także doświadczenie i przeżycie, z którego czerpałabym przez resztę życia. O rany, rozmarzyłam się! Oczami wyobraźni już widzę nas siedzące przy stoliku, popijające kawkę, i jak przystało na kobiety, buzie nam się nie zamykają. Na spotkanie przychodzę z "Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie", żeby na koniec z przyśpieszonym biciem serca poprosić o autograf. Jedno jest pewne. To byłby wspaniały dzień.



Aneta, autorka bloga Hello Calabria:

Długo zastanawiałam się, kogo sławnego mogłabym zaprosić na kawę. Najpierw myślałam o Vasco Rossim, ale bałam się, że zaproponuje mi wspólne śpiewanie, więc odpuściłam- za bardzo fałszuję. Ostatecznie zdecydowałam się pójść w kierunku fotografii. A skoro interesują mnie również tematy społeczne, to kogo miałabym wybrać, jak nie Oliviera Toscaniego.

Toscani zasłynął przede wszystkim z prowokacyjnej kampanii tworzonej w latach 1982-2000 dla United Colors Benetton. To dzięki niej stał się sławnym fotografem nie tylko we Włoszech, ale na całym świecie. Kampania ta poruszyła tematykę rasizmu, anoreksji, choroby aids i innych aspektów społecznych, szokując i zmuszając społeczeństwo do dyskutowania na tematy, o których udajemy, że nie istnieją.

Ale nie pytałabym go o to, jak zostać dobrym fotografem. Wiem, że odpowiedziałby mi, że muszę się nauczyć opowiadać obrazami to, co widzę, a nie tylko je uwieczniać. Naszą rozmowę potoczyłabym w kierunku jego kontrowersyjnego podejścia do tematów społecznych i dlaczego akurat wybrał świat reklamy, który wcale nie chce poruszać tematów drażniących konsumentów. Na pewno też nie pominęłabym w naszej rozmowie jego ostatniego projektu "Razza Umana", który nadal jest w toku. Ciekawi mnie, jak namawia ludzi do pozowania. Ja mam problem, by fotografować nieznajomych. A na koniec zaproponowałabym mu, żeby przyjechał z ekipą do miasteczka Amantea i tutaj zrealizował sesję do projektu. Oczywiście uczestniczyłabym w tym wydarzeniu przyglądając się jego pracy. Z takiej okazji cieszyłabym się najbardziej. 


Dominika, autorka bloga Och!Milano

Telewizję oglądam bardzo rzadko albo wcale. Odwykłam od niej całkowicie już na studiach, kiedy w wynajętym mieszkaniu na takie rekwizyty nie było miejsca i czasu. Potem wyjechałam do Włoch, gdzie w domu mojej włoskiej teściowej telewizor chodził na okrągło. Z ciekawości oglądałam i ja, bo włoska telewizja od polskiej nieco się różni. Wcale nie dlatego, że jest na wyższym poziomie intelektualnym i mniej w niej reklam. Włoska telewizja potrafi być skupiskiem absurdów i kwintesencją luźnego i/lub ignoranckiego, włoskiego żartu. Pewnego dnia trafiłam na Crozzę. Ten gość wyzwala sprzeczne emocje, bo czasem go lubisz, a czasem nie. Jego program "Fratelli di Crozza" na kanale 9 obśmiewa włoską politykę bez trzymania niczyjej strony, a Crozza wciela się w polityków i twarze z tv. Polityka polityką, ale talent Crozzy w artykulacji tak wielu różnych głosów i oddanie ich zachowań nie ma sobie równych. Przy kawie miałabym ochotę na luźną pogawędkę. O jego sposobie na życie i aspektach, które czynią je szczęśliwym po godzinach, gdy schodzi z desek teatru. Zycie komika przepełnia pozorna radość i humor, nie ma miejsca na gorszy dzień, bo gra musi się toczyć dalej. Zwłaszcza jeżeli gadamy o włoskiej gospodarce. Bycie zawsze przygotowanym, w dobrym humorze i pełnym energii jest wymagające, dlatego jestem ciekawa, jak sobie z tym radzi wielotwarzowy Crozza.



Renata, autorka bloga Kalejdoskop Renaty:

Mam wiele osób, które chciałabym poznać, a wypicie z nimi kawy byłoby prawdziwym wyróżnieniem i wydarzeniem w moim życiu. Jedną z takich postaci jest niewątpliwie Umberto Eco. To jeden z pisarzy mojego dzieciństwa. Umberto Eco był człowiekiem wielkiego talentu i dlatego jest osobowością trudną do zdefiniowania. Semiotyk, prozaik, filozof, krytyk literacki, dziennikarz, muzykolog, humanista- wszystkie definicje są odpowiednie, ale nie na tyle, aby podsumować jego wszechstronną działalność intelektualną. Dla mnie to przede wszystkim wielki filozof i wybitny językoznawca. Uważam, że był to jeden z najmądrzejszych pisarzy ostatnich lat. Myślę, że spotkanie z tak wielką osobowością byłoby niesamowicie inspirujące i wzbogacające. Miło by było spędzić parę godzin na dyskusji. Tym bardziej, że Eco miał dar wzbudzania w rozmówcy ciekawości wiedzy. W moim wyobrażeniu miałoby to być spotkanie jak z przyjacielem, z którym można porozmawiać o mądrych rzeczach, ale również o ludziach, rzeczach, pojęciach, o życiu po prostu. Na koniec dodam, że Umberto Eco wolałby się napić Spritz Aperol w swojej ulubionej knajpce w Mediolanie- Caffe Sforzesco. Spędzenie z nim chociaż kilku godzin byłoby oderwaniem od codziennych obowiązków.



Ewa, autorka bloga Ewa Maria Pacini:

Chcę Wam przedstawić pana dott. Paolo Galeotti. Jest to jeden z największych światowej sławy ekspertów od cytrusów ozdobnych, czyli roślin uprawianych w donicach, uczęszczający jako badacz i znawca po rozmaitych zjazdach i sympozjach na temat roślin na całym świecie. Przez bardzo długi czas pracował jako dyrektor ogrodu medycejskiego przy Villa di Castello na peryferiach Florencji. Udziela się w roli konsultanta przy wielu innych ogrodach na terenie Włoch i za granicą. Jest autorem wielu publikacji na temat cytrusów historycznych i ozdobnych.

A na kawę bym z nim poszła z wielu przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że kocha rośliny tak jak ja. A druga przyczyna to wiąże się z nim jako jeden botaniczno-historyczny kryminałek. W skrócie: istnieje odmiana cytrusa ozdobnego pod nazwą "Bizzaria". Jak podają źródła pisane, w jednym z ogrodów we Florencji, ogrodnik tamże zatrudniony znalazł dziwną roślinę. Taką właśnie, która miała na sobie kilka owoców i każdy z nich był inny. Pytany skąd to ma, odpowiedział wszem wobec, że mu to wyszło ze szczepienia. Nie miał na to szczepienia żadnych dowodów i przyciśnięty do muru wyznał, że znalazł ją przypadkiem pośród całej kolekcji ogrodu. I właśnie dott. Galeotti twierdzi, że jest to taka krzyżówka, wynikająca z rodzaju podkładki oraz szczepki, czyli rośliny zasadniczej, na której charakterystyce nam zależy. W 19-tym wieku ślad po roślinie ginie, po czym przypadkiem Galeotti natyka się na roślinę gorzkiej pomarańczy, a trzy lata później dała ona owoc, który miał wszelkie cechy owej historycznej Bizzarri. Galeotti postanowił tak wyhodowaną roślinkę dać na wyłączność wybranej firmie szkókarskiej, opatentować nazwę bizzarria, a wszystkie pochodzące od niej roślinki miałyby się legitymować wszelkiego rodzaju atestami, podbitymi przez superważne instancje rządowe. Według jego zamysłu miało to funkcjonować jak spuścizna narodowa, a lwia część dochodów ze sprzedaży miała zostać zainwestowana w ochronę i utrzymanie kolekcji ogrodów medycejskich na terenie Włoch. Galeotti nie chciał z tego czerpać zysku, chciał to zrobić wyłącznie z miłości do roślinek i z miłości dla konkretnej gorzkiej pomarańczy, dzięki której dane mu było dożyć wiekopomnej chwili, gdy to on odkryje i napisze coś dla potomnych. Niestety, musiała się w to wpieprzyć typowo włoska indolencja administracji państwowej, co to jej zwisa i powiewa dobro kultury, skarby botaniczne, ale również zwykła zawiść, robienie mu koło pióra i ciąganie po sądach. Państwo włoskie wypięło się na niego i żadnego wsparcia nie dostał. Pracownicy uniwersytetu z Florencji (wydzialu biologii i botaniki) buntowali się i rzucali mu kłody pod nogi. Jakiś lepszy adwokat wyjaśnił mu, że powinien był wystąpić o patent nie pod nazwą Bizzarria, a Bizzarria Galeotti, ale było już za późno, bo - teraz najlepsze - ktoś wykradł szczepkę tej roślinki i rozmnożył w celu bardzo prozaicznym, a mianowicie by czerpać z tego krociowe zyski!

W ten oto sposób państwo włoskie na własne życzenie pozbawiło się dodatkowych zysków, a roślinkę można spotkać w każdej firmie szkółkarskiej, która handluje cytrusami.

No i niby w skrócie opowiedziałam tę historię, ale sami widzicie i rozumiecie, że chęć poznania więcej szczegółów tej pasjonującej historii warta jest każdej, nawet najdroższej kawy w najelegańtszym barze Florencji!


A z kim ja wypiłabym kawę? Nie zastanawiałam się długo- byłby to Alberto Angela, który prowadzi w telewizji program Ulisse. Ma on bowiem ten dar, że potrafi opowiadać tak, iż chce się go słuchać, a o nudnych faktach historycznych rozprawia z pasją i zaraża widzów swym entuzjazmem. Porozmawiałabym z nim o sztuce i wielkich mistrzach, takich jak Da Vinci czy Michał Anioł, o Medyceuszach i Imperium Rzymskim. I gdy widzę tę scenę oczami wyobraźni, to wygląda ona tak- siedzę z rozdziawioną gębą (wiem, że nie za dobrze to o mnie świadczy) i przysłuchuję się temu, co ma do powiedzenia Angela. Nie uczestniczę za bardzo w dialogu, bo najważniejsze jest to, żeby mówił, mówił, mówił i będę go słuchać do oporu, aż kawa wystygnie, a musicie wiedzieć o tym, że nie znoszę zimnej kawy, ale kto by się tym przejmował, gdy ma okazję ją wypić w towarzystwie samego Alberta Angeli!


A z jakim znanym Włochem Ty poszłabyś na kawę?


zdjęcia- źródła- Wikipedia, Pinterest, książka Eco z kawą- Renata Pawłowska


Obsługiwane przez usługę Blogger.