Włoski lek na całe zło

by 27 lipca
Wakacje mają to do siebie, że upływają stanowczo za szybko. Ledwo człowiek zacznie urlop, a już musi się pakować i zastanawia się, jakim cudem to koniec. Moje sardyńskie impresje wprawiły mnie w zachwyt, ale odczuwam i znaczny niedosyt. Dwa tygodnie z hukiem to bowiem za mało, aby rozsmakować się w wyspie i wchłonąć jej magiczną atmosferę. To niestety też za dużo, by móc ot tak po prostu wrócić do szarej rzeczywistości. Na kontynencie życie toczy się swoim torem, zaś Sardynia to piękna przerwa od normalności. 

Nie o sobie jednak będę pisać, tylko o tym, czym zaskoczyli mnie Włosi, a było tego sporo, zwłaszcza w zakresie kuchennym. Kiedy przyjeżdża się do włoskiej rodziny, to nie ma mowy o diecie, spokoju i ciszy, lecz trzeba jeść do upadłego, inaczej można narazić się na gniew starszego pokolenia. Bo czy się tego chce czy nie, włoskie życie toczy się przy stole w kuchni i biada temu, kto tego nie będzie przestrzegał. Pisałam o tym w poprzednim wpisie, ale wówczas wakacje były dopiero przede mną i dzisiaj jestem bogatsza o nowe doświadczenia. 

Po raz kolejny odkryłam, jak dla Włochów ważny jest makaron. Bez makaronowej konsumpcji obiad u szacownej włoskiej rodziny nie ma racji bytu. Jest on dobry na wszystko, zatem nie ma innej opcji, jak go wcinać i to garściami. Mój teść twierdzi, że makaron to antidotum na każdą bolączkę i poleca go nie tylko z powodów kulinarnych. Boli cię głowa? Zjedz makaron! Masz wzdęcia? Zjedz makaron! Nie chce ci się żyć? Zjedz makaron! Nie potrafisz schudnąć? Zjedz makaron! Wkurza cię otoczenie? Zjedz makaron! Dla niektórych Włochów makaron ma większe znaczenie od seksu, jako że je się go codziennie, a z seksem wiadomo, różnie to bywa. Natomiast kłótnie dotyczące prawidłowego przygotowania ubóstwianego makaronu wstrząsają niejedną włoską jadalnią.

W domu teściowej króluje rozgotowany makaron, gdyż teść uwielbia makaronową papkę, czego nie mogą mu wybaczyć familijni zwolennicy al dente. Mój mąż z kolei lubi pół na pół, jeszcze inny członek rodziny przepada za ugotowanym co do minuty i tak do znudzenia. Teściowa dwoiła się i troiła, by każdemu dogodzić, ale to było niemożliwe, bo zastrzeżenia co do miękkości makaronu spływały do niej na potęgę. Mimo tego obiad znikał z talerzy błyskawicznie, a po nim ponownie nastąpiła dyskusja o tym, po jakim czasie makaron jest najpyszniejszy. Kiedy radośnie wypaliłam, że dodaję do zupy pomidorowej świderki, spojrzano na mnie jak na wariatkę. No jak można tak bezcześcić święty makaron? Jedna z ciotek omało nie dostała palpitacji i od teraz uważa Polaków za barbarzyński naród. Makaron w zupie, no to się do tabloidów nadaje!

Goście we włoskich domach czasem mogą doprowadzić do szału. Notorycznie się spóźniali, a u teściowej panuje zwyczaj, że obiad zaczyna się jeść wtedy, kiedy rodzina będzie w komplecie. Zasiadaliśmy więc do stołu o drugiej i czekaliśmy na biesiadników nawet do czwartej, zaś żołądki grały nam kiszki marsza z głodu. Potrawy - z makaronem na czele - wystygły, ale nikt się tym nie przejmował i umilał sobie czas pogaduszkami. Teściowie prowadzą dom otwarty i oprócz członków rodziny na obiad załapali się sąsiedzi i znajomi (mąż uważa, że przypadkowi przechodnie również się wprosili), a taki melanż ciężko jest ujarzmić. Wyróżniałam się spośród nich kolorem skóry, ponieważ jest ona wyraźnie bielsza od włoskiej opalenizny i każdy się mnie pytał, dlaczego jestem taka blada. Musisz jeść więcej makaronu - stwierdził z miną znawcy teść- a wtedy twoja skóra będzie miała złotą powłokę. Rozważę tę opcję, lecz jeszcze nie dzisiaj, bo po siedemnastu dniach makaronowej wyżerki trzęsie mnie na samą myśl o spaghetti al dente. To były naprawdę niezapomniane chwile.


Kilka kadrów z Sardynii:










Włoska rodzina w natarciu

by 06 lipca

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina mojego męża jest bardzo liczna i nawet kuzyni piątego stopnia zaliczani są do najbliższych członków zacnej sardyńskiej familii. Na początku trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ mąż ma pięciu kuzynów, którzy nazywają się Salvatore, a imię to dostali na cześć dziadka ze strony mamy, zaś stronę żeńską reprezentuje imię Rosa po niezapomnianej babci męża. Gdy jesteśmy na Sardynii i bierzemy udział w zjazdach rodzinnych, wszyscy ci "Salvatore" wiecznie mi się mylą, ale najśmieszniejsze jest to, że do każdego z nich zwraca się inaczej: Tore, Sal, Al, Salvo i Sale, co po włosku oznacza "sól". Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego nie mogli dostać innego imienia (albo chociaż "Salvatore" na drugie) starsi krewni wytłumaczyli mi, że tradycja to dla nich rzecz święta. To fakt, jako że mój mąż też nosi imię po swoim dziadku, a jego siostra po babci (ze strony ojca), natomiast nasze dzieci nie dostąpiły tego zaszczytu i wybraliśmy neutralne imiona. Na szczęście teściowa nie miała nic przeciwko temu.

Przed nami wakacje na Sardynii i znowu spotkam się z sympatyczną rodziną męża. Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a teściowa tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję. Zastanawiając się, kogo odkryję tym razem, przygotowałam listę na temat włoskich krewnych, czyli rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, wchodząc do włoskiej rodziny (a w moim przypadku sardyńskiej, bowiem uściślenie kierunku jest dla Włochów niezwykle istotne), inaczej będzie kiepsko:

1. Niekończące się przywitania i całuski

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego, niemniej zaczyna być męczące, gdy zdarza się codziennie i przez kilkanaście dni pobytu człowiek czuje, że nic nie robi, tylko się obściskuje. Ledwo z łóżka wyjdzie, już musi przytulić wniebowziętą teściową i tak w koło Macieju, aż do samego końca. Jakie jest na to lekarstwo? Nie ma, należy się przyzwyczaić, ewentualnie mieć nadzieję, że jakimś cudem pojawi się nam na twarzy opryszczka. Wtedy przestaną, chociaż jakby się tak zastanowić, to niekoniecznie.

2. Kilkugodzinne posiłki

Kiedy je się obiady i kolacje w towarzystwie Włochów to nie ma zmiłuj, ponieważ oni nie jedzą, a się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba i kiełbasy, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków (od wyboru do koloru) i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nie obrazić gospodarzy. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u mojej teściowej zaczynają się po ósmej wieczorem, a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i swoje przystoi odsiedzieć, zresztą to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące. Dobrze pamiętam jedną z nich, gdy zajadałam się pizzą, a korpulentna ciotka męża zaczęła opowiadać mi mrożącą krew w żyłach historię o jakiejś dalekiej krewnej, która przeszła już 25 operacji i jest chodzącym "przypadkiem medycznym". "A jakby tego było mało" - szepnęła konspiracyjnie cioteczka- "za niedługo będzie miała kolejną operację. Ponownie otworzą jej brzuch i biedna zapewnie zobaczy swoje wnętrzności. Flaki na wierzch jej wyjdą, ot co". Kolacje na Sardynii to niepowtarzalna sprawa.

3. Rozmowy w dialekcie

Każdy region w Italii wyróżnia nie tylko piękno krajobrazu czy lokalne potrawy, ale również dialekt. Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to. Mieszkając w Italii, doszłam do małej wprawy i jestem w stanie rozróżnić po akcencie, skąd dany Włoch pochodzi (z mową jest rzecz jasna gorzej, rozpoznaję jedynie dialekt sardyński i neapolitański). Moim ulubionym akcentem jest ten z okolic Bresci, jako że do złudzenia przypomina mi śląski, bardzo lubię też toskański i charakterystyczną wymowę litery "c". Dialekt sardyński (sardo) tymczasem jest dla mnie za szybki, bo kiedy teściowa zaczyna w nim mówić, to strzela słowami z prędkością błyskawicy. Sardo ma w sobie naleciałości greckie i gdy przysłuchuję się sardyńskim dialogom, to wydaje mi się, że słyszę obcy język, a nie włoski. Na Sardynii wśród starszego pokolenia dialekt jest niezastąpiony i mało kto "przechodzi" na włoski w mojej obecności. Nie jest to wynikiem niewychowania, po prostu ciężko po kilkudziesięciu latach przestawić się na język ojczysty. Teściowa wiecznie upomina męża, by przy mnie nie ważył się mówić po sardyńsku, albowiem wyjdzie na niewychowanego buca, lecz sama o tym zapomina i posługuje się dialektem od rana do wieczora. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepiej nie wiedzieć, co tak naprawdę teściowa ma do powiedzenia.

Przed nami dwa tygodnie sardyńskich wakacji. Na pewno dużo będzie się działo i wiele przeżyjemy, ale o tym opowiem już po przyjeździe. Włoska rodzina szykuje się do naszej wizyty i niektórzy jej członkowie, z teściową na czele przypominają wulkan, który lada chwila wybuchnie. Nie byliśmy na Sardynii prawie dwa lata i w tym czasie sporo się wydarzyło, w wiosce zatrzęsło się od skandali, więc bez wątpienia dowiemy się, że facet z drugiego końca miasteczka ma romans z żoną rzeźnika, a sąsiadka z naprzeciwka przestała uczęszczać na msze święte. Te i inne atrakcje zapewni nam jedyna w swoim rodzaju rodzina męża, którą uwielbiam i darzę prawdziwą stymą. Jestem jednak świadoma, że gdybym miała wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalała. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy!

zdjęcie- Pinterest

Jak to jest pisać "niewygodnego" bloga?

by 02 lipca


Minęło ponad pół roku, odkąd na blogu zajęłam się tematyką włoską i zmieniłam nazwę strony. Te sześć miesięcy pozwoliło mi powrócić do korzeni, czyli znowu czerpać przyjemność z pisania, a poza tym dało mi możliwość odkrywania blogosfery na nowo (w tym przypadku blogów o tematyce ściśle związanej z Italią). Opublikowałam kilkanaście wpisów, z których jestem bardzo zadowolona, lecz szczerość z nich płynąca niekoniecznie spodobała się wszystkim zwolennikom Italii, zaglądających w moje skromne progi. Nie jest łatwo pisać o Włoszech bez "ochów", "achów" i słodkiego zachwytu, ponieważ można narazić się na nieprzyjemne komentarze i mocne zarzuty. Nie żałuję jednak, bo założyłam sobie, że pokażę Włochy, jakie są naprawdę i konsekwentnie ten projekt realizuję. Italia bez lukru, ściemy i namaszczenia to moje hasło przewodnie i trzymam się go, nawet jeśli nie każdemu odpowiada taka strategia blogowa. 

Mój blog nie jest skierowany do sympatyków Italii, którzy kochają ten kraj miłością absolutną i jest on dla nich rajem na ziemi. Turystycznie Włochy właśnie takie są, zresztą sama przed zamieszkaniem tutaj byłam wielką italofilką i jestem nią nadal, z tą małą różnicą, że na pewne sprawy otworzyły mi się oczy. Piszę więc o problemach, z jakimi boryka się państwo włoskie, opowiadam o tym, jak mi się tu żyje, ale nie uciekam też od lżejszych tematów. Zaplanowałam, że odbiorcami moich wpisów będą osoby mieszkające we Włoszech i te, które chciałyby się czegoś dowiedzieć o najpiękniejszym kraju na świecie. Italia "od kuchni" to taki mój (nazwijmy to) reportaż, mający na celu pokazanie czytelnikom, że da się z niej wycisnąć coś więcej, niż tylko niezapomniane widoki. Jestem świadkiem włoskiej historii, więc korzystam z przywileju, jaki zrodziła moja emigracja. Rozumiem, że taka postawa może mieć i przeciwników, niemniej nie mam zamiaru przestać. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcam.

Jest jednak kwestia, która mnie boli. Nigdy nie byłam rasistką i nie oceniam ludzi przez pryzmat koloru skóry czy wyznania, a dostałam parę wiadomości o tym, że powinnam się wstydzić za ksenofobiczne poglądy. Domyślam się, że słowa te zawdzięczam wpisom o nielegalnej imigracji i moim żelaznym sprzeciwie dotyczącym przyjmowania gości z Afryki. Problem jest złożony, lecz żeby zrozumieć zjawisko imigracji i je pogłębić, trzeba zamieszkać we Włoszech. Bo to nie jest tak, że ja tu siedzę i bronię dostępu innym, zwłaszcza o wiele bardziej potrzebującym ode mnie. Mam serce na swoim miejscu, ale to, co się dzieje we włoskich portach, przybrało dosyć niebezpieczny wymiar i z tego powodu nie uśmiecha mi się włoska polityka imigracyjna. Z polskiej perspektywy łatwo rzucać oskarżeniami i się oburzać, szczególnie gdy dobrze zna się Italię, ponieważ się tu kiedyś studiowało. Przyjmuję do wiadomości, że ktoś mieszkał przez rok na stancji u jowialnej Włoszki, jadał u niej pyszne obiady i czuł się jak w niebie (zatem nie uznaje tego, o czym piszę), lecz to nie jest ta sama Italia, co jeszcze kilka lat temu. Dlatego nie są dla mnie wymierne głosy osób, które nadal mają romantyczną wizję Włoch i kontestują nie tyle moje zdanie, co zdanie Włochów. Ażeby poznać nastroje społeczeństwa, trzeba wsiąknąć w kraj dzisiaj, teraz, jak najszybciej.

Nie mam wyłączności na słuszność, ani nie jestem ekspertką we włoskiej dziedzinie. Bacznie obserwuję Włochy, widzę przemiany, jakie dokonały się w kraju, pewne rzeczy mnie wkurzają, inne śmieszą, niektóre zaś drażnią do tego stopnia, że nie mam wyjścia i muszę je opisać. Kocham Italię i wszystko, co włoskie, jednak moja miłość nie jest ślepa. Dojrzewam wraz z moją emigracją i chociaż dolce vita to dla mnie taki trochę pusty slogan, to nie wyobrażam sobie żyć poza Włochami. Tęsknię za Polską, jak tylko można tęsknić na obczyźnie, ale jakaś cząstka mnie stała się nieodłącznie włoska. Gdybym miała wrócić do kraju, zapewne skakałabym z radości, jakkolwiek wiem, że brakowałoby mi włoskiego stylu życia. Na razie nigdzie się nie wybieram, więc w dalszym ciągu będę Was męczyć autentycznymi wpisami. Grzecznie ostrzegam, że nie są one przeznaczone dla maniaków, zakochanych we Włoszech bez pamięci. Na szczęście włoska blogosfera wspaniale się rozwija i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ja jestem tylko jej drobną częścią.

zdjęcie-My Social Web
Obsługiwane przez usługę Blogger.