Włoska rodzina w natarciu


Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina mojego męża jest bardzo liczna i nawet kuzyni piątego stopnia zaliczani są do najbliższych członków zacnej sardyńskiej familii. Na początku trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ mąż ma pięciu kuzynów, którzy nazywają się Salvatore, a imię to dostali na cześć dziadka ze strony mamy, zaś stronę żeńską reprezentuje imię Rosa po niezapomnianej babci męża. Gdy jesteśmy na Sardynii i bierzemy udział w zjazdach rodzinnych, wszyscy ci "Salvatore" wiecznie mi się mylą, ale najśmieszniejsze jest to, że do każdego z nich zwraca się inaczej: Tore, Sal, Al, Salvo i Sale, co po włosku oznacza "sól". Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego nie mogli dostać innego imienia (albo chociaż "Salvatore" na drugie) starsi krewni wytłumaczyli mi, że tradycja to dla nich rzecz święta. To fakt, jako że mój mąż też nosi imię po swoim dziadku, a jego siostra po babci (ze strony ojca), natomiast nasze dzieci nie dostąpiły tego zaszczytu i wybraliśmy neutralne imiona. Na szczęście teściowa nie miała nic przeciwko temu.

Przed nami wakacje na Sardynii i znowu spotkam się z sympatyczną rodziną męża. Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a teściowa tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję. Zastanawiając się, kogo odkryję tym razem, przygotowałam listę na temat włoskich krewnych, czyli rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, wchodząc do włoskiej rodziny (a w moim przypadku sardyńskiej, bowiem uściślenie kierunku jest dla Włochów niezwykle istotne), inaczej będzie kiepsko:

1. Niekończące się przywitania i całuski

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego, niemniej zaczyna być męczące, gdy zdarza się codziennie i przez kilkanaście dni pobytu człowiek czuje, że nic nie robi, tylko się obściskuje. Ledwo z łóżka wyjdzie, już musi przytulić wniebowziętą teściową i tak w koło Macieju, aż do samego końca. Jakie jest na to lekarstwo? Nie ma, należy się przyzwyczaić, ewentualnie mieć nadzieję, że jakimś cudem pojawi się nam na twarzy opryszczka. Wtedy przestaną, chociaż jakby się tak zastanowić, to niekoniecznie.

2. Kilkugodzinne posiłki

Kiedy je się obiady i kolacje w towarzystwie Włochów to nie ma zmiłuj, ponieważ oni nie jedzą, a się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba i kiełbasy, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków (od wyboru do koloru) i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nie obrazić gospodarzy. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u mojej teściowej zaczynają się po ósmej wieczorem, a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i swoje przystoi odsiedzieć, zresztą to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące. Dobrze pamiętam jedną z nich, gdy zajadałam się pizzą, a korpulentna ciotka męża zaczęła opowiadać mi mrożącą krew w żyłach historię o jakiejś dalekiej krewnej, która przeszła już 25 operacji i jest chodzącym "przypadkiem medycznym". "A jakby tego było mało" - szepnęła konspiracyjnie cioteczka- "za niedługo będzie miała kolejną operację. Ponownie otworzą jej brzuch i biedna zapewnie zobaczy swoje wnętrzności. Flaki na wierzch jej wyjdą, ot co". Kolacje na Sardynii to niepowtarzalna sprawa.

3. Rozmowy w dialekcie

Każdy region w Italii wyróżnia nie tylko piękno krajobrazu czy lokalne potrawy, ale również dialekt. Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to. Mieszkając w Italii, doszłam do małej wprawy i jestem w stanie rozróżnić po akcencie, skąd dany Włoch pochodzi (z mową jest rzecz jasna gorzej, rozpoznaję jedynie dialekt sardyński i neapolitański). Moim ulubionym akcentem jest ten z okolic Bresci, jako że do złudzenia przypomina mi śląski, bardzo lubię też toskański i charakterystyczną wymowę litery "c". Dialekt sardyński (sardo) tymczasem jest dla mnie za szybki, bo kiedy teściowa zaczyna w nim mówić, to strzela słowami z prędkością błyskawicy. Sardo ma w sobie naleciałości greckie i gdy przysłuchuję się sardyńskim dialogom, to wydaje mi się, że słyszę obcy język, a nie włoski. Na Sardynii wśród starszego pokolenia dialekt jest niezastąpiony i mało kto "przechodzi" na włoski w mojej obecności. Nie jest to wynikiem niewychowania, po prostu ciężko po kilkudziesięciu latach przestawić się na język ojczysty. Teściowa wiecznie upomina męża, by przy mnie nie ważył się mówić po sardyńsku, albowiem wyjdzie na niewychowanego buca, lecz sama o tym zapomina i posługuje się dialektem od rana do wieczora. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepiej nie wiedzieć, co tak naprawdę teściowa ma do powiedzenia.

Przed nami dwa tygodnie sardyńskich wakacji. Na pewno dużo będzie się działo i wiele przeżyjemy, ale o tym opowiem już po przyjeździe. Włoska rodzina szykuje się do naszej wizyty i niektórzy jej członkowie, z teściową na czele przypominają wulkan, który lada chwila wybuchnie. Nie byliśmy na Sardynii prawie dwa lata i w tym czasie sporo się wydarzyło, w wiosce zatrzęsło się od skandali, więc bez wątpienia dowiemy się, że facet z drugiego końca miasteczka ma romans z żoną rzeźnika, a sąsiadka z naprzeciwka przestała uczęszczać na msze święte. Te i inne atrakcje zapewni nam jedyna w swoim rodzaju rodzina męża, którą uwielbiam i darzę prawdziwą stymą. Jestem jednak świadoma, że gdybym miała wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalała. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy!

zdjęcie- Pinterest
Obsługiwane przez usługę Blogger.