Włoski lek na całe zło

Wakacje mają to do siebie, że upływają stanowczo za szybko. Ledwo człowiek zacznie urlop, a już musi się pakować i zastanawia się, jakim cudem to koniec. Moje sardyńskie impresje wprawiły mnie w zachwyt, ale odczuwam i znaczny niedosyt. Dwa tygodnie z hukiem to bowiem za mało, aby rozsmakować się w wyspie i wchłonąć jej magiczną atmosferę. To niestety też za dużo, by móc ot tak po prostu wrócić do szarej rzeczywistości. Na kontynencie życie toczy się swoim torem, zaś Sardynia to piękna przerwa od normalności. 

Nie o sobie jednak będę pisać, tylko o tym, czym zaskoczyli mnie Włosi, a było tego sporo, zwłaszcza w zakresie kuchennym. Kiedy przyjeżdża się do włoskiej rodziny, to nie ma mowy o diecie, spokoju i ciszy, lecz trzeba jeść do upadłego, inaczej można narazić się na gniew starszego pokolenia. Bo czy się tego chce czy nie, włoskie życie toczy się przy stole w kuchni i biada temu, kto tego nie będzie przestrzegał. Pisałam o tym w poprzednim wpisie, ale wówczas wakacje były dopiero przede mną i dzisiaj jestem bogatsza o nowe doświadczenia. 

Po raz kolejny odkryłam, jak dla Włochów ważny jest makaron. Bez makaronowej konsumpcji obiad u szacownej włoskiej rodziny nie ma racji bytu. Jest on dobry na wszystko, zatem nie ma innej opcji, jak go wcinać i to garściami. Mój teść twierdzi, że makaron to antidotum na każdą bolączkę i poleca go nie tylko z powodów kulinarnych. Boli cię głowa? Zjedz makaron! Masz wzdęcia? Zjedz makaron! Nie chce ci się żyć? Zjedz makaron! Nie potrafisz schudnąć? Zjedz makaron! Wkurza cię otoczenie? Zjedz makaron! Dla niektórych Włochów makaron ma większe znaczenie od seksu, jako że je się go codziennie, a z seksem wiadomo, różnie to bywa. Natomiast kłótnie dotyczące prawidłowego przygotowania ubóstwianego makaronu wstrząsają niejedną włoską jadalnią.

W domu teściowej króluje rozgotowany makaron, gdyż teść uwielbia makaronową papkę, czego nie mogą mu wybaczyć familijni zwolennicy al dente. Mój mąż z kolei lubi pół na pół, jeszcze inny członek rodziny przepada za ugotowanym co do minuty i tak do znudzenia. Teściowa dwoiła się i troiła, by każdemu dogodzić, ale to było niemożliwe, bo zastrzeżenia co do miękkości makaronu spływały do niej na potęgę. Mimo tego obiad znikał z talerzy błyskawicznie, a po nim ponownie nastąpiła dyskusja o tym, po jakim czasie makaron jest najpyszniejszy. Kiedy radośnie wypaliłam, że dodaję do zupy pomidorowej świderki, spojrzano na mnie jak na wariatkę. No jak można tak bezcześcić święty makaron? Jedna z ciotek omało nie dostała palpitacji i od teraz uważa Polaków za barbarzyński naród. Makaron w zupie, no to się do tabloidów nadaje!

Goście we włoskich domach czasem mogą doprowadzić do szału. Notorycznie się spóźniali, a u teściowej panuje zwyczaj, że obiad zaczyna się jeść wtedy, kiedy rodzina będzie w komplecie. Zasiadaliśmy więc do stołu o drugiej i czekaliśmy na biesiadników nawet do czwartej, zaś żołądki grały nam kiszki marsza z głodu. Potrawy - z makaronem na czele - wystygły, ale nikt się tym nie przejmował i umilał sobie czas pogaduszkami. Teściowie prowadzą dom otwarty i oprócz członków rodziny na obiad załapali się sąsiedzi i znajomi (mąż uważa, że przypadkowi przechodnie również się wprosili), a taki melanż ciężko jest ujarzmić. Wyróżniałam się spośród nich kolorem skóry, ponieważ jest ona wyraźnie bielsza od włoskiej opalenizny i każdy się mnie pytał, dlaczego jestem taka blada. Musisz jeść więcej makaronu - stwierdził z miną znawcy teść- a wtedy twoja skóra będzie miała złotą powłokę. Rozważę tę opcję, lecz jeszcze nie dzisiaj, bo po siedemnastu dniach makaronowej wyżerki trzęsie mnie na samą myśl o spaghetti al dente. To były naprawdę niezapomniane chwile.


Kilka kadrów z Sardynii:










Obsługiwane przez usługę Blogger.