Włosi starzeją się wolniej

by 17:40



Włoscy seniorzy są cool. Nie lubię wtrącać obcych wyrazów do moich wpisów, lecz właśnie to słowo idealnie oddaje charakter emerytów z Italii. Dla nich starość nie jest przeszkodą i potrafią cieszyć się chwilą nawet w podeszłym wieku.

-Mogłabym siedzieć, narzekać i czekać na śmierć, ale to nie ma sensu- powiedziała mi jedna z sardyńskich krewnych męża, krzepka 75-latka, która ma tyle energii, że mogłaby nią obdarzyć kilka osób- życie jest fajne w każdym wieku, a na upływający czas nie mamy wpływu. Nadal chodzę na tańce, do kina i spotykam się ze znajomymi. Nie zamknę się w domu i nie zamierzam poddawać się starości.

Bardzo zaimponowała mi jej postawa i jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, jak nasza mentalność różni się od włoskiej. Emeryci z Italii wprost kipią witalnością, chociaż i oni chorują, chodzą po lekarzach i nie mają lekko. Wbrew pozorom, emerytury włoskie wcale nie są wysokie, więc starsi ludzie często mają problemy, by związać koniec z końcem. Wolą jednak o tym nie mówić, nie lubią zrzędzić i widzą wszystko w jasnych barwach. Nie przejmują się na zapas, nie biadolą na ciężki los, a przesiadują na ławeczkach, rozmawiają o miłości i niejednokrotnie przeżywają drugą młodość. Jedzą tłuste rzeczy, nie obchodzi ich cholesterol, jako że dieta śródziemnomorska zapewnia im długowieczność oraz siły potrzebne do dalszej wędrówki. Mają do zrealizowania jeszcze wiele planów, wybierają się w dalekie podróże statkami wycieczkowymi i korzystają z usług medycyny estetycznej. Zmarszczki może i są fajne, ale jeśli jest na nie rozwiązanie, to warto je zastosować. Niejedna starsza pani nosi się niczym na wybiegu, lecz nikogo to nie szokuje, bo włoska swoboda obyczajów nie robi wyjątków. A że modne jest posiadanie partnerów z dużą różnicą wieku, stąd na włoskich ulicach można spotkać emerytki w towarzystwie ich młodszych kochanków. 

Toy boye (tak nazywa się młodych narzeczonych) są antidotum skuteczniejszym od lekarstw. Panie nie wstydzą się tego, że w ich wieku nadal ma się pragnienia i celowo wybierają mężczyzn młodszych nawet o 30 lat. Większość takich kobiet jest dobrze sytuowana i zapewnia kochankom dyskretny sponsoring, ale to również nie spotkało się z negatywnym odbiorem społeczeństwa. Skoro starzy faceci mogą mieć młode laski, to dlaczego kobiety mają być gorsze? Taki Berlusconi wziął sobie za partnerkę dziewczynę, która mogłaby być jego wnuczką, wszak dzieli ich prawie 50 lat, lecz nikt z tego powodu go nie osądza. Wręcz przeciwnie, postawa byłego premiera imponuje zwykłym Włochom i wielu z nich stawia go za przykład prawdziwego mężczyzny. Kobiety zaś idą śladem kilku celebrytek i doceniają wpływ młodego ciała na ich wygląd i samopoczucie. Nie generalizuję oczywiście, ta sprawa nie dotyczy wszystkich emerytów, niemniej jest coraz więcej podobnych związków i nikt nie mówi po kątach, że starszym paniom odbiło.

I starość może być przyjemna. To kolejny etap naszej tułaczki, który lepiej przejść z uśmiechem na ustach, a nie patrzeć w metrykę i zastanawiać się, czy w tym wieku nadal coś wypada. Jakże milej spędzać czas na zabawie, zamiast dyskutować o śmierci bądź o chorobach. Włoscy emeryci biorą życie pełnymi garściami, gdyż jutro mogą nie mieć już tej szansy. Ich dzień nie kręci się tylko wokół kościoła i spraw religijnych, ale także doczesnych, bo te są naprawdę piękne. Z tego powodu czas nie przecieka im przez palce, a w ich rozmowach przebrzmiewa optymizm, który wyraża słynne włoskie dolce vita. I na ławeczce przed domem można się rozluźnić, poznać następną miłość lub wygrać ze starością. Włosi potrafią zaszaleć i nie dać się strzykającym stawom, zaś mieszkanie nie jest dla nich celą bez wyjścia. Nie mają recepty na wieczną młodość i nie zawsze jest u nich kolorowo, jednak wolą skupić się na pozytywnych aspektach istnienia. Włoscy seniorzy nie wynaleźli eliksiru młodości, lecz niewątpliwie starzeją się wolniej, bo sami tak zdecydowali i za to im chwała. 

I we Włoszech można tęsknić

by 08:48


Czasem pęka mi serce. Czasem brakuje oddechu. Czasem mam obolałą duszę. Czasem moje oczy wypełnia pustka. To "czasem" dzieje się tylko czasem, ale gdy przychodzi, rozpadam się na części. Ogarnia mnie tęsknota za krajem, ta cholerna nostalgia, która powoduje rozbrat z moim własnym "ja", z emigracyjnym życiem i szczęściem, jakie daje mi moja rodzina. Tęsknota wdziera się we mnie od niechcenia, pojawia się nieproszona i nie ma siły, by ją ujarzmić. Nie da się jej powstrzymać, nie można jej odsunąć lub o niej zapomnieć. To parszywa kompanka mojej emigracyjnej ścieżki i nawet nie próbuję z nią walczyć, bo to jest walka z góry skazana na sromotną porażkę. 

Nie tęsknię codziennie, lecz kiedy to się zdarza, umieram. Mam ochotę wyć i błagam, aby jakaś siła wyższa przeniosła mnie do kraju. Tak stało się niedawno, gdy wyjechaliśmy z promu wiodącego na Sardynię i autostradą zmierzaliśmy do domu teściów. Podziwiałam niepowtarzalny klimat wyspy, aż tu nagle przyszła ona, ta cholerna nostalgia. Ponownie zaczęłam rozglądać się wkoło i wszystko wydało mi się takie pospolite, zaś fascynacja Sardynią pękła niczym bańka mydlana. Zamarzył mi się śląski krajobraz, kopalniane szyby i familoki, a uczucie, które temu towarzyszyło, było ciężkie do zniesienia. Nie potrafię ująć w słowach tego, co czułam, gdy tęsknota wpiła się w mą duszę. Nie mogłam zapanować nad sobą i krzyczałam w myślach- chwilo, nie trwaj, bo znowu mnie rozerwiesz na kawałki. Nie wiem czy wyniosła się po paru godzinach, minutach, czy sekundach, ponieważ w takich momentach nie jestem niczego świadoma.

Ile razy słyszałam, że nie powinnam się przejmować, gdyż mieszkanie we Włoszech to swego rodzaju przywilej. Mam morze z praktycznie każdej strony, obcuję na co dzień z pięknem Italii, jem prawdziwą pizzę i rozkoszuję się wspaniałym włoskim krajobrazem. Zostawiłam kraj, w którym dzieje się coraz gorzej, po kiego więc wylewam smutki, zamiast się po prostu cieszyć? Na ogół tak się dzieje i jestem radosna jak szczygiełek, ale co jakiś czas głośno puka do mych drzwi ona, ta cholerna nostalgia. Emigrant zabiera ją ze sobą w walizce i na obczyźnie towarzyszy mu już do końca, jak groźny cień czający się w pobliżu. Nikt i nic nie załata dziury, którą wypala tęsknota. Człowiek musi się z nią uporać sam, a kiedy odzywa się w nim miłość do ojczyzny, najlepiej zostawić go w spokoju. Bo z emigracją nieodłącznie wiąże się samotność i nawet najbliższa osoba nie pomoże rozedrzeć tęsknoty na strzępy.

Czasem mam ochotę wrócić. Czasem przeklinam bez oporu. Czasem jestem wściekła, a czasem nerwowa. To "czasem" występuje wówczas, gdy po raz kolejny zastawia na mnie sidła ona, ta cholerna nostalgia. Nie mam wpływu na to, kiedy mnie odwiedza, ani z jaką częstotliwością to robi i nie mogę jej dać kopniaka, chociaż bardzo bym chciała. Na szczęście jest w moim domu rzadkim gościem, lecz skutki jej wizyty tkwią we mnie długo. Na co dzień nie mam wątpliwości, więc nie chcę robić szopki z mojego statusu emigrantki, a opowieść o tęsknocie jest dla mnie formą terapii. Dźwigam z uśmiechem mój mały krzyż i tylko chwilami jest on dla mnie ciężarem. Nie cierpię za miliony, nie płaczę po nocach i ani przez moment nie żałowałam swej decyzji o wyjeździe. Tęsknota jest jednak tak skonstruowana, że i szczęśliwemu człowiekowi może nieźle dokopać. Kiedy więc następnym razem powiesz mi "ale ci dobrze", zastanów się dwa razy, zanim się odezwiesz. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.