Ta cholerna nostalgia



Czasem pęka mi serce. Czasem brakuje oddechu. Czasem mam obolałą duszę. Czasem moje oczy wypełnia pustka. To "czasem" dzieje się tylko czasem, ale gdy przychodzi, rozpadam się na części. Ogarnia mnie tęsknota za krajem, ta cholerna nostalgia, która powoduje rozbrat z moim własnym "ja", z emigracyjnym życiem i szczęściem, jakie daje mi rodzina. Tęsknota wdziera się we mnie od niechcenia, pojawia się nieproszona i nie ma siły, by ją ujarzmić. Nie da się jej powstrzymać, nie można jej odsunąć lub o niej zapomnieć. To parszywa kompanka mojej emigracyjnej ścieżki i nawet nie próbuję z nią walczyć, bo to jest walka z góry skazana na sromotną porażkę. 

Nie tęsknię codziennie, lecz kiedy to się zdarza, umieram. Mam ochotę wyć i błagam, aby jakaś siła wyższa przeniosła mnie do kraju. Tak stało się niedawno, gdy wyjechaliśmy z promu wiodącego na Sardynię i autostradą zmierzaliśmy do domu teściów. Podziwiałam niepowtarzalny klimat wyspy, aż tu nagle przyszła ona, ta cholerna nostalgia. Ponownie zaczęłam rozglądać się wkoło i wszystko wydało mi się takie pospolite, zaś fascynacja Sardynią pękła niczym bańka mydlana. Zamarzył mi się śląski krajobraz, kopalniane szyby i familoki, a uczucie, które temu towarzyszyło, było ciężkie do zniesienia. Nie potrafię ująć w słowach tego, co czułam, gdy tęsknota wpiła się w mą duszę. Nie mogłam zapanować nad sobą i krzyczałam w myślach- chwilo, nie trwaj, bo znowu mnie rozerwiesz na kawałki. Nie wiem czy wyniosła się po paru godzinach, minutach, czy sekundach, ponieważ w takich momentach nie jestem niczego świadoma.

Ile razy słyszałam, że nie powinnam się przejmować, gdyż mieszkanie we Włoszech to swego rodzaju przywilej. Mam morze z praktycznie każdej strony, obcuję na co dzień z pięknem Italii, jem prawdziwą pizzę i rozkoszuję się wspaniałym włoskim krajobrazem. Zostawiłam kraj, w którym dzieje się coraz gorzej, po kiego więc wylewam smutki, zamiast się po prostu cieszyć? Na ogół tak się dzieje i jestem radosna jak szczygiełek, ale co jakiś czas głośno puka do mych drzwi ona, ta cholerna nostalgia. Emigrant zabiera ją ze sobą w walizce i na obczyźnie towarzyszy mu już do końca, jak groźny cień czający się w pobliżu. Nikt i nic nie załata dziury, którą wypala tęsknota. Człowiek musi się z nią uporać sam, a kiedy odzywa się w nim miłość do ojczyzny, najlepiej zostawić go w spokoju. Bo z emigracją nieodłącznie wiąże się samotność i nawet najbliższa osoba nie pomoże rozedrzeć tęsknoty na strzępy.

Czasem mam ochotę wrócić. Czasem przeklinam bez oporu. Czasem jestem wściekła, a czasem nerwowa. To "czasem" występuje wówczas, gdy po raz kolejny zastawia na mnie sidła ona, ta cholerna nostalgia. Nie mam wpływu na to, kiedy mnie odwiedza, ani z jaką częstotliwością to robi i nie mogę jej dać kopniaka, chociaż bardzo bym chciała. Na szczęście jest w moim domu rzadkim gościem, lecz skutki jej wizyty tkwią we mnie długo. Na co dzień nie mam wątpliwości, więc nie chcę robić szopki z mojego statusu emigrantki, a opowieść o tęsknocie jest dla mnie formą terapii. Dźwigam z uśmiechem mój mały krzyż i tylko chwilami jest on dla mnie ciężarem. Nie cierpię za miliony, nie płaczę po nocach i ani przez moment nie żałowałam swej decyzji o wyjeździe. Tęsknota jest jednak tak skonstruowana, że i szczęśliwemu człowiekowi może nieźle dokopać. Kiedy więc następnym razem powiesz mi "ale ci dobrze", zastanów się dwa razy, zanim się odezwiesz. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.