Subtelni (albo i nie) mistrzowie dwuznaczności

by 27 września


Przed moim wyjazdem do Włoch dużo słyszałam nie tylko na temat "tych playboyów Makaroniarzy" (uwierzcie, że nie znoszę tego słowa, choć kiedyś sama go nadużywałam), ale również o tym, że Włochom wszystko kojarzy się z seksem. Jakkolwiek pierwsze stwierdzenie nie jest do końca zgodne z prawdą, bo znam wielu Włochów, którzy z pojęciem "amant" nie mają nic wspólnego, to drugie jest jak najbardziej słuszne. Włosi są słownymi mistrzami dwuznaczności, a odniesienia do seksu znajdują wszędzie, nawet w niewinnych bajkach dla dzieci. Ich zawadiacka natura już tak jest skonstruowana, że muszą dodać coś pikantnego do rozmowy, gdyż powoduje to salwy śmiechu. No i nadaje sens dialogowi, jako że konwersacja bez pieprznego elementu nie ma w sobie nic ciekawego.

Wiele aluzji do seksu można odnaleźć w kuchni i łatwo przejść od gastronomii do erotyki, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy. Biada temu, kto rozprawia o ziemniakach, ponieważ tym mianem określa się też waginę. Kiedy więc Włoch mówi "patata", ma na myśli oczywiście ziemniak, chyba że z kontekstu zdania wynika coś innego. Kilka lat temu we włoskiej telewizji królowała reklama z gwiazdorem porno- Rocco Siffredim, który zachęcał do jedzenia czipsów (po włosku patatine). Ikona fimów dla dorosłych mówiąca o czipsach nie dała zbytnio popisu do wyobraźni i każdy głupi się domyślał, o co naprawdę chodziło boskiemu Rocco. Tylko Włosi mogli wpaść na taki pomysł i nie oburzyć się z powodu (podobno) skandalicznego spotu. Rocco i patatine to przecież oczywista oczywistość, bo któż zjadł ich więcej od niego? 

Podobnie sprawa ma się z groszkiem (pisello) i jego wpływem na nasze samopoczucie. Jedni go lubią, inni za nim nie przepadają, a jeszcze innym poprawia humor. Trzeba jednak uważać, gdy wdaje się w dyskusję na temat groszku, bo może ona nas zaprowadzić krok po kroku do... męskiego krocza. Otóż swojska nazwa członka to właśnie "pisellino", który gdziekolwiek się pojawi, tam narobi sporo zamieszania. Widać to zwłaszcza w transmisjach kulinarnych i kilku znanych twarzy telewizyjnych nadziało się już na ów oryginalny groszek. Gafy te szybko rozeszły się po internecie i były szeroko komentowane, a ich autorzy zyskali jeszcze większą popularność. Musicie jednak być czujni, ponieważ groszek sieje zamęt również i poza kuchnią, a jego wpływy znajdują się też w bajkach. "Księżniczka na ziarnku grochu" w naszym języku nie wzbudza żadnych emocji, natomiast we włoskim jak najbardziej. "Principessa sul pisello" jest dla Włochów przykładem tego, iż dwuznaczność czasem bywa kłopotliwa. Krótko mówiąc, czytając ją dzieciom, mają przekichane, ale i tak uwielbiają tę opowieść. 

Kiepsko jest po włosku zamiatać (scopare). To zwykła czynność, którą pospolita gospodyni domowa (jak nie przymierzając ja), wykonuje codziennie i praca ta nie przynosi jej żadnych uniesień. Tymczasem wyraz scopare to wulgarny zwrot dotyczący uprawiania seksu i lepiej omijać go szerokim łukiem, bowiem nie wiadomo, do czego może nas doprowadzić. Zdarzyło mi się widzieć zakłopotanie na twarzy osób, które wymieniały to słowo, po czym konspiracyjne tłumaczyli, co ono znaczy. Dwuznaczności włoskie pomagają mi trochę w przyswajaniu nowych słówek, ponieważ szukam synonimów, aby nie wymówić niektórych haseł. Nie jestem osobą pruderyjną, lecz brakuje mi włoskiej swobody obyczajów i czasem robię słowne uniki. Zdarzają mi się i językowe wpadki, a największą z nich przeżyłam w piekarni na mojej ulicy, do której wybrałam się kupić chleb. Była to moja pierwsza wyprawa po pieczywo i choć dobrze wiedziałam, jak się mówi po włosku "chleb", to palnęłam takiego byka, iż do tej pory palę się ze wstydu:

-Poproszę pene- powiedziałam do sprzedawczyni

-Jesteś pewna?- spytała mnie.

-Jak najbardziej- odpowiedziałam oburzona.

-Przykro mi, ale w tej chwili nie mamy żadnego na stanie. Za chwilę wróci kolega i może on ci jakoś pomoże.

I już miałam zacząć się gniewać, gdy dotarło do mnie, że chciałam kupić penis (pene-penis, pane-chleb). Chcąc nie chcąc, znakomicie wpisałam się we włoski klimat.


zdjęcie- Pinterest

Emigracyjna analiza w kilku aktach

by 15 września


Zbliża się szósta rocznica mojego pobytu na włoskiej ziemi, więc wypadałoby podsumować te kilka lat przeżytych poza krajem. Emigracja, którą umyślnie wybrałam, przyniosła mi wiele radości, trochę smutków i łez, lecz najwięcej w niej miłości, bowiem to na obczyźnie dane mi było zostać matką, a moje córeczki są dla mnie całym światem. I kiedy przypominam sobie włoskie początki, to mam wrażenie, że przebywałam na zupełnie innej planecie i nawet nie wiedziałam, na co się piszę. Moja emigracja składa się z różnych etapów, a każdy z nich jest tak samo ważny, ponieważ dzięki nim dojrzałam i ujarzmiłam potwory drzemiące w tej pięknej, acz trudnej wędrówce, jaką jest mieszkanie z dala od ojczyzny:

1. Etap pierwszy- euforia.

Pierwsze tygodnie we Włoszech to była dla mnie niekończąca się euforia. Wszystko uważałam za ekscytujące, zachwycała mnie każda pierdoła i miałam się za wielką szczęściarę. Opuszczałam kraj, który mimo że ma swój urok, to jednak nie zachwyca tak jak Italia. Zdawało mi się, że przyjechałam tu na wakacje, już zawsze będzie wspaniale i nie opuści mnie entuzjazm, gdy niespodziewanie nastąpił:

2. Etap drugi- stagnacja.

Zrozumiałam, że nie jestem we Włoszech na urlopie, tylko zaplanowałam tu życie i nie ma mowy o powrocie do kraju, przynajmniej nie na takich warunkach, jakie sobie wymarzyłam. Italia przytłaczała mnie okrutnie i czułam się niemal jak w więzieniu, z którego nigdy nie wyjdę. Moje przygnębienie potęgowała świadomość, że Polskę zobaczę nieprędko i nagle ojczyzna zaczęła mi się jawić bardzo wzniośle, w związku z czym dopadł mnie:

3. Etap trzeci- gloryfikacja.

To uczucie jest nieobce żadnemu emigrantowi, zaś idealizowanie ojczyzny jest świętym prawem każdego tułacza. "W Polsce to by się nie zdarzyło", "W Polsce żyje się lepiej", "Polska jest bardziej cywillizowana od Włoch"- ile razy z moich ust padały podobne słowa, co ogromnie irytowało męża. W Italii większość rzeczy stała się dla mnie "be" i ciągle coś porównywałam z Polską. Brak rodzimych rarytasów również dał mi się we znaki, bo przecież pizza czy spaghetti nie mogą się równać z kapustą kiszoną. I tkwiłam w tej złości, wzdychałam niczym natchniony poeta do "kraju tego", po czym odnotowałam, że dalej tak nie da się żyć, więc weszłam w:

4. Etap czwarty- uspokojenie.

Znów pokochałam Italię i to pomogło mi pogodzić się z moim statusem emigrantki. Zapuściłam korzenie we Włoszech, odkryłam na nowo smak tutejszej kawy i zdjęłam z pleców niepotrzebny ciężar. Przypomniałam sobie, dlaczego jestem w Italii i w mojej duszy zapanował spokój. Nie jestem tu za karę i niejeden dałby się pokroić, żeby być na moim miejscu, a do Polski w końcu nie mam daleko. Byłam wzburzona, ale odzyskałam panowanie nad sobą, w czym duża zasługa mojej rodziny. 

Jest jeszcze jeden etap, który towarzyszy mi od początku emigracji i nie ma niego lekarstwa. To niepewność, że ktoś odejdzie bez pożegnania, że komuś stanie się krzywda, że nie zdąży się kogoś zobaczyć, że zadzwoni telefon, którego nie będę chciała odebrać, że jutro może być za późno...

Obsługiwane przez usługę Blogger.