Emigracyjna analiza w kilku aktach



Zbliża się szósta rocznica mojego pobytu na włoskiej ziemi, więc wypadałoby podsumować te kilka lat przeżytych poza krajem. Emigracja, którą umyślnie wybrałam, przyniosła mi wiele radości, trochę smutków i łez, lecz najwięcej w niej miłości, bowiem to na obczyźnie dane mi było zostać matką, a moje córeczki są dla mnie całym światem. I kiedy przypominam sobie włoskie początki, to mam wrażenie, że przebywałam na zupełnie innej planecie i nawet nie wiedziałam, na co się piszę. Moja emigracja składa się z różnych etapów, a każdy z nich jest tak samo ważny, ponieważ dzięki nim dojrzałam i ujarzmiłam potwory drzemiące w tej pięknej, acz trudnej wędrówce, jaką jest mieszkanie z dala od ojczyzny:

1. Etap pierwszy- euforia.

Pierwsze tygodnie we Włoszech to była dla mnie niekończąca się euforia. Wszystko uważałam za ekscytujące, zachwycała mnie każda pierdoła i miałam się za wielką szczęściarę. Opuszczałam kraj, który mimo że ma swój urok, to jednak nie zachwyca tak jak Italia. Zdawało mi się, że przyjechałam tu na wakacje, już zawsze będzie wspaniale i nie opuści mnie entuzjazm, gdy niespodziewanie nastąpił:

2. Etap drugi- stagnacja.

Zrozumiałam, że nie jestem we Włoszech na urlopie, tylko zaplanowałam tu życie i nie ma mowy o powrocie do kraju, przynajmniej nie na takich warunkach, jakie sobie wymarzyłam. Italia przytłaczała mnie okrutnie i czułam się niemal jak w więzieniu, z którego nigdy nie wyjdę. Moje przygnębienie potęgowała świadomość, że Polskę zobaczę nieprędko i nagle ojczyzna zaczęła mi się jawić bardzo wzniośle, w związku z czym dopadł mnie:

3. Etap trzeci- gloryfikacja.

To uczucie jest nieobce żadnemu emigrantowi, zaś idealizowanie ojczyzny jest świętym prawem każdego tułacza. "W Polsce to by się nie zdarzyło", "W Polsce żyje się lepiej", "Polska jest bardziej cywillizowana od Włoch"- ile razy z moich ust padały podobne słowa, co ogromnie irytowało męża. W Italii większość rzeczy stała się dla mnie "be" i ciągle coś porównywałam z Polską. Brak rodzimych rarytasów również dał mi się we znaki, bo przecież pizza czy spaghetti nie mogą się równać z kapustą kiszoną. I tkwiłam w tej złości, wzdychałam niczym natchniony poeta do "kraju tego", po czym odnotowałam, że dalej tak nie da się żyć, więc weszłam w:

4. Etap czwarty- uspokojenie.

Znów pokochałam Italię i to pomogło mi pogodzić się z moim statusem emigrantki. Zapuściłam korzenie we Włoszech, odkryłam na nowo smak tutejszej kawy i zdjęłam z pleców niepotrzebny ciężar. Przypomniałam sobie, dlaczego jestem w Italii i w mojej duszy zapanował spokój. Nie jestem tu za karę i niejeden dałby się pokroić, żeby być na moim miejscu, a do Polski w końcu nie mam daleko. Byłam wzburzona, ale odzyskałam panowanie nad sobą, w czym duża zasługa mojej rodziny. 

Jest jeszcze jeden etap, który towarzyszy mi od początku emigracji i nie ma niego lekarstwa. To niepewność, że ktoś odejdzie bez pożegnania, że komuś stanie się krzywda, że nie zdąży się kogoś zobaczyć, że zadzwoni telefon, którego nie będę chciała odebrać, że  jutro może być za późno...

Obsługiwane przez usługę Blogger.