Badante- jedno słowo, tyle ról

by 20 października

We Włoszech jest ich bardzo dużo. Są światłem w życiu starszych ludzi, potrzebujących towarzystwa i ochrony przed samotnością. Mieszkają z nimi, sprzątają, chodzą na zakupy, gotują, niejednokrotnie ich myją i przewijają, oglądają razem telewizję i stają się dla nich członkami rodziny. To opiekunki osób starszych, po włosku badante, których praca jest ciężka, często bywa niewdzięczna, a jeszcze częściej niedoceniona. Nie jest łatwo być badante  i trzeba mieć do tej pracy nie tylko mocny charakter, ale i wyjątkową krzepę. Bo podniesienie staruszki wymaga siły zarówno fizycznej, jak i psychicznej. To nie jest praca marzeń, lecz wszystko zależy od tego, na kogo się trafi.

Sama nie mam żadnych doświadczeń związanych z opiekowaniem się osobami starszymi we Włoszech, dlatego skontaktowałam się z kilkoma rodaczkami, które wykonują zawód badante. Drogą wirtualną opowiedziały mi o tym, czym dla nich jest ta praca, jakie mają wspomnienia i czy żałują, że w ogóle pojawiły się w Italii. Ich historie są dla mnie przykładem tego, że Polki zawsze dają radę, nawet wtedy, kiedy jest im naprawdę źle. Mieszkanie z dala od krewnych, na obcej ziemi, gdy jest się skazanym jedynie na starszą osobę, którą się opiekuje, nie należy do prostych zadań, zwłaszcza na początku. Potem jest już nieco lepiej i czasem pojawia się światełko w tunelu.

Teresa od piętnastu lat pracuje jako badante. Zna Włochy na wylot, bo tak się złożyło, że często się przenosiła. Na początku było jej ciężko, ponieważ nie znała języka, nie potrafiła odnaleźć się we włoskich realiach, a do tego musiała zajmować się kobietą przykutą do wózka, która mimo kalectwa umiejętnie posługiwała się laską i okładała nią Teresę z byle jakiego powodu. Po miesiącu gehenny Teresa uciekła z tego domu wariatów, jak sama go określiła i za pomocą znajomej Polki znalazła schronienie u miłej Włoszki z Turynu. Starsza pani nie wymagała wiele, oprócz towarzystwa, a jej rodzina płaciła niezłe pieniądze i nie wtrącała się w obowiązki opiekunki. Teresa uczyła się języka, zaczęła poznawać tutejsze zwyczaje i udawało się jej posyłać pieniądze zadłużonemu mężowi. Niestety, po dwóch latach starsza pani zmarła, a Teresa znowu została bez zajęcia. Szybko jednak trafiła na ciekawą ofertę i została opiekunką jurnego emeryta, który nie potrafił trzymać łap przy sobie.

-I tak już piętnasty rok się tułam- wyznaje Teresa- pół roku siedzę we Włoszech, a potem jadę na miesiąc do kraju, aby odpocząć i nabrać siły na kolejne miesiące. Opiekuję się emerytami, a przecież i ja jestem niemłoda. Nie chcę jeszcze z tym kończyć, bowiem czuję się potrzebna tym ludziom. W Polsce najpewniej tonęłabym w długach  i w desperacji. Mąż ma niską emeryturę i nie mielibyśmy z czego żyć, a tak spłaciłam nasze zobowiązania i mogę spać spokojnie. Ludzie mnie szanują i nazywają "wielką panią", choć dawniej nie poznawali mnie na ulicy. Dzisiaj zarabiam w euro, więc zyskałam dzięki temu szacunek otoczenia.   

Maria nie ma tak długiego stażu jak Teresa i nie ma tyle szczęścia, co ona, gdyż trafiają się jej osoby wymagające stałej opieki. Od ponad roku pracuje w Rzymie, a jej "babcia" bez jej pomocy nie zrobi niczego. Maria czasem wysiada psychicznie, ponieważ wydaje jej się, że starsza pani specjalnie ją dręczy i tylko udaje obłożnie chorą. A kiedy Maria ma wolny dzień, emerytka przeważnie dostaje gorączki, albo nagłych zawrotów głowy i Maria musi zrezygnować ze spotkania z koleżankami, mimo że cały tydzień na nie czeka. 

-To takie parszywe- czytam w mailu napisanym do mnie- mam ochotę ucieć z tej pracy i wrócić do kraju, lecz zatrzymuje mnie kasa. W Polsce w życiu bym tyle nie zarobiła, zresztą poznałam tu kogoś i oszalałam z miłości. Mam 45 lat, myślałam, że te sprawy już są poza mną, a tu proszę, zbajerował mnie Włoch. Widujemy się rzadko, lecz chwile skradzione w przelocie tej opiekuńczej gonitwy wynagradzają mi wszystko. Nie zostawiłam chłopa w Polsce, nikogo nie zdradzam, niemniej nie jest mi dobrze, bo mój Włoch nie traktuje mnie poważnie. Chciałabym, aby się zdeklarował i zabrał mnie od tej baby, ale on milczy, a ja cierpię i znoszę humory 80-letniej emerytki. 

Zupełnie innym przypadkiem badante jest Halina, która do pracy opiekunki podchodzi na luzie i nie przejmuje się zbytnio wymaganiami starszych pań. Zna tą robotę od podszewki i z niejednego pieca chleb już jadła, więc wiele rzeczy jej zwisa i powiewa. Nie stresuje się, nie przejmuje, a gdy zdarza jej się gorszy dzień, dzwoni do domu, by się wygadać. Najgorsze w byciu badante jest dla niej tęsknota i brak polskiego jedzenia (Halina nie znosi makaronu). Spotyka się z Polkami, wychodzi na tańce, flirtuje z mężczyznami i buja w obłokach. 

-Praca badante jest nudna- przyznaje Halina- a najbardziej potrzeba do niej cierpliwości. I żeby mi jej nie zabrakło, znajduję sobie przestrzeń i małe rytuały, które akceptuje moja staruszka. Rano idę na zakupy i zahaczam o bar, gdzie piję kawę i plotkuję z Włochami. Wieczorami wychodzę na godzinkę i pozwala mi to na zachowanie spokoju. Muszę się, jak ja to nazywam, odchamić, inaczej bym nie wytrzymała. To nie jest łatwa robota, jako że psychicznie daje w kość. Trzeba mieć do niej predyspozycje, inaczej się nie wytrzyma. Nigdy nie "nakurwowałam" się tyle w Polsce, co w pięknej Italii, lecz Włosi, na szczęście, biorą moje przeklinanie za dobrą monetę. Poza tym podobam im się i co tu dużo ukrywać, jestem z tego powodu mega zadowolona. Włosi to mistrzowie podrywu.

Bohaterki tego wpisu zgodnie przyznają, że bycie badante to coś więcej, niż opieka nad starszymi osobami. Słowo badante to zlepek wielu ról, a każda z nich jest tak samo ważna. Opiekunka musi być dobrą pielegniarką, jeszcze lepszym psychologiem, czasem złym policjantem, bywa ochroniarzem staruszki, a przede wszystkim jest światełkiem w tunelu, dającym seniorom nadzieję. Dzięki badante samotność starszych ludzi nie jest już taka straszna. I tylko one wiedzą, ile ta praca wymaga poświęceń.


Zdjęcie- Adnkronos

Imiona pań na ich prośbę zostały zmienione.

Smutna historia babci Peppiny

by 03 października

Nie lubimy myśleć o starości. Nie akceptujemy pojawiających się zmarszczek. Nie chcemy dać za wygraną i próbujemy walczyć z upływającym czasem. Dążymy do tego, aby pomagać seniorom, ponieważ starość to etap, który powinien być spokojny i niezmącony przez żadne urzędnicze widma. Niestety, nawet piękna włoska jesień życia może zamienić się w koszmar, gdy musi zmierzyć się z bezduszną biurokracją. Taką walkę od kilku tygodni prowadzi 95-cio letnia babcia Peppina, a jej historia poruszyła włoską opinię publiczną. Ktoś uparł się, by eksmitować staruszkę z drewnianej chatki, w której mieszkała, gdyż została ona wybudowana nielegalnie na terenie dwukrotnie odwiedzonym przez trzęsienie ziemi. Pierwszy dom Babci Peppiny zawalił się po przejściu kataklizmu, zatem córki zakupiły drewnianą chatkę (na jej własną prośbę), gdzie chciała dotrwać do końca swych dni. I chociaż staruszka wygrała z potężnym żywiołem, jakim jest trzęsienie ziemi, to nie zdołała pokonać bezlitosnych zasad biurokracji. Przegrała więc, a wraz z nią przegrało państwo włoskie.

Powiecie teraz, że przecież słusznie, skoro dom został wybudowany nielegalnie. To prawda, nie dopełniono formalności, co bardzo często się zdarza, a włoski system jeszcze częściej przymyka na to oko. Domy budowane bezprawnie to zjawisko powszechne, z którym da się dużo zrobić, lecz nikomu się nie chce. Istnieje również proceder okupowania pustych mieszkań i przybrał on już dosyć niebezpieczny obrót. Polega on na tym, że osoby włamują się do mieszkania, w którym nikt nie mieszka i stają się jego lokatorami. Jest to niezgodne z prawem nadużycie i szerzy się ono w zatraważającym tempie. Nikt jednak się nie kwapi, aby z tym coś zrobić i nie widać w przypadku okupowanych mieszkań nadgorliwości ze strony państwa, jak stało z domem babci Peppiny. Można śmiało wyrzucić staruszkę z jej drewnianej chatki, ale osób zajmujących mieszkania bez zgody prawowitych właścicieli już nie. Na to nie ma się siły i najmniejszej ochoty, bo to taka włoska walka z wiatrakami. Zbyt dużo jest takich sytuacji i trzeba wiele zachodu, by każdy rozpatrywać indywidualnie. A babcia Peppina nie dała rady sama się obronić, więc trzeba było zaburzyć jej spokój na stare lata. 

I właśnie to jest najgorsze w całej tej historii- sędziwy wiek babci Peppiny powinien być niejako gwarancją na jej nietykalność. Przerażająco smutny był widok kobiety w telewizji, gdzie ze łzami w oczach opowiadała o tym, że nie chce opuszczać miejsca, w którym przeżyła 60 lat. Starość trzeba chronić od podobnych emocji, trzeba zrozumieć potrzeby osoby i jej pragnienie pozostania na swojej ziemi. Włoska biurokracja wzięła pod lupę 95-cio letnią staruszkę i walczyła z nią do oporu, aż wygrała. Nie pomogli politycy, którzy zajęli się sprawą babci Peppiny, ani głos społeczeństwa, domagający się odrzucenia zakazu eksmisji. Prawo to prawo i należy je egzekwować, grzmiali urzędnicy wymachujący służbowymi papierkami. Ależ naturalnie i z tym nikt nie polemizował, a z faktem, iż wyrzucono z domu staruszkę. Dlaczego to samo prawo jest tak pobłażliwe w stosunku do tysięcy innych osób? Widok zrozpaczonej babci Peppiny opuszczającej swój dom poruszył niejedno serce, lecz sumienia niektórych osób pozostały niewzruszone. "Dzisiaj umarło dla mnie państwo, nie jestem więcej dumna z bycia Włoszką"- powiedziała jedna z córek Peppiny i nie wypada nie zrozumieć jej rozgoryczenia. Starych drzew się nie przesadza, zwłaszcza gdy są tak rozczulająco bezbronne.


zdjęcie- inews.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.