O jeden wpis za daleko, czyli włoski blog pod lupą prokuratury

by 29 listopada

Nie wolno igrać ze zdrowiem, zwłaszcza cudzym, o czym przekonała się jedna z włoskich blogerek, której blog został właśnie zamknięty z powodu nakłaniania użytkowniczek do anoreksji. Autorka, 19-letnia dziewczyna, propagowała bardzo niebezpieczny styl odżywiania się, polegający na przekonywaniu fanek, iż prawie nie powinny jeść, a idealna dla nich waga to 35 kilogramów (jej wspólniczka układała nawet specjalne diety). Blog odwiedzały nastolatki, ślepo wierzące w to, o czym blogerka pisała i stosowały się do jej rad, głodząc się i dbając o to, aby tylko nie przytyć. Sprawa pewnie nie wyszłaby na jaw, gdyby nie matka jednej z dziewczyn, która zaniepokoiła się tym, iż jej córka przestała jeść. Gdy odkryła, skąd nastolatka czerpała wzorce, nie wahała się ani chwili i zgłosiła sprawę na policję. Po roku śledztwa blog został zamknięty, a nad autorką ciążą teraz poważne zarzuty.  

Uważam, że bardzo dobrze się stało. Anoreksja to groźna choroba, a jej skutki mogą być i śmiertelne, szczególnie gdy zaczynają w nią popadać nastolatki. Blog odwiedzały przede wszystkim dziewczyny w wieku 14-tu i 15-tu lat, dla których autorka była autorytetem. Wpisy blogerki traktowały jak świętość i podążały za każdą jej sugestią, taką jak nie przekraczanie pięciuset kalorii dziennie lub picie wody dla zabicia głodu. W komentarzach pytały, czy dobrze robią, wymiotując jedzenie i wcielały w życie jej zalecenia, nie bacząc na to, że nie nie posiadała wykwalifikowanej wiedzy w dziedzinie odżywiania. Na szczęście czujność jednej z matek pomogła zapobiec pojawieniu się kolejnych ofiar nierozważnej blogerki. Nie należy wmawiać młodym dziewczynom, tak podatnym na manipulacje, że idealna figura mieści się w granicach 35-ciu kilogramów. Autorka posunęła się za daleko i odpowie w sądzie za podżeganie do samobójstwa.

Zamknięcie bloga to kolejny dowód na to, że nie jest się bezkarnym w sieci. Kontrowersyjne, wręcz ektremalne metody odżywania blogerki i namawianie nastolatek do jedynej właściwej diety nie mogły ujść jej na sucho, ponieważ swoimi wpisami ryzykowała życie czytelniczek bloga. "Razem nam się uda"- motywowała nastolatki i zachęcała je do radykalnych zmian w jadłospisie. To nie była Chodakowska, mobilizująca do ćwiczeń, tylko skrajnie nieodpowiedzialna osoba, chcąca zrobić widma ze swoich wyznawczyń. Sprawa z zamknięciem bloga jest szeroko komentowana we włoskich mediach, gdyż rzecz dotyczy tak ciężkiej choroby, jaką jest anoreksja. Nastoletnie dziewczyny łatwo podlegają złym wpływom, a gdy rzecz rozchodzi się o idealną figurę, tym bardziej dają się omamić. Autorka bloga ma 19 lat, więc w świetle prawa jest dorosła, ale też jest jeszcze jest nastolatką. Na pewno nie ma merytorycznej wiedzy, bo do tego potrzeba studiów, a żaden lekarz nigdy nie uzna diety 500 kalorii za bezpieczną. Blogerzy w dzisiejszych czasach mają wielką moc i czasem zastępują specjalistów, lecz trzeba być czujnym, kiedy obiera się ich za autorytet. Niech włoskie nastolatki lepiej wzorują się na Chiarze Ferragni, influencerce numer jeden w Italii. Zarobią miliony, może zwiążą się ze znanym raperem i będą zdrowe jak dzwon (chyba że zmęczą je wieczne wyjazdy). Anoreksji i blogerkom zachęcającym do fanatycznych sposobów na bycie szczupłą trzeba powiedzieć stanowcze "nie". 


zdjęcie- RomaFanpage

Jutro to możesz być Ty

by 25 listopada

Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

Moje życie składa się z takich właśnie trzasków. Precyzyjnych, systematycznych, okrutnych. Trzaski te wywołane są ciężką ręką mojego męża. Bije mnie od początku małżeństwa, a ja się na to godzę. Bo się go boję, bo nie umiem się przeciwstawić- i wreszcie- bo nie potrafię odejść. Przybrałam więc maskę i pokazuję ją światu. Gram na tyle dobrze swą rolę, że nikt się jeszcze nie domyślił, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem bita, zastraszana, poniżana, a wszystko to serwuje człowiek, który codziennie wyznaje mi miłość. Przemoc wobec mnie jest w jego odczuciu wyrazem tego, jak bardzo mnie kocha. Nie dostaję po twarzy bez przyczyny i moją winą jest agresja męża. Gdybym zachowywała się poprawnie, nie tknąłby mnie nawet palcem. Bije mnie, ponieważ sobie na to zasłużyłam.

Długo w to wierzyłam. Za długo.

W trakcie naszego narzeczeństwa wykazywał władcze odruchy, lecz nie wzięłam tego za ostrzeżenie. Gdy nie pozwolił mi ubrać krótkiej spódniczki, unosiłam się z zachwytu nad jego zazdrością. Gdy podniósł brew, kiedy rozmawiałam z kolegami, kończyłam posłusznie rozmowę i wracałam do ukochanego. Gdy narzekał, że za dużo czasu spędzam z przyjaciółkami, zerwałam z nimi kontakty. Po naszym ślubie od razu wyłożył kawę na ławę- jesteś moja i ani mi się waż robić coś poza moimi plecami, bowiem marnie skończysz. Zamknął mnie w domu, nigdzie nie wychodziłam i niemal przestałam oddychać. Pozbawił mnie woli, zrobił ze mnie swoją niewolnicę, podczas gdy sam żył jak król. Kochałam go nadal, ale coraz bardziej się go bałam.

Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Pamiętam, jak na wieść o tym szalał z radości, a we mnie obudziła się nadzieja, że może się zmieni i znowu będzie czuły i kochający. Przez okres ciąży mnie nie bił (to znaczy bił mnie rzadko i tak, by nie było śladów), lecz po narodzinach córki zrobił się jeszcze bardziej agresywny. Kiedy płakała w nocy, wyżywał się na mnie, gdyż nie mógł spać. Kiedy padałam ze zmęczenia, śmiał się ze mnie i mówił, że z niczym sobie nie potrafię dać rady. Nie pomagał mi przy córce i nie okazywał wobec niej szczególnych uczuć. Ją też chciał zbić, ale się postawiłam. Ten jeden raz powiedziałam wyraźnie, że jeśli dotknie nasze dziecko, ucieknę od niego. Oszczędził ją więc, lecz od tego czasu dostawałam w twarz podwójnie. Za siebie i za córkę.

Rzadko spoglądałam w lustro. Raz się do tego zmusiłam i przeraziłam się na widok swojej zatroskanej twarzy. Gdzie się podziała ta wesoła dziewczyna, ta dusza towarzystwa, którą każdy lubił? Zobaczyłam przestraszoną kobietę, z podkrążonymi oczami, nieumiejącą się uśmiechnąć i zobojętniałą na to, co się wokół niej działo. Nie interesowało mnie nic, wszystko robiłam machinalnie i tylko córka potrafiła obudzić we mnie jakieś doznania. A ona rosła, rozumiała coraz więcej i widziała, co się dzieje. Pytała mamę, dlaczego tata jest zły, a mama musiała kłamać, by dziecko nie cierpiało. Tatuś nie jest zły- odpowiadałam- dużo pracuje i jest zwyczajnie zestresowany. Kocha nas jednak ponad życie. Wierzyłam w to nadal, po pięciu latach gehenny, regularnego bicia i poniżania cały czas byłam przekonana, że agresja męża jest wywołana miłością. Taka byłam naiwna.

Na potrzeby usprawiedliwienia działań męża wymyśliłam sobie definicję małżeństwa. Mąż ma prawo mnie bić, jest moim panem i władcą, to jego święty obowiązek. Wczoraj przypaliłam kotlety, więc to normalne, że się wkurzył. Niedawno zapomniałam umyć naczynia i uderzył mnie, aby przypomnieć, że obowiązki domowe to moja praca. A w zeszłą niedzielę skopał mnie jak psa, gdy jego ulubiony klub piłkarki przegrał z kretesem. Musiał się wyżyć, a że miał mnie pod ręką, to trochę go poniosło, każdy głupi to zrozumie. Przyjmowałam jego ciosy bez słowa sprzeciwu, jako że protesty jeszcze bardziej go podkręcały. A gdy leżałam bezbronna na ziemi, dawał mi święty spokój. Ten „dodatek do małżeństwa”, jak nazywałam bicie, stał się dla mnie czymś tak powszednim, że zapomniałam o bólu. I nawet łzy zostawiłam gdzieś w poczekalni duszy, bo nie potrafiłam już płakać. Przywykłam do przemocy.

Swoją rolę szczęśliwej żony grałam znakomicie. Sińce zakrywałam makijażem, przerażenie uśmiechem, a mąż w oczach innych kobiet jawił się jako ideał. Przystojny, szarmancki, kulturalny, ile dziewczyn mi go zazdrościło. Nie wiedziały, że to domowy tyran, który urządził z mojego życia piekło. Nie miały pojęcia, iż zrobił ze mnie worek treningowy i okładał go rytmicznie, jak bokser na ringu. Nie domyślały się, że zabijał również słowem i spowodował, że znienawidziłam siebie. Czułam się nikim i byłam nikim dzięki zagrywkom mojego męża.

Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

I tak dzień po dniu, aż do...

Siedziałam na kanapie i oglądałam stare zdjęcia. Na jednym z nich był chłopak, którego rzuciłam dla męża. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, jakby to było, gdybym z nim została. Może byłabym szczęśliwsza? Może by mnie szanował? Zamyśliłam się i nie zauważyłam męża stojącego nade mną. Gdy tylko na niego spojrzałam, doszło do mnie, że przesadziłam i że tym razem nie będzie miał dla mnie litości. Nie tolerował mojej przeszłości, a byłego narzeczonego nienawidził. Chciałam uciec, ale zostałam na kanapie, bo strach wrył mnie w siedzenie. Mąż wyszedł do kuchni.

Wrócił po chwili. W ręku trzymał nóż. Jego spojrzenie zwiastowało coś strasznego.

Jeden cios.

Drugi.

Szósty. 

Piętnasty.

Trzydziesty.


Moje ciało znalazła córka, kiedy wróciła ze szkoły.

Mąż za morderstwo dostał dwadzieścia lat. Sędzia orzekł, że zabójstwo nie miało w sobie elementów okrucieństwa, stąd tak niski wyrok. Wyjdzie o wiele szybciej z racji dobrego zachowania i ułoży swoje życie na nowo.

Ja już nie będę miała tej szansy.

Córką zajmuje się babcia. Codziennie chodzą na mój grób, zapalają znicze, rozmawiają.

I płaczą, płaczą bez ustanku.

A ja płaczę wraz z nimi. To nie powinno było się stać. Jestem ofiarą, lecz jestem też własnym katem. Przez lata znosiłam agresję męża, łudziłam się, że się zmieni, poddałam się terrorowi domowemu. Mogłam odejść po pierwszym sygnale przemocy, zgłosić się na policję i szukać pomocy wszędzie. Miałam tą możliwość i z niej nie skorzystałam. Moja córka przeszła piekło razem ze mną. Nie byłam dobrą matką.

Miałabym teraz 35 lat.

Czy Ty również chcesz skończyć jak ja? Nie pozwól na to. Nie łudź się, że facet, który bije, kocha. Nie łudź się, że przestanie. Ja przekonałam się o tym za późno, ale dla Ciebie jest jeszcze nadzieja.

Ty kochasz, a on nie wie, co to miłość.

Zabij ją więc, zdepcz, odsuń od siebie, uciekaj.

Przeżyjesz.



Dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą wobec Kobiet. 

Dzień Wstydu Dla Mężczyzn.


Wpis jest dedykowany wszystkim ofiarom kobietobójstwa (femminicida), które w Italii nie ustępuje. Do tej pory odnotowano 114 zabójstw na kobietach, a rok jeszcze się nie skończył. 

Czerwone szpilki, symbol kobietobójstwa

Matki na Szczycie jesień w Neapolu

by 02 listopada

To był bardzo intensywny dzień, więc pisarka Katarzyna Targosz (znana również jako Matka na Szczycie), która wróciła właśnie z przemiłej, acz wyczerpującej promocji swojej najnowszej powieści „Szlak Kingi”, nie myślała o niczym innym, jak o drzemce. Przedtem jednak starym zwyczajem sprawdziła skrzynkę pocztową i zdumiała się mocno, przeczytawszy jedną z wiadomości.

-To niemożliwe- szepnęła sama do siebie- nie wierzę w to, co czytam.

Maila do Matki Na Szczycie wysłał słynny włoski reżyser, laureat Oscara za „Wielkie sprzęgło”- Paolo Szurnientino. Reżyser, zachwycony powieścią „Jesień w Brukseli”, chciał ją przenieść na ekran i zaoferował autorce niebagatelną sumę za prawa do scenariusza, w zamian jednak chciał dokonać kilka poprawek, które nie spodobały się Matce Na Szczycie. Już sam fakt, że film miałby się nazywać „Jesień w Neapolu”, a jego akcja przeniosłaby się z Krakowa do stolicy Kampanii, nie podziałał na fantazję naszej pisarki, a wręcz przeciwnie, gotowa była odmówić Szurnientino, zwłaszcza że nie przepadała za jego twórczością („Wielkie sprzęgło” znudziło ją po 10-ciu minutach). Lecz mąż Katarzyny, Ojciec na Szczycie, gdy tylko zobaczył, za ile Szurnientino chciał wykupić scenariusz, od razu stanął po stronie reżysera. Oczami wyobraźni widział pensjonat, o którego postawieniu marzył już od dawna i zrozumiał, że żona nie może zaprzepaścić takiej szansy.

-Dla takiej kwoty, to znaczy chciałem powiedzieć dla sztuki, warto pójść na ustępstwa- zauważył roztropnie Ojciec na Szczycie- Szurnientino zaprasza cię do Włoch, abyś przekonała się, jak to wszystko ma wyglądać. Co ci szkodzi, jedź na te dwa tygodnie, a ja zajmę się synem. Możesz wziąć ze sobą dwie osoby, więc skorzystaj z tego i dopiero potem zdecydujesz, czy wizja reżysera pasuje do twojej książki.

Matka na Szczycie przyznała słuszność wywodom męża i zdecydowała się na podróż do słonecznej Italii. Towarzyszyć jej miały dwie przyjaciółki, z którymi przeżyła już niejedną przygodę i którym ufała najbardziej, zaraz po mężu. Gdy zaproponowała dziewczynom dwutygodniowy wypad do słonecznego Neapolu, Katarzyna Przesmyk i Gosia Juhas nie wahały się ani chwili. Redaktorka Przesmyk była zresztą agentką Matki na Szczycie i miała pomóc jej w rozmowach, a prawnicze wykształcenie Gosi Juhas pozwalało nie utonąć w rozmaitych kruczkach i być mocnym punktem w negocjacjach z reżyserem Szurnientino.

Kiedy dziewczyny spotkały się na lotnisku, nie mogły ukryć swojego podniecenia.

-Wreszcie cię doceniono- cieszyła się Gosia Juhas- ten cały Szpetnino to musi być naprawdę wybitny reżyser, skoro się na tobie poznał.

-Szurnientino- poprawiła ją Matka na Szczycie- pamiętajcie, że to on musi zacząć gadać o kasie i interesach, bo to mu ma na tym zależeć.

Gdy przyjaciółki rozsiadły się wygodnie w fotelach prywatnego dżeta Szurnientino, uznały, że życie jest naprawdę piękne i popijając wytrawne Chianti, oddały się rozmowie na temat twórczości włoskiego reżysera i ogólnie włoskiego życia, o którym niewiele wiedziały. Czas płynął im znakomicie, obsługa dżeta była na każde ich skinienie i kiedy szykowały się do lądowania, Gosia Juhas przypomniała sobie, że ma im coś ważnego do zakomunikowania:

-Słuchajcie, musicie mi pomóc. Jak wiecie, od lat jestem wierną fanką wielkiego włoskiego śpiewaka Albano Kryzysa i zrobię wszystko, żeby go poznać. Szepnij ode mnie Szurnientino parę słówek, co to dla niego zorganizować takie spotkanie, na bank wszyscy artyści się do niego przychlebiają, w końcu to laureat Oscara. Nawiasem mówiąc, nic nie skapowałam z tego jego "sprzęgła", ale o tym mu nie powiem i będę udawała jego najwierniejszą wielbicielkę.

-Dobra- zaśmiała się Matka na Szczycie- na pewno da się coś zrobić.  A co ty tak trzymasz ciągle w ręku, co to za notatnik?

-To nie żaden notatnik, tylko Planer Pełen Chaosu, który wygrałam w konkursie organizowanym przez blogerkę Pani Swojego Chaosu. Nie uwierzycie, jaki jest bajerancki, a trzymam go blisko, bo mam w nim zapisane włoskie słówka i parę nowinek o włoskim świecie. Trzeba będzie jakoś zagiąć tego Szpetnino czy jak mu tam. Oj, zapamięta on naszą trójkę, już ja to wam obiecuję.

Tymczasem dżet wylądował na lotnisku w Neapolu, a na dziewczyny czekał już osobisty sekretarz Szurnientino- Antonio Cincino, o którym wiadomo było, że jest bardzo skuteczny i trzeba się z nim liczyć. To on podsunął reżyserowi dzieło pisarki i namówił go do sprowadzenia jej do Włoch. Na pozór niczym się nie wyróżniał, lecz jego wpływy w filmowym świecie były niezmierzone, o czym nie wiedziały nasze bohaterki.

-Patrzcie, a co to za majonez- powiedziała Gosia, gdy zobaczyła Cincina z transparentem, na którym wypisane były trzy nazwiska (Juan, Pryk i Taro). Sekretarz podszedł do nich i czystą polszczyzną powitał je na włoskiej ziemi, czym zaskarbił sobie szacunek i sympatię dziewczyn.

-Reżyser Szurnientino niecierpliwi się, by was poznać, więc nie dajmy mu czekać i jedźmy wprost do niego- Cincino zaprosił miłych gości do auta- po drodze omówimy szczegóły wizyty, a kiedy formalności zostaną wypełnione, Neapol będzie do waszej dyspozycji.

-I oby to stało się jak najszybciej- podsumowała Katarzyna Przesmyk, której nieoczekiwanie zaświtał w głowie wspaniały pomysł. Jako wielbicielka książek zrozumiała, że dzięki Szurnientino i wpływom filmowców może wreszcie spełni swoje marzenie i zbierze materiał na drugi „Kod da Vinci”.

-Słuchajcie- szepnęła koleżankom- pomóżcie mi namówić Szurnientino, aby załatwił mi dostęp do Tajnych Ksiąg Watykanu, bo jeśli on tego nie zrobi, to nigdy więcej nie będę miała podobnej okazji. Marzę o napisaniu książki, ale bez wglądu do tajemnic watykańskich nie mam dostatecznego materiału. Gdyby w jakiś sposób Szurnientino załatwiłby mi tam dojście, mogłabym spłodzić powieść, o jakiej świat nie słyszał.

I tak planując, dojechały do  willi reżysera. Widok otoczenia i samego domu, bardziej przypominającego zamek niż podmiejską daczę, zapierał dech w piersiach. Rzekłbyś, że to nie krajobraz, lecz dzieło mistrza, który uchwycił każdy detal i unieśmiertelnił piękno wspaniałego Neapolu. Szurnientino wie, co robi- pomyślała Gosia Juhas- w takich okolicznościach przyrody ciężko będzie powiedzieć nie. Mnie już kupił.

-Widzę, że jesteście zachwycone- przywrócił dziewczyny do świadomości męski głos- witajcie w moich skromnych progach i czujcie się jak u siebie- powitał gości z Polski Paolo Szurnientino- odświeżcie się, a później zjemy obiad i pogadamy o biznesie.

Obiad upłynął pod znakiem zachwytu nad włoskimi potrawami i tak jak każe zwyczaj, nie rozmawiano o interesach podczas konsumpcji. Szurnientino pochłaniał ogromne ilości jedzenia i nie zwracał na dziewczyny żadnej uwagi, Cincino z prawdziwie włoską elegancją sączył wytrawne Prosecco, a kelnerzy co chwila przewijali się przez salon, by spełnić żądania wymagającego pana domu. Kiedy po trzech godzinach uczta dobiegła końca, Szurnientino szarmanckim gestem zaprosił panie do gabinetu, gdzie miał dokonać transakcji i pokazać dziewczynom statuetkę Oscara oraz kilka innych filmowych nagród.

-Oto kontrakt- Szurnientino wyjął z biurka świstek papieru i podał go pisarce, która przejrzała go, dała do przeczytania Katarzynie Przesmyk, po czym obie stwierdziły, że wszystko jest w porządku.

-Niemniej- powiedziała Matka na Szczycie- mam jeszcze kilka żądań, a ich wykonanie powinno być dla pana drobnostką. Proszę umożliwić Gosi Juhas spotkanie z Albano Kryzysem, a pani Przesmyk załatwić dojścia do Tajnych Ksiąg Watykanu.

-No proszę- zdziwił się reżyser- czy pani mnie nie przecenia?

-Bez realizacji marzeń moich towarzyszek nie dostanie pan prawa do ekranizacji mojej książki- odparła zdecydowanym tonem Katarzyna Targosz.

-Umie się pani targować- odpowiedział Szurnientino- zobaczmy więc, co da się zrobić. Cincino, dzwoń mi pierunem do projektanta Valnientino, on zdaje się ma jakieś znajomości w Watykanie. A Kryzys to pestka, zagra dla mnie nawet za darmo.

-W takiej sytuacji podpiszę kontrakt- uśmiechnęła się pisarka i na papierze pojawił się je zamaszysty podpis.

W tym momencie Szurnientino zaczął się śmiać.

-O co chodzi- wrzasnęła na niego Gosia Juhas- co się śmiejesz jak głupi do mozzarelli?

-Takie uważne jesteście, a nie przejrzałyście umowy po drugiej stronie kartki. Widzicie, co tam jest napisane? Owszem, pieniądze należą do pani, ale pod jednym warunkiem. Musicie odgadnąć, jakie jest hasło do konta w banku, inaczej nici z kilku milionów euro.

-To podłość- zauważyła nasza pisarka- taki uznany reżyser, a w takie dziecinady gra.

-Lubię komplikować ludziom życie- mruknął do niej Szurnientino- ale że jesteście pięknymi kobietami, to dam wam podpowiedź. Nazwiska pani Juhas i pani Przesmyk są wskazówką do hasła i jeśli skojarzycie fakty, na pewno je odgadniecie. A teraz żegnam.

Dziewczyny nie zdążyły jednak zrobić kroku, bo nagle do gabinetu wpadła wściekła kobieta ubrana w lateks i napadła na przerażonego jej widokiem reżysera.

-Jesteś mi winien przysługę- syknęła- ubieram aktorów do tych twoich pożal się Boże filmów, a ty nic sobie z tego nie robisz. Szukam asystentki i masz pomóc mi ją znaleźć. 

-O- spojrzała na trzy gracje z Polski. Ty to mi się podobasz- fachowym okiem ogarnęła Gosię Juhas- chcesz być moją asystentką? Płacę pięć tysięcy euro miesięcznie, zapewniam wikt i opierunek, a do tego parę niezłych modeli. No jak?

Gosia Juhas zaniemówiła. Spoglądała na kobietę, którą skądś kojarzyła, lecz nie umiała sobie przypomnieć, gdzie ją widziała.

-Kim pani jest?- zapytała buńczucznie.

-Mnie się pytasz, kto ja jestem? No jak świat światem, nikt nigdy nie zadał mi podobnego pytania. Znają mnie wszyscy, jestem Donatella Vversalce!

-W wersalce czy na kanapie, wszystko mi jedno. Przyjmuję pani ofertę, pięć tysięcy euro piechotą nie chodzi. Pod jednym wszakże warunkiem- pozna mnie pani ze śpiewakiem Albano Kryzysem.

-Jak ja ci zaśpiewam Felicita, to żaden kryzys straszny ci nie będzie- zaskrzeczała Donatella- bierzesz tą robotę, czy nie?

-Wybaczcie dziewczyny- powiedziała Gosia do koleżanek- kasa jest mi potrzebna, więc same rozumiecie.

-Pewnie- odpowiedziała Kasia Przesmyk- na twoim miejscu też byśmy tak zrobiły.

Tymczasem Matka na Szczycie podeszła do Szurnientino i zażądała od niego hasła do konta w banku. Reżyser nie miał najmniejszej ochoty jej go dać i jak mantra powtarzał, iż nazwiska koleżanek są kluczem do odgadnięcia hasła. Zrezygnowana Matka na Szczycie poczęła grozić Szurnientino, gdy nagłe regał biblioteki odsunął się i do gabinetu wszedł sam Don Koralone.

-Proszę, proszę- popatrzył na pisarkę- widzę, że trafiły do pani moje metody zastraszania. Taka delikatna kobieta, a takie słownictwo, jestem pełen podziwu.

-Co pan tu robi?- spytała wściekła autorka

-Przyszedłem po swoje. Nie zapomniałem zniewagi sprzed dwóch lat, gdy wystawiła mnie pani na publiczne  pośmiewisko. Mnie, przed którym drżą wszyscy włoscy politycy! Rok temu uśpiłem pani czujność i pomogłem pokonać tych dwóch projektancików, ale dzisiaj przyszła pora na zemstę. Odda mi pani kontrakt i te kilka milionów dolarów, które zarobiła na książce i będziemy kwita.

-Ani mi się śni- odpowiedziała Matka na Szczycie

-Cincino, proszę odebrać kontrakt pisarce- skinął na sekretarza Szurnientino Don Koralone (okazało się, że Cincino faktycznie był na usługach mafii, o czym jednak reżyser nie wiedział).

Subtelny Cincino zbliżył się do Katarzyny Targosz, spojrzał na nią groźnie i bez żadnych problemów odebrał jej podpisany kontrakt. Matka na Szczycie oniemiała i zrozumiała, że tym razem faktycznie przegrała. Szurnientino dał mafioso świstek papieru, na którym zapisane było hasło do konta w banku. Koralone wsadził papierek do kieszeni, lecz Gosia Juhas delikatnym ruchem błyskawicznie go wyjęła i schowała do Planeru Pełnego Chaosu, który położyła obok innych książek na jednym z regałów. Działo się to tak szybko, że nikt niczego nie zauważył.

-Słyszałem pani prośbę o Tajnych Księgach Watykanu- Don Koralone zwrócił się do Katarzyny Przesmyk- i żeby pokazać wam, iż nie żywię urazy, zawiozę tam panią i pokażę niektóre najgłębiej skrywane tajemnice Kościoła. Rachunki między nami zostają wyrównane i mam nadzieję, że już więcej nie będziemy wchodzić sobie w paradę.

Katarzyna Przesmyk skapitulowała i zgodziła się na propozycję Ojca Chrzestnego włoskiego podziemia. Gosia Juhas w znakomitym humorze wyszła z projektantką Vversalce, a w myślach liczyła, ile zarobi przez rok pracy we Włoszech. I tylko Katarzyna Targosz została na lodzie i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Doszło do niej, że przegrała, że wszystko zostało ukartowane i potężny Don Koralone nie jest w zasięgu jej możliwości. Nie wygram z tym mafioso- pomyślała rozsądnie- zmykam do kraju, jakem mi życie miłe.

I tak się stało. Matka na Szczycie powróciła do swoich gór i nie rościła już sobie żadnych pretensji do filmu Szurnientino. Trochę ją dręczyło, że została wykiwana, a jeszcze bardziej smuciło ją, że nie miała wiadomości od przyjaciółek. Była przekonana, iż dobrze się bawią w Italii i opanował ją smutek, który rozproszył Ojciec na Szczycie, przynosząc list polecony z Włoch zaadresowany właśnie do niej. Brzmiał on tak:

„Ratuj nas Kasiu, mamy przechlapane. Donatella Vversalce chce mnie przerobić na swoje podobieństwo i planuje cykl operacji plastycznych na moim ciele. Mam się stać jej wierną kopią i nie chce słuchać żadnych wyjaśnień. Jeszcze gorzej ma Kasia Przesmyk, która odkryła coś szalenie ważnego i siedzi teraz w Tajnych Lochach Watykanu wraz z grupą zbzikowanych mnichów. Musisz nam pomóc!

P.S. Planer Pełen Chaosu- hasło- bilbioteka- Szurnientino-albo skojarz nazwiska wiesz kogo”.

-Muszę ratować koleżanki i odzyskać hasło do konta w banku- powiedziała pisarka do męża- jest w gabinecie Szurnientino i zrobię wszystko, żeby się tam dostać. Przedtem jednak uratuję dziewczyny z rąk tych włoskich harpii.

-Czyli znowu jedziesz do Włoch?- podsumował Ojciec na Szczycie.

-Na to wygląda- jęknęła jego żona- ratunku, znowu ta Italia…


Czy Matce na Szczycie uda się uratować Gosię Juhas z rąk podstępnej Donatelli Vversalce? Czy Kasia Przemyk zdoła wyjść z watykańskich podziemi? Czy pisarka odzyska hasło do konta w banku i uczciwie zarobione miliony? A może dzięki wrodzonej przenikliwości skojarzy hasło za pomocą nazwisk przyjaciółek? Czy Don Koralone po raz kolejny przegra potyczkę z Katarzyną Targosz? Kto wie, czy o tym kiedyś się dowiemy.     



Stało się już tradycją, że 2-go listopada publikuję na blogu fikcyjne opowiadanie, którego bohaterka- Katarzyna Targosz obchodzi dzisiaj urodziny. W jej potyczkach z włoskim szefem podziemia zawsze towarzyszą jej dwie serdeczne blogowe koleżanki- Katarzyna Grzebyk i Gosia Jurasz. Mam nadzieję, że dziewczyny nie będą mi miały za złe ustawicznego zmieniania ich nazwisk, a solenizantce życzę wszystkiego, co najlepsze, zwłaszcza unikania takich ludzi, jak Don Koralone, czy cwany Szurnientino. Nie daj się, Kasiu!

Poprzednie historie:

1. Mafijna opowieść
2. Drżący&Kabanos na tropie pewnej blogerki


zdjęcie- telegraph.co.uk




Obsługiwane przez usługę Blogger.