Jutro to możesz być Ty


Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

Moje życie składa się z takich właśnie trzasków. Precyzyjnych, systematycznych, okrutnych. Trzaski te wywołane są ciężką ręką mojego męża. Bije mnie od początku małżeństwa, a ja się na to godzę. Bo się go boję, bo nie umiem się przeciwstawić- i wreszcie- bo nie potrafię odejść. Przybrałam więc maskę i pokazuję ją światu. Gram na tyle dobrze swą rolę, że nikt się jeszcze nie domyślił, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem bita, zastraszana, poniżana, a wszystko to serwuje człowiek, który codziennie wyznaje mi miłość. Przemoc wobec mnie jest w jego odczuciu wyrazem tego, jak bardzo mnie kocha. Nie dostaję po twarzy bez przyczyny i moją winą jest agresja męża. Gdybym zachowywała się poprawnie, nie tknąłby mnie nawet palcem. Bije mnie, ponieważ sobie na to zasłużyłam.

Długo w to wierzyłam. Za długo.

W trakcie naszego narzeczeństwa wykazywał władcze odruchy, lecz nie wzięłam tego za ostrzeżenie. Gdy nie pozwolił mi ubrać krótkiej spódniczki, unosiłam się z zachwytu nad jego zazdrością. Gdy podniósł brew, kiedy rozmawiałam z kolegami, kończyłam posłusznie rozmowę i wracałam do ukochanego. Gdy narzekał, że za dużo czasu spędzam z przyjaciółkami, zerwałam z nimi kontakty. Po naszym ślubie od razu wyłożył kawę na ławę- jesteś moja i ani mi się waż robić coś poza moimi plecami, bowiem marnie skończysz. Zamknął mnie w domu, nigdzie nie wychodziłam i niemal przestałam oddychać. Pozbawił mnie woli, zrobił ze mnie swoją niewolnicę, podczas gdy sam żył jak król. Kochałam go nadal, ale coraz bardziej się go bałam.

Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Pamiętam, jak na wieść o tym szalał z radości, a we mnie obudziła się nadzieja, że może się zmieni i znowu będzie czuły i kochający. Przez okres ciąży mnie nie bił (to znaczy bił mnie rzadko i tak, by nie było śladów), lecz po narodzinach córki zrobił się jeszcze bardziej agresywny. Kiedy płakała w nocy, wyżywał się na mnie, gdyż nie mógł spać. Kiedy padałam ze zmęczenia, śmiał się ze mnie i mówił, że z niczym sobie nie potrafię dać rady. Nie pomagał mi przy córce i nie okazywał wobec niej szczególnych uczuć. Ją też chciał zbić, ale się postawiłam. Ten jeden raz powiedziałam wyraźnie, że jeśli dotknie nasze dziecko, ucieknę od niego. Oszczędził ją więc, lecz od tego czasu dostawałam w twarz podwójnie. Za siebie i za córkę.

Rzadko spoglądałam w lustro. Raz się do tego zmusiłam i przeraziłam się na widok swojej zatroskanej twarzy. Gdzie się podziała ta wesoła dziewczyna, ta dusza towarzystwa, którą każdy lubił? Zobaczyłam przestraszoną kobietę, z podkrążonymi oczami, nieumiejącą się uśmiechnąć i zobojętniałą na to, co się wokół niej działo. Nie interesowało mnie nic, wszystko robiłam machinalnie i tylko córka potrafiła obudzić we mnie jakieś doznania. A ona rosła, rozumiała coraz więcej i widziała, co się dzieje. Pytała mamę, dlaczego tata jest zły, a mama musiała kłamać, by dziecko nie cierpiało. Tatuś nie jest zły- odpowiadałam- dużo pracuje i jest zwyczajnie zestresowany. Kocha nas jednak ponad życie. Wierzyłam w to nadal, po pięciu latach gehenny, regularnego bicia i poniżania cały czas byłam przekonana, że agresja męża jest wywołana miłością. Taka byłam naiwna.

Na potrzeby usprawiedliwienia działań męża wymyśliłam sobie definicję małżeństwa. Mąż ma prawo mnie bić, jest moim panem i władcą, to jego święty obowiązek. Wczoraj przypaliłam kotlety, więc to normalne, że się wkurzył. Niedawno zapomniałam umyć naczynia i uderzył mnie, aby przypomnieć, że obowiązki domowe to moja praca. A w zeszłą niedzielę skopał mnie jak psa, gdy jego ulubiony klub piłkarki przegrał z kretesem. Musiał się wyżyć, a że miał mnie pod ręką, to trochę go poniosło, każdy głupi to zrozumie. Przyjmowałam jego ciosy bez słowa sprzeciwu, jako że protesty jeszcze bardziej go podkręcały. A gdy leżałam bezbronna na ziemi, dawał mi święty spokój. Ten „dodatek do małżeństwa”, jak nazywałam bicie, stał się dla mnie czymś tak powszednim, że zapomniałam o bólu. I nawet łzy zostawiłam gdzieś w poczekalni duszy, bo nie potrafiłam już płakać. Przywykłam do przemocy.

Swoją rolę szczęśliwej żony grałam znakomicie. Sińce zakrywałam makijażem, przerażenie uśmiechem, a mąż w oczach innych kobiet jawił się jako ideał. Przystojny, szarmancki, kulturalny, ile dziewczyn mi go zazdrościło. Nie wiedziały, że to domowy tyran, który urządził z mojego życia piekło. Nie miały pojęcia, iż zrobił ze mnie worek treningowy i okładał go rytmicznie, jak bokser na ringu. Nie domyślały się, że zabijał również słowem i spowodował, że znienawidziłam siebie. Czułam się nikim i byłam nikim dzięki zagrywkom mojego męża.

Trzask.

Jeszcze jeden.

Kolejny.

I tak dzień po dniu, aż do...

Siedziałam na kanapie i oglądałam stare zdjęcia. Na jednym z nich był chłopak, którego rzuciłam dla męża. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, jakby to było, gdybym z nim została. Może byłabym szczęśliwsza? Może by mnie szanował? Zamyśliłam się i nie zauważyłam męża stojącego nade mną. Gdy tylko na niego spojrzałam, doszło do mnie, że przesadziłam i że tym razem nie będzie miał dla mnie litości. Nie tolerował mojej przeszłości, a byłego narzeczonego nienawidził. Chciałam uciec, ale zostałam na kanapie, bo strach wrył mnie w siedzenie. Mąż wyszedł do kuchni.

Wrócił po chwili. W ręku trzymał nóż. Jego spojrzenie zwiastowało coś strasznego.

Jeden cios.

Drugi.

Szósty. 

Piętnasty.

Trzydziesty.


Moje ciało znalazła córka, kiedy wróciła ze szkoły.

Mąż za morderstwo dostał dwadzieścia lat. Sędzia orzekł, że zabójstwo nie miało w sobie elementów okrucieństwa, stąd tak niski wyrok. Wyjdzie o wiele szybciej z racji dobrego zachowania i ułoży swoje życie na nowo.

Ja już nie będę miała tej szansy.

Córką zajmuje się babcia. Codziennie chodzą na mój grób, zapalają znicze, rozmawiają.

I płaczą, płaczą bez ustanku.

A ja płaczę wraz z nimi. To nie powinno było się stać. Jestem ofiarą, lecz jestem też własnym katem. Przez lata znosiłam agresję męża, łudziłam się, że się zmieni, poddałam się terrorowi domowemu. Mogłam odejść po pierwszym sygnale przemocy, zgłosić się na policję i szukać pomocy wszędzie. Miałam tą możliwość i z niej nie skorzystałam. Moja córka przeszła piekło razem ze mną. Nie byłam dobrą matką.

Miałabym teraz 35 lat.

Czy Ty również chcesz skończyć jak ja? Nie pozwól na to. Nie łudź się, że facet, który bije, kocha. Nie łudź się, że przestanie. Ja przekonałam się o tym za późno, ale dla Ciebie jest jeszcze nadzieja.

Ty kochasz, a on nie wie, co to miłość.

Zabij ją więc, zdepcz, odsuń od siebie, uciekaj.

Przeżyjesz.



Dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Przemocy Wobec Kobiet. 

Dzień Wstydu Dla Mężczyzn.


Wpis jest dedykowany wszystkim ofiarom kobietobójstwa (femminicida), które w Italii nie ustępuje. Do tej pory odnotowano 114 zabójstw na kobietach, a rok jeszcze się nie skończył. 

Czerwone szpilki, symbol kobietobójstwa
Obsługiwane przez usługę Blogger.